🐶 W polskich więzieniach od lat prowadzone są programy resocjalizacyjne z udziałem zwierząt. Osadzeni pomagają w schroniskach – sprzątają boksy, wyprowadzają psy i uczestniczą w pracach remontowych, ucząc się odpowiedzialności.
🏛️ Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało pilotaż programu, w którym psy odebrane z interwencji – m.in. z tzw. patoschronisk – miałyby czasowo przebywać na terenie wybranych zakładów karnych. Osadzeni zajmowaliby się ich socjalizacją i przygotowaniem do adopcji.
🐕 Podobne inicjatywy funkcjonują już w niektórych krajach i są wykorzystywane jako element terapii oraz readaptacji społecznej więźniów. Jednocześnie eksperci podkreślają, że takie projekty wymagają odpowiedniego nadzoru, szkoleń oraz zapewnienia właściwych warunków dla zwierząt.
Pięciu mężczyzn skuwa lód w boksach dla psów. Ciężko. Gruba warstwa. Trzeba się namachać łopatą. Zgięci wpół ładują białe skorupy na taczki. Wywożą jedna za drugą. Cały dzień. Pot kapie z czoła. Psy uciekają z boksów. Trzeba łapać. Ganiać po całym podwórku, bo do celi nie chcą wracać. Kto lepiej zrozumie niż osadzony?
– Wyjście, świeże powietrze, zawsze inaczej jest – mówi jeden z nich. – Ojciec miał zwierzęta. Lubię się nimi opiekować.
Porozumienie o współpracy między Zakładem Karnym w Czerwonym Borze a Fundacją dla zwierząt Jedno Serce Nie Da Rady zostało podpisane w lutym. To tylko formalność, bo instytucje łączą siły nieprzerwanie od 2024 roku. Zakład reaguje na każdą prośbę o pomoc.
– Przytulisko dla zwierząt prowadzę sama, więc jak wpadnie tu pięciu mężczyzn chętnych do pomocy, to ich praca jest dla mnie nieoceniona – mówi Magdalena Smosarska, założycielka fundacji.
Przyznaje, że kiedy mieli przyjechać pierwszy raz – z wychowawcą i nadzorującymi funkcjonariuszami – stresowała się. – Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądać – wspomina Smosarska. – Ale już od pierwszej wizyty było fantastycznie.
Resocjalizacja poprzez opiekę nad psami
Do zwierząt podchodzą z wielkim sercem. Głaszczą, przytulają, a kiedy pies ucieknie z boksu, przynoszą na rękach, zamiast szarpać za obrożę. Nie usiedzą na miejscu. Przerwa na kawę, ciasto: – Dobra, panowie, kończymy. Wracamy do roboty – poganiają się nawzajem.
Każdy wyjazd z jednostki penitencjarnej to ekwilibrystyka logistyczna dopięta na ostatni guzik. Regulują to przepisy Kodeksu karnego wykonawczego i szereg innych aktów prawnych. Opuszczenie zakładu jest ściśle ewidencjonowane. Skazani uczestniczący w wyjazdach odbywają kary w zakładzie karnym typu półotwartego i otwartego. Charakteryzuje się zmniejszonym rygorem. Cele mieszkalne są otwarte w dzień, a skazani mogą pracować poza terenem jednostki. Są selekcjonowani spośród tych, których postawa w trakcie odbywania kary nie budzi żadnych zastrzeżeń.
– Nie ma tam ludzi z przypadku. Wyjście poza teren jednostki to jedna z najwyższych form zaufania przełożonych wobec skazanych – mówi podporucznik Anita Godlewska, rzeczniczka prasowa dyrektora Zakładu Karnego w Czerwonym Borze.
W zajęciach na terenie Fundacji każdorazowo bierze udział grupa pięciu osadzonych. Każdy musi wcześniej wyrazić na zgodę. Grupa jest elastyczna. Osadzeni zmieniają się w zależności od możliwości czasowych. Zdarza się, że sami przychodzą i dopytują o możliwość uczestnictwa. – Będąc w zakładzie karnym dłuższy czas, nigdy nie miałem możliwości skorzystania z czegoś takiego – mówi jeden z więźniów. – Te biedne zwierzęta potrzebują pomocy. Nikt inny im nie pomoże.
– Któregoś razu, już po zakończeniu prac, panowie przyszli się ze mną pożegnać. Podziękowałam za pomoc, a oni mówią: „Pani Magdo, my to moglibyśmy z naszej płatnej pracy zrezygnować, żeby tu codziennie przyjeżdżać”. Serce mi urosło.
Podobnie czują osadzeni. – Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z pomocą w schronisku – mówi jeden z uczestników. – Nie wiedziałem, że może to tak pobudzać wrażliwość i dawać tyle satysfakcji. Wyjazdy uświadamiają mi, jak odpowiedzialnym trzeba być, kiedy decydujemy się mieć w domu zwierzę.
– Skazani uczą się poprzez pracę, widzą efekty swoich działań i ta satysfakcja przyczynia się do poczucia większej sprawczości w ich życiu – mówi ppor. Godlewska.
– Nigdy nie powiem złego słowa o współpracy z zakładem w Czerwonym Borze – mówi Smosarska. – To świetna inicjatywa i korzystają na niej zarówno osadzeni, jak i ja. Uważam, że każda fundacja i każde schronisko, które mają możliwość skorzystania z pomocy osadzonych w zakładach karnych, powinny bez zastanowienia z niej korzystać.
Ministerstwo Sprawiedliwości planuje pilotaż mikroschronisk
– Co w takim razie sądzi pani o projekcie Ministerstwa Sprawiedliwości – mikroschroniskach na terenie zakładów karnych, gdzie miałyby trafiać zwierzęta m.in. z interwencji? – pytam.
– Nie wyobrażam sobie tego. Z jednej strony byłaby to szansa dla zwierząt, z drugiej: jest w tym za dużo niewiadomych. Pies ma być przygotowywany do adopcji. Ale kto będzie to nadzorował? I co potem? Kto przejmie adopcję? Czy będzie za to odpowiedzialna fundacja? Powiatowy inspektorat? Miasto? Są przypadki, kiedy psy są zwracane. Co wtedy?
W lutym minister sprawiedliwości Waldemar Żurek ogłosił pilotaż programu Resocjalizacja poprzez opiekę nad zwierzętami oraz system interwencji i adopcji. Według jego założeń psy odebrane z interwencji – z tzw. patoschronisk – zamiast trafić do kolejnego przepełnionego boksu, mają zamieszkać w wydzielonych pomieszczeniach na terenie zakładów karnych. Osadzeni będą je socjalizować i przygotowywać do adopcji. Pierwsze dwie jednostki ujęte w pilotażu to Areszt Śledczy w Olsztynie i Areszt Śledczy w Hajnówce.
W Olsztynie trwają właśnie uzgodnienia projektowe pomieszczeń, rozmowy z samorządem i schroniskami. Niebawem mają ruszyć szkolenia dla osadzonych, prowadzone przez behawiorystów z zewnątrz. W planach są kursy na opiekuna zwierząt, groomera, a nawet stolarza, bo część osadzonych ma budować dla psów wybiegi i budy.
To nie jest zupełnie nowy pomysł. W całej Polsce osadzeni od lat wyjeżdżają do schronisk – sprzątają, remontują, wyprowadzają psy na spacery. Olsztyński areszt od 2023 roku prowadzi w ten sposób program Aport. Nowość polega na czymś innym: zamiast osadzonych jeżdżących do psów, psy mają przyjechać do osadzonych.
– Zderzają się dwa dość podobne światy – mówi mł. chor. Monika Sołtysiak, psycholożka i rzeczniczka prasowa dyrektora Aresztu Śledczego w Olsztynie. – Skrzywdzone zwierzęta boją się człowieka, tracą zaufanie. U ludzi bywa podobnie.
Psy trafiające do schronisk – zwłaszcza te, wobec których stosowana była przemoc albo które zostały porzucone – często są agresywne, zamknięte. Osadzeni, których mł. chor. Sołtysiak zna z codziennej pracy jako psycholożka, nierzadko mają podobną historię: przemoc w domu, zaburzona socjalizacja, niska samoocena, brak wiary we własne możliwości. – Pies nie wymaga rozmowy o uzależnieniu czy trudnym dzieciństwie – mówi mł. chor. Sołtysiak. – Wymaga autentyczności i łagodności. Skazanym dużo łatwiej przełamać własne ograniczenia, kiedy mają u boku kogoś, kto akceptuje ich takimi, jakimi są.
Psy w więzieniach nie rozwiążą problemu bezdomności zwierząt
Selekcja jest obustronna. Po stronie osadzonych: tylko zakłady półotwarte i otwarte, weryfikacja przez Komisję Penitencjarną na podstawie opinii wychowawcy, obowiązkowa zgoda samego zainteresowanego. Wykluczone są osoby skłonne do przemocy i agresji – i bezwzględnie te skazane za znęcanie się nad zwierzętami. Po stronie psów: planowane jest tworzenie portfolio każdego zwierzęcia, które trafi do jednostki – żeby pies był znany i rozpoznany, zanim przekroczy bramę aresztu.
Kiedy pies w końcu znajdzie dom, trzeba będzie go oddać. – Nie każde pożegnanie jest złe – mówi mł. chor. Sołtysiak. – Kiedy porzucony pies dostaje nową rodzinę, buduje to przekonanie, że było się częścią ważnego i dobrego procesu.
Bywa, że historia nie kończy się na bramie. – Zdarzało się, że skazany po odbyciu kary adoptował psa ze schroniska – mówi mł. chor. Sołtysiak. – Większość więźniów ma rodzinę, dzieci, żonę. Również dla nich warto pracować z każdą osobą pozbawioną wolności – dodaje.
Dorota Sumińska, lekarka weterynarii i publicystka, przez kilka lat prowadziła zajęcia z osadzonymi w ramach programu Przyjaciele, czyli pies w celi w Hajnówce. Wkrótce będzie współpracować przy hajnowskim pilotażu. Ale kiedy słyszy o projekcie ministra Żurka, ma obawy.
– To musi być bardzo dobrze przygotowane. Odpowiednie warunki dla psów, testy psychologiczne dla osadzonych, ktoś, kto to poprowadzi z jasno wytyczonym celem. Inaczej może się skończyć tragicznie.
Pamięta, ile kosztowało przygotowanie Hajnówki. Tam była dobra sytuacja – więzienie sąsiaduje ze schroniskiem, psy były przyprowadzane na teren jednostki, każdy osadzony miał przydzielonego pupila. – Akceptowani byli tylko ci, którzy nie mieli żadnych sadystycznych skłonności w stosunku do słabszych istot – mówi Sumińska. Program działał. Aż zmieniła się władza i zabrano pieniądze.
– Gdyby wyłożono na to pieniądze i spełniono wszystkie warunki, byłoby świetnie. Ale to wciąż tylko leczenie symptomów, nie choroby. Tak naprawdę bezdomności zwierząt w ogóle nie powinno być. Jest na to sposób, który w ciągu trzech do pięciu lat rozwiązałby problem: obligatoryjna kastracja psów i kotów nieprzeznaczonych do reprodukcji.
Według Sumińskiej brakuje tu woli politycznej – bez względu na frakcję – bo „jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, o co chodzi”. Bezdomność zwierząt to biznes.
– Tysiąc psów w schronisku, minimum trzydzieści złotych dziennie na głowę, proszę sobie obliczyć – mówi. Do tego producenci karm, którym obojętne, czy sprzedają schroniskom, czy prywatnym opiekunom, byleby zwierząt było jak najwięcej. Rolnicy, którzy odpady poubojowe mogą sprzedać, zamiast płacić za utylizację. Cały ekosystem, który żyje z tego, że zwierzęta nie mają domów.
– Każdego roku wydaje się z budżetu państwa ponad trzysta milionów złotych na bezdomne zwierzęta. I każdego roku jest ich więcej – mówi Sumińska. – W pewnym momencie tych pieniędzy nie będzie i zrobi się eksterminację. Jak w Turcji.
W Polsce od dwudziestu lat istnieje projekt ustawy, który mówi o obligatoryjnej kastracji. Proste, tanie, skuteczne. Jednak z ostatniego projektu kazano skreślić słowo „obligatoryjna” – a to cały sens tego przepisu. Od piętnastu lat przy Sejmie działa Koło Przyjaciół Zwierząt. – Co zrobili? – pyta retorycznie Sumińska. – Nic. A znają projekt. Mają go na biurkach. Zwierzęta są cudowne przed wyborami, bo fajnie zrobić sobie zdjęcie z psem. A potem co? Dlatego trzeba o tym mówić. Dużo i głośno.
**
Aleksandra Wiśniewska – Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Laureatka Voice Impact Award 2025. Jej teksty ukazywały się m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, Dziale Zagranicznym i „Magazynie Psychologicznym Charaktery”. Łączy perspektywę globalną – spędziła siedem lat w Azji – z wrażliwością na lokalne wykluczenia. Interesuje ją człowiek uwikłany w system.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.