Kraj

Rzeczpospolita Kowalskich, czyli wszechobecni Sprawiedliwi

Czemu ma służyć Muzeum w Markowej?

Polacy ratujący Żydów podczas II wojny światowej to temat dobrze zadomowiony w różnych przestrzeniach dyskursu publicznego. Z przyznanymi przez Yad Vashem odznaczeniami Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata czy bez nich Polacy ci doskonale służą aktualnej polityce historycznej, a przede wszystkim tej zagranicznej i wizerunkowej. Po co się bowiem oszukiwać. Nie o pamięć o tych nielicznych rodzimych bohaterach przecież chodzi, ale o polską rację stanu i dobre samopoczucie Polaków, co rusz przecież zakłócane – a to książkami Jana Tomasza Grossa, a to Pokłosiem Władysława Pasikowskiego, a to publikacjami historyków związanych z warszawskim Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

Innymi słowy, o wzmacnianie tożsamości zbiorowej w ramach afirmatywnego patriotyzmu, który przy instrumentalnym traktowaniu Sprawiedliwych pozwala zasłaniać nimi zbrodnie Polaków na Żydach oraz polski antysemityzm wczoraj i dziś. Trudno się zatem dziwić, że liczba instytucji oraz inicjatyw w tej dobrze rozwijającej się gałęzi polskiego przemysłu upamiętniania wciąż wzrasta: Kancelaria Prezydenta RP, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Instytut Pamięci Narodowej, muzea (zwłaszcza Muzeum Historii Żydów Polskich i Muzeum Historii Polski), powstały w 1999 roku Komitet dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów, Fundacja Edukacyjna Jana Karskiego, nie wspominając już o działaniach podejmowanych samozwańczo przez rozmaite środowiska prawicowe i kościelne wraz z imperium medialnym Tadeusza Rydzyka. Lista z pewnością nie jest kompletna, ale i ta pokazuje, że rąk do pracy nie brakuje, konkurencja jest spora, a nawet robi się tłoczno.

Poświęconych polskim Sprawiedliwym publikacji, filmów fabularnych, dokumentalnych, seriali obrodziło w ostatnich latach jeszcze więcej. Wiele z nich trafiło zresztą do działu „Curiosa” w piśmie „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Patrząc jednak na efekty tego trendu bez wątpienia można dziś mówić o „wszechobecności Sprawiedliwych”, jak lapidarnie ujęła ów stan rzeczy Justyna Kowalska-Leder w tytule jednego ze swoich artykułów. Tym samym niedawne otwarcie Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej to po prostu zdobycie kolejnego przyczółka w konsekwentnie prowadzonej kampanii.

Zamordowana przez Niemców rodzina Ulmów, podobnie jak ukrywana przez nią żydowska rodzina Saula Goldmana, niewątpliwie zasługują na upamiętnienie i hołd. Ale czy Muzeum w Markowej tylko temu ma służyć?

Przydane mu funkcje jasno wynikają z lektury przyjętej przez Sejm RP specjalnej uchwały towarzyszącej otwarciu tej placówki.

Bez zastosowania wysublimowanych narzędzi z zakresu krytycznej analizy dyskursu można w niej między innymi expressis verbis przeczytać, że Sejm wyraża uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który

poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo, realizując żywotny interes całego społeczeństwa.

Ot po prostu, włodarze przyswoili sobie zasadę – myśl globalnie, działaj lokalnie – i ku chwale ojczyzny oraz pokrzepieniu serc rodaków wcielili ją w życie. Od siebie zaś parlamentarzyści dodali, że „hołd dla sprawiedliwych Polaków – oddany tym dokumentem – jest jednocześnie wyraźnym przypomnieniem całemu światu, że w odróżnieniu od okupowanej zachodniej Europy na ziemiach polskich za nawet najmniejszą pomoc Żydom groziła kara śmierci”. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że „wyraźne przypomnienie całemu światu” leży w „żywotnym interesie całego społeczeństwa”.

Gdyby jednak ktoś nadal miał wątpliwości, jaką rolę odgrywać ma Muzeum w Markowej, to rozwiał je Prezydent RP Andrzej Duda. Obecny na uroczystości otwarcia w swoim oficjalnym wystąpieniu mówił między innymi o tym, że były „dziesiątki, setki takich rodzin; tysiące ludzi, którzy za pomoc swoim pobratymcom, współobywatelom oddali życie”, że pomimo bezprecedensowego ryzyka śmierci „znalazły się tysiące Polaków, którzy umieli stanąć na wysokości zadania bycia braćmi i współobywatelami. Bycia ludźmi miłosiernymi, wsłuchanymi w naukę, jaką wszystkim nam głosi religia chrześcijańska: naukę miłości bliźniego”, że to Muzeum „jest ich wszystkich pomnikiem”. Wspominał także, iż pokazuje ono „choć w tragicznej postaci, najmocniejsze znamię Rzeczypospolitej Przyjaciół, gdzie przyjaciel za przyjaciela, brat za brata, człowiek za człowieka był gotów oddać życie”. Oznajmiał, że jako „Polacy możemy czuć się godnie” i dziękował „bo Polska, a także sprawiedliwość dziejowa bardzo takiego pomnika potrzebowała”. Pełen tekst tego wystąpienia w języku polskim, niemieckim, hebrajskim oraz angielskim udostępniony został na oficjalnej stronie Prezydenta RP.

Dodatkowo w języku francuskim całość uroczystych obchodów otwarcia Muzeum była transmitowana do osiemnastu placówkach dyplomatycznych i kulturalnych RP funkcjonujących w czternastu krajach na czterech kontynentach.

Przez kilka dni Muzeum w Markowej było także tematem chętnie podejmowanym w mediach ogólnopolskich. Jednakże polskiej publiczności ufundowano coś ekstra. Wieczorem w przeddzień inauguracji otwarcia w TVP 1 przypomniano fabularyzowany dokument zatytułowany Historia Kowalskich w reżyserii Macieja Pawlickiego i Arkadiusza Gołębiewskiego. Wyprodukowany przy współpracy TVP miał on wprawdzie swoją premierę we wrześniu 2009 roku, a powstał w ramach programu IPN oraz Narodowego Centrum Kultury „Życie za życie”. Od tego czasu pokazywany był nie tylko w polskiej telewizji, ale między innymi także na specjalnych projekcjach pod patronatem Prawa i Sprawiedliwości, na gdyńskim festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, a także w ambasadzie polskiej w Londynie. Samozwańczej misji jego dystrybucji podjął się europoseł PIS Konrad Szymański, który zorganizował jego zamknięty pokaz w Parlamencie Europejskim. Uczestniczyli w nim nie tylko jego deputowani, ale również zaproszeni przedstawiciele organizacji żydowskich, korpusu dyplomatycznego, Komisji i Rady Europejskiej. Szymański zadbał też o to, by ponad tysiąc kopii filmu na płytach DVD, powielonych w różnych wersjach językowych, trafiło do wszystkich europosłów, unijnych komisarzy oraz „najważniejszych unijnych polityków”, „pod wszystkie najważniejsze adresy w Brukseli”.

Historia Kowalskich toczy się w kilku planach: przed wojną, podczas wojny i współcześnie. Film rozpoczyna scena w warszawskim centrum handlowym, zbliżenie na polską złotą młodzież, młode rozbawione dziewczyny i wnet to właśnie one lądują w międzywojennym Ciepielowie, choć oczywiście w innych ubraniach i dekoracjach. To pierwsze ujęcia jeszcze przed rozpoczynającymi film napisami. Właściwy początek wyznacza pojawienie się w Ciepielowie dziennikarza, który w 1968 roku odwiedza krewną rodziny Kowalskich zamordowanych wraz z innymi Polakami za ukrywanie Żydów. Dla niewtajemniczonej widowni rok tej wizyty pozostaje zapewne bez znaczenia, ale to właśnie wtedy temat Sprawiedliwych został poddany propagandowej instrumentalizacji, a polska publiczność miała okazję zapoznać się z filmem Jana Kidawy zatytułowanym nie inaczej tylko Sprawiedliwi. Dziennikarski wywiad inauguruje fabularyzowane retrospekcje, opowieści świadków, sąsiadów, Polaków i Żydów. Tam i wtedy, tu i teraz. Plany się przeplatają.

Ciepielów między wojnami. Soplicowo. Żydzi mieszkają w samym centrum miasteczka i trudnią się handlem. Polacy zajmują inne miejsce w strukturze społecznej, ale w filmie próżno szukać odpowiedzi dlaczego.

„W Ciepielowie wszystkie urzędy Polacy mieli – składa świadectwo przepytywana przez dziennikarza narratorka. – Bo to taka ciepielowska inteligencja była. Nauczyciele, urzędnicy gminy, kierownik szkoły, naczelnik poczty i jeden listonosz. A tak to reszta sklepów i drobnych zakładów należała do Żydów. Oj, ci nasi ciepielowscy Żydzi, to umieli dbać o swoje. Targowali się do upadłego, ale dzięki nim handel się kręcił”. Panowie wspominają piękne „żydóweczki”, jest czosnek, pożyczki na słowo, odmienność kulturowa i religijna, ale dzieci razem się bawią, wspólnie kąpią w rzece, chodzą do szkoły, młodzi razem na potańcówki, tworzą się pary, włodarze odwiedzają Żydów w synagodze i wspólnie śpiewają Mazurek Dąbrowskiego.

„Razem my tu żyliśmy, chociaż dało się odczuć ich inność. Byli tacy, co żyli w zamknięciu, nawet niektórzy słabo po polsku mówili, ale Polskę szanowali” – dopowiada znajomy już głos zza kadru.

Owszem, w filmie pojawia się jeden antysemita wzywający do ekonomicznego bojkotu, ale w fabularyzowanym fragmencie jest on antypatyczny, gruby i brzydki, nielubiany i sam.

Żydzi zaś przemawiają jakże miłym polskim uszom głosem. Życzliwym, bo pośmiertnie wetkniętym im w usta w ramach bieżącego zapotrzebowania. Ortodoksi w chałatach, z brodami i pejsami „żydłacząc” zapewniają, że Polska to ich ojczyzna, w której zewsząd wyganiani znaleźli bezpieczny azyl, że tu przyjęto ich najgościnniej, że polscy królowie, przywileje, Konstytucja 3 Maja. „My polscy Żydzi, czujemy się Polakami mojżeszowego wyznania. Jesteśmy nimi na dobre i na złe! Niech żyje Polska!”. Antysemityzm? Ktoś tam komuś szybę wybił, pokrzyczał „Nie kupuj u Żyda”, czasem ludzie krzywo patrzą. „No może w Ciepielowie jest tych tam pięciu durniów – mówi jeden z nich – Ale gdzie wszyscy kupują? U Żyda. Zazdroszczą nam trochę dobrych interesów, ale krzywdy nam nie zrobią”.

Zamieszczone w Historii Kowalskich deklaracje uznania i lojalności oraz rozgrzeszenie z antysemityzmu stanowią klasyczny wariant przemocy filosemickiej. Jej rozpoznania i opisu powiązanych z nią praktyk dyskursywnych podjęli się Elżbieta Janicka z Tomaszem Żukowskim na podstawie analizy filmu Jolanty Dylewskiej Po-Lin. Okruchy pamięci. W przemocy tej chodzi głównie o „inkluzję, którą żywi aplikują umarłym”. Działanie podejmowane przez większość na mniejszości, przez grupę wykluczającą „na grupie wykluczanej i ostatecznie wykluczonej”. Jej zastosowanie w Historii Kowalskich widać wyraźnie w całej tej żydowskiej narracji o życiu Żydów w Ciepielowie, a faktycznie po prostu Żydów w Polsce. Podporządkowani przez twórców filmu jego konstytutywnym założeniom i przesłaniu, snują swoją, lecz tak naprawdę naszą polską klechdę domową ku pokrzepieniu serc.

Poza odśpiewanym w synagodze polskim hymnem brakuje tylko, by ortodoksyjni mieszkańcy sztetla, patrząc w obiektyw kamery i z uśmiechem na ustach zaintonowali gromkim chórem „Polacy nic się nie stało”. Najlepiej czystą polszczyzną.

Idyllę wspólnego sąsiedzkiego życia w Ciepielowie przerywa wybuch wojny. Żydów zaczynają dotykać represje, przemoc, egzekucje, wywózki. W dworku nieopodal utworzono posterunek SS. „To katownia dla Polaków i dla Żydów była. Strach było obok dworu przejść takie krzyki tam były” – mówi znajomy głos narratorki. O gehennie Żydów, rozgrywającej się na oczach struchlałych polskich sąsiadów, z przerażeniem opowiadają kolejni świadkowie. Do filmu sprawnie zostaje wprowadzony wątek widma represji, grożących za pomoc Żydom ze strony okupantów. W pierwszej kolejności robi to narratorka:

Niemcy chcieli nas wszystkich przestraszyć, żeby nikt nie ważył się Żydom pomagać w jakikolwiek sposób. Pamiętam dokładnie te niemieckie plakaty, co po wsiach i w mieście wieszali, że za pomoc Żydowi śmierć całej rodzinie.

Później w fabularyzowanych scenach przypominają o tym inni. Także Żydzi, do których docierają wieści o Zagładzie i którzy rozpatrują różne warianty ratunku. „Czy goje nas przyjmą?” – pyta jeden z nich. – „A ty Abram? Naraziłbyś swoje dzieci na śmierć, żeby goja ocalić?” – odpowiada pytaniem na pytanie drugi, jednakże z ekranu odpowiedź nie pada. Zapada wymowne milczenie. Twórcy filmu zdecydowali się zaufać kompetencjom kulturowym widzów.

Wbrew grożącym sankcjom miejscowi Polacy przychodzą jednak żydowskim sąsiadom z pomocą. Ksiądz wydaje fałszywe metryki, a ojcowie rodzin Kowalskich i Skoczylasów podejmują decyzje o ukryciu kilkorga znanych sobie Żydów w swoich domostwach. Widzowie nie dowiadują się jednak z Historii Kowalskich niczego na temat motywacji ukrywających i warunków ukrywania. Choćby tego, czy za swoje usługi otrzymują jakąkolwiek gratyfikację, czy Żydzi łożą na swoje utrzymanie, co przecież wcale nie musi uchybiać bohaterstwu polskich Sprawiedliwych, lecz stanowi ważne dopowiedzenie. Mogą zatem sądzić, że u podstaw tych heroicznych wyborów leżał po prostu chrześcijański odruch ratowania bliźnich w potrzebie, sąsiadów, „swoich” ciepielowskich Żydów. „Miłosierdzie chrześcijańskie – pisał Jan Żaryn w kontekście Ciepielowa i polskiej pomocy Żydom – stanowiło fundament odzywający się wtedy, gdy należało dokonać wyboru”.

W filmie Pawlickiego i Gołębiewskiego mowa jest jednak także o Polakach, co węszą, z podejrzliwością patrzą na większe zakupy, czy nowe buty Skoczylasa. „Byli tacy, co szukali – wspomina narratorka. Sprawdzali, czy trawa nie wygnieciona od lasu do domu. Byli tacy”. Jednakże pytana przez dziennikarza o to, w jaki sposób Niemcy w ogóle się dowiedzieli, że u Kowalskich, Skoczylasów, Kosiorów ukrywają się Żydzi, udziela następującej odpowiedzi: „Nie wiadomo. Może ich wypatrzyli, a może kto doniósł. Domysłów było wiele. No był wśród nich i taki, że może któryś z Żydów schwytanych przez Niemców i wzięty na tortury powiedział. Ale wie pan, jakby to nawet była prawda, to ja bym go nie przeklinała. Bo ja sama nie wiem, co ja bym zrobiła na jego miejscu”. Tym samym zabezpiecza tyły („domysłów było wiele”), ale w ostatecznym rozrachunku sugerująco rozwija tylko jeden, jakże wygodny i użyteczny „domysł”, by na końcu sprawcę wpadki wspaniałomyślnie rozgrzeszyć. Twórcy filmu niby pozostawili widzom prawo wyboru wariantu denuncjacji, ale zarazem zdecydowanie ten właściwy podpowiedzieli. Aby jednak oskarżenie nie poszło zbyt daleko i wnioski nie były pochopne, na ekranie odrobiono lekcję z wiersza Wisławy Szymborskiej „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej”. To w nim padają słowa: „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Kulminacyjną i zarazem kluczową scenę filmu stanowi jednak spalenie przez Niemców polskich rodzin ukrywających Żydów. Mężczyzn, kobiet i dzieci wraz z tymi, których próbowali ratować.

Wszystkie sekwencje tego przerażającego i mającego przerażać dramatu są rozciągnięte w czasie, a obraz płonącej stodoły w różnych ujęciach długo pozostaje w filmowych kadrach. Z pewnością na długo ma też pozostać w pamięci widzów, ale przede wszystkim przywołać pamięć innej stodoły.

W lipcu 2001 roku podczas uroczystych obchodów upamiętniających ofiary zbrodni opisanej przez Grossa w Sąsiadach, Szewach Weiss powiedział między innymi: „Ja, profesor Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce, miałem okazję spotkać w życiu również innych sąsiadów. Dzięki nim ja i moja rodzina przeżyliśmy Holokaust. Dzięki nim mogę teraz stanąć przed Wami. W swoim życiu poznałem także inne stodoły, w których ukrywano Żydów”. Maciej Pawlicki oraz Arkadiusz Gołębiewski postanowili pokazać jeszcze inną stodołę. Taką, w której Polacy nie tylko Żydów ukrywali, a Skoczylasowa uczyła żydowskie dzieci pacierza na wypadek testu ich polskości, ale przede wszystkim stodołę, w której polscy bohaterowie ponieśli okrutną śmierć wraz z ratowanymi sąsiadami. Stodołę mającą zasłonić tę z Jedwabnego, a wraz z nią unieważnić treść książki Grossa i pokazać zupełnie innych sąsiadów. Ludzi gotowych do niesienia Żydom pomocy za wszelką cenę. Oczywiście w Historii Kowalskich nazwisko Grossa i słowo Jedwabne nie padają, ale skojarzenie nasuwa się samo. Dodatkowo, na co zwrócił uwagę Tomasz Żukowski, cały ten fabularyzowany dokument odnosi się do żydowskiej nielojalności oraz żydowskiej niewdzięczności, o czym doskonale wiedzą jego twórcy i widzowie. To Żydzi, za których przelewano polską krew zniesławiają Polaków, szkalują dobre imię Polski, sam Gross jest najlepszym przykładem tego rodzaju praktyk, zaś „operacja Jedwabne” podręcznym dowodem w sprawie. Do tych niewdzięcznych Żydów karmiących się fałszywymi wyobrażeniami na temat Polaków Historia Kowalskich jest zresztą także adresowana. Pytany przez dziennikarza „Rzeczpospolitej” o powody zainteresowania tematem, reżyser filmu Maciej Pawlicki odpowiedział:

Kiedyś zaprzyjaźniłem się z amerykańskim dziennikarzem, synem Żydówki ze Lwowa ocalonej przez Polaka. Mówił, że Polacy to antysemici, a ja i moja żona to wyjątek. Od lat chcę go przekonać, że się myli.

Z Historii Kowalskich ma jasno wynikać, że ratowanie Żydów przez narażających swoje życie Polaków było niemal powszechną praktyką, by nie powiedzieć sąsiedzką normą. Przed gremialną pomocą powstrzymywało ich co najwyżej drakońskie prawo ustanowione przez okupanta, rodzące uzasadnioną obawę o życie własne i swoich rodzin. Jednakże i ten strach Polacy potrafili przezwyciężyć, czego dowodzą losy Kowalskich, Skoczylasów, Obuchiewiczów i Kosiorów. „Polacy to naród, który nie przyjmuje zakazów” – pisał w kontekście zbrodni w Ciepielowie i w ogóle ratowania Żydów Jan Żaryn. Historyk podsuwa tu nam ważną wskazówkę, bo w istocie bohater Historii Kowalskich jest bohaterem zbiorowym. To Polacy, naród polski, dumne i treścią filmu dodatkowo uwznioślone „My”. Najlepiej świadczą o tym napisy końcowe, które z faktami mają wprawdzie niewiele wspólnego, ale temu „My” oddają cześć i zwracają honor:

Polska i Ukraina były jedynymi krajami w Europie, gdzie Niemcy za pomoc udzieloną Żydowi karali śmiercią całe rodziny. Według szacunków historyków, by ocalić jednego Żyda, potrzebne było zaangażowanie 10-25 Polaków. By ocalić swych sąsiadów, polskich Żydów, życie własne narażało ok. 500 tys. – 1 mln Polaków.

Intensywne poszukiwania tego miliona wciąż trwają, o czym pisał między innymi Dariusz Libionka. Polaków ratujących Żydów systematycznie przybywa i tylko liczba ocalałych z Zagłady jakoś się nie zmienia. Historię Kowalskich rekomendowano między innymi jako „rodzaj szczepionki na Pokłosie”). O związku „Pokłosia („dydaktyzmu na zamówienie”) z Historią Kowalskich („nasz film oparty jest na faktach”) wspominał także w jednym z wywiadów reżyser filmu o polskich Sprawiedliwych z Ciepielowa Aleksander Gołębiewski.

W tym kontekście tytuł komentarza Adama Leszczyńskiego – Anty-Jedwabne – do filmu Historia Kowalskich, nie tylko odpowiada intencjom twórców tego fabularyzowanego dokumentu, ale także podsumowuje jego treść, opisuje wewnętrzną logikę, definiuje przesłanie, wyznacza recepcję i określa odbiorców.

Tymi zaś są ci, którzy odrzucają Sąsiadów, a wraz z nimi film Pokłosie i w ogóle całą dotychczasową wiedzę o wojennych mordach na Żydach, których dopuszczali się Polacy. Czynią to hurtem, bo współudział w Zagładzie nie mieści się w polskim koncepcie tożsamościowym. Doskonale natomiast jest w nim osadzona życzeniowa historia polsko-żydowskiego współżycia w Po-lin oraz celująco zdany egzamin w chwili próby, na którą Polaków i Żydów wystawiła obca siła spod znaku swastyki.

W takim właśnie duchu przemawiał Prezydent RP Andrzej Duda podczas otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nie streszczał on bynajmniej scenariusza Historii Kowalskich. Mówił po prostu językiem dominującej narracji o tamtych czasach, a precyzyjnie rzecz ujmując o tzw. stosunkach polsko-żydowskich podczas wojny. Językiem, w którym Historia Kowalskich jest w istocie historią Kowalskich. To przecież drugie pod względem popularności nazwisko w Polsce. Metonim każdego przeciętnego Polaka, każdej Polki, wszystkich Polaków – w zależności od kontekstu. W konstruowanej na naszych oczach historii o polskich Sprawiedliwych Kowalscy to wszyscy Polacy. A tak stawiany znak równości krzywdzi nie tylko Kowalskich z Ciepielowa i Ulmów z Markowej.

Przywoływane teksty i źródła cytatów:

Elżbieta Janicka, Tomasz Żukowski, Przemoc filosemicka [w:] PL: Tożsamość wyobrażona, J. Tokarska-Bakir (red.), Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013, s. 34.
Justyna Kowalska-Leder, Wszechobecność Sprawiedliwych, „Zagłada Żydów. Materiały” 2014, nr 10, t. 2, s. 1073–1083.
Adam Leszczyński, Anty-Jedwabne, „Gazeta Wyborcza” 27 października 2009, s. 18.
Dariusz Libionka, W poszukiwaniu miliona Sprawiedliwych, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2015, nr 11, s. 773–782.

Bio

Piotr Forecki

| Politolog, pracownik Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM
Politolog, pracownik Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Autor książek „Od »Shoah« do »Strachu«. Spory o polsko-żydowską przeszłość” i pamięć w debatach publicznych oraz „Po Jedwabnem. Anatomia pamięci funkcjonalnej”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.