🇵🇱 Jarosław Kaczyński ogłosił Przemysława Czarnka kandydatem PiS na premiera przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.
📊 Decyzja zapada w momencie rosnącej konkurencji na prawicy – Konfederacja i środowiska Grzegorza Brauna walczą o ten sam elektorat.
Mianowanie Przemysława Czarnka na tymczasowego kandydata na premiera pozwala już teraz udzielić odpowiedzi na kilka pytań. Jak z każdym „mystery boxem” ważne jest to, co z niego wyjdzie, a nie to, co nam się wydaje z wewnątrz. No i właśnie wyszedł nam Czarnek. Nie będzie więc marszu PiS po wyborców centrowych czy stawiania na młodzież, by pokazać, że partia nie jest drugim PZPN-em. Będzie radiomaryjny typ od prawicowej polityki tożsamości i korwinizmu w gospodarce.
Kolejny raz ostatnimi czasy PiS pokazuje, jak bardzo jest partią pragmatyczną i jak bardzo cały ten socjal zawsze był tylko narzędziem do władzy. Kiedy trzeba, fotel dostanie fajnopolacki premier Kaziu Marcinkiewicz albo wolnorynkowa wicepremierka i ministra finansów Zyta Gilowska. Kiedy indziej potrzeba chwili może wynieść na szczyt ludową Beatę Szydło albo wieloletniego prezesa banku. Teraz z kolei Kaczyński stawia na polityka, który bywał na wiecach ONR i jest mniej więcej tak lewicowy jak Donald Trump.
Kaczyński może stracić partię w inny sposób niż sądzono
Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy Kaczyński mianował go, bo chciał, czy może musiał? W pierwszym przypadku oznacza to, że Kaczyński jest wciąż na tyle silny, że może rządzić we własnej partii i idzie śladem wyborów prezydenckich, stawiając na kandydata konfederatopodobnego. Nie tylko po to, by walczyć o prawicowe głosy, ale przede wszystkim by ich dalej nie tracić.
Znaczenie centrum w tej optyce jest marginalne. Przy tak spolaryzowanej scenie politycznej i tak zawsze zostaje ono zgruzowane, czego najlepszym przykładem Szymon Hołownia. Wyborcy lgną do tych, co sondażowo prowadzą – i finalnie wygra albo nasz obóz, albo obóz nam wrogi. Dlatego idziemy w pełną polaryzację.
Ciekawszy jest jednak drugi przypadek. Co jeśli Kaczyński nie miał wyboru i po prostu musiał ulec frakcji „maślarzy”? Oznaczałoby to, że proces wewnętrznej konfederatyzacji PiS-u postępuje. Nawet jeśli Kaczyński nie chce iść w tę stronę, to iść musi, bo inaczej politycy zaczną mu odchodzić z partii, a za nimi pójdą też wyborcy. W przeciwnym razie Nawrocki stałby się głównym rozgrywającym na prawicy.
Przez wiele lat wierzono, że jeśli Kaczyński upadnie, to przez jakiś gwałtowny rozłam albo stan zdrowia. Tymczasem możliwe, iż globalne procesy na prawicy idą w tę stronę, że dosłownie każdy ruch prawicowy musi dziś przepoczwarzyć się w rozwrzeszczanego bachora od MAGA. Każdy musi być idpolową kontrrewolucją. Czarnek bardzo dobrze się w to wpisuje.
Po co podróbka, skoro można mieć oryginał?
Pojawia się więc drugie pytanie: czy to się uda?
Owszem, Czarnek może przy Tusku albo Czarzastym wyglądać na giganta antylewackości. Tyle że przy Mentzenie, Bosaku albo Braunie wygląda już dość przeciętnie. Nie ma też wizerunku człowieka sukcesu w biznesie ani polityka bardzo merytorycznego – na czym próbuje się budować duet Mentzen–Bosak. Nie ma też w nim proroczego gniewu Brauna, jest raczej kresowy zaśpiew. I ciągnie się za nim „smrodek” pisowskiej kleptokracji.
Do tego nawet jeśli Czarnek jest retorycznie naprawdę sprawny (bardzo dobry refleks), to jednak nadal ma też pewien vibe chamusiowatego wójta. Jego TSUE-SRUE, OZE-SROZE, nie mówiąc już o tym, co mówi o kobietach, są tego najlepszym dowodem. Teoretycznie więc jest skazany na porażkę z bardziej prawicowymi kandydatami. Po co im antyunijna podróbka, skoro mogą mieć oryginał?
Tyle że Nawrocki z połkniętym kijem od szczotki też niewiele ogarniał merytorycznie. Wystarczy wspomnieć jego wielkie oczy, gdy Mentzen zaczął mu tłumaczyć działanie stóp procentowych. Ciągnęły się też za nim afery, zresztą nieprzypadkowo znalazł się w tym wszystkim Czarnek z aktem notarialnym kupna kawalerki pana Jerzego za 120 tys. zł. Pieniędzy tych rzecz jasna nigdy nie wpłacono, a przed notariuszem kłamano.
Mimo to i tak Nawrocki wyciągnął aż 29 proc. w I turze wyborów prezydenckich, i to mając Brauna i Konfederatów za rywali. Prawdopodobnie w taki wynik celuje też Kaczyński. Najpierw zatrzymanie spadków, potem odbudowa poparcia przez podlizywanie się wyborcom Konfederacji i Brauna. Część może wróci albo zaufa? Wybaczy błędy?
Tyle że nawet jeśli PiS ma nadal najlepszą maszynkę wyborczą, to tym razem nie da się już okraść ofiar przestępstw z przysługujących im pieniędzy (a tym była afera Funduszu Sprawiedliwości) i rozdać w swoich okręgach. Do tego Nawrocki, nawet jeśli miał na karku afery, to nie odpowiadał za największe „zbrodnie” na prawicy. A więc głosowanie za tym, żebyśmy się nie podusili od smogu (Zielony Ład), odbudowali gospodarkę po pandemii (KPO) czy mogli sprzedawać na rynek Ameryki Płd. (Mercosur).
Gra jest więc całkiem otwarta. Pierwsze wypowiedzi Bosaka pokazują, że oni także zidentyfikowali zagrożenie i od razu przystąpili do frontalnego ataku. Walka będzie szła na noże, bo kto wygra, ten realnie może mieć w tej układance premiera.
Prawica na ścieżce wojen tożsamościowych
A jak kandydatura Czarnka wygląda dla reszty? Teoretycznie dla lewicy powinna oznaczać same plusy. Obrażający kobiety, LGBT i mniejszości prostak i radykał wydaje się łatwy do ogrania. Tyle że lewica nie jest zjednoczona. Jej dosyć logiczne z punktu widzenia programów i taktyk rozdzielenie sprawia, iż wzrasta ryzyko niedostania się do Sejmu.
W obliczu więc Czarnkowo-Mentzenowo-Braunowej grozy będziemy mieli zaganianie wszystkich niepokornych do zagrody jaśnie pana Donalda Tuska. Ten doskonale to rozumie i już pisze o „trzech Konfederacjach”. Tak jak dla Kaczyńskiego, tak i dla Tuska taka polaryzacja spada z nieba. Dlatego – co powtarzam od ponad roku – najbardziej skuteczne scenariusze dla partii koalicji rządzącej to jedna wspólna lista, dająca ponad 40 proc., a więc około 230 mandatów, albo dwie listy: wolnorynkowa i progresywna.
Najgorzej jednak będą mieli w tym wszystkim wyborcy. Czarnek wie, że nawet nie zwycięstwo w wyborach, co dowiezienie przez niego tych ponad 28 proc. poparcia jest jego przepustką do władzy. Być może także do bycia premierem. Będzie więc walczył. Odwoła absolutnie wszystkie prounijne działania PiS-u. Będzie się biczował za błędy i składał samokrytykę. Wyrwie wszystkie panele fotowoltaiki i wytarza się w ropie z węglem. I przede wszystkim będzie rozpalał wojnę tożsamościową.
Wbrew prawicowym kłamstwom to nie lewica z końcówkami, a właśnie prawica ze swoimi wojnami z woke, czarną Heleną Trojańską, jedzeniem robaków czy nakrętkami przy butelkach uprawia od lat politykę tożsamości. Będzie uprawiał ją również Czarnek. O LGBT, kobietach i lewactwie powie wszystko, a nawet więcej. Co chwila będzie rozpętywana kolejna nagonka: na Niemców, na uchodźców, na LGBT, na lewicowe kobiety, na UE. A Czarnek będzie w tym wiarygodny.
Czy to się uda? Wiele zależy od mądrego podziału na listy i frekwencji wyborczej. Jedyną zaletą Czarnka jest to, że przynajmniej wyciągnie z domu letnich wyborców obozu rządzącego, którzy przy Morawieckim zostaliby w domu. Ale wobec słabości rządu Tuska i zawiedzenia kolejnych grup wyborczych może to być za mało.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.