Kraj

Marcin Matczak harcuje zawsze w obronie przywileju

Przez poglądy Matczaka przeziera po prostu pogarda do ludzi wierzących. I staje się on, pewnie mimowolnie, sprzymierzeńcem ministra Czarnka, który też nie chce niepokoić wiedzą, ale cenzurować naukę, żeby nie wchodziła w paradę katolickim dogmatom i wyobrażeniom o porządku świata.

„Gazeta Wyborcza” z niewiadomych powodów wciąż publikuje zapiski profesora Matczaka z błądzenia po manowcach, a sam autor nie wiadomo dlaczego obrusza się na komentarze, z jakimi się one spotykają. Musi chyba zdawać sobie sprawę, że miesza wszystko ze wszystkim, czyli uprawia dezinformację i jeszcze zakłada moralny szantaż − w ostatnim tekście wyborczy.

Niedawno opisał ateistów jako ludzi, którzy cierpią na pustkę po bogu i w tę pustkę sypią cokolwiek: np. pracoholizm czy konsumpcjonizm. Aż dziw, że nie korciło go, by z takimi pogadać i sprawdzić, jak to z tymi fantomowymi bólami jest.

Luksusowy komunizm na wyciągnięcie ręki?

Fanaberie feministek

Teraz Matczak zakłada najwidoczniej, że feministki krzyczą gromkie „wypierdalaj” w kierunku ludzi wierzących, religijnych i konserwatywnych. Prostych, dobrych ludzi, którym historia inna niż podana na katechezie w podstawówce nie mieści się w głowie.

Profesor ustawia się w roli obrońcy tych ludzi, przeciw nastającym na nich rzekomo feministkom, które powinny według niego jakoś inaczej, dyplomatycznie. Krzyczą, i chyba tego nie przemyślały, takie mają fanaberie − sugeruje Matczak − więc trzeba je pouczyć: że krzyczenie na ludzi wierzących nie pomaga opozycji, bo nad urną te okrzyczane wierzące osoby zagłosują na kogoś, kto krzyczeć nie będzie.

Jest to manipulacja gruba i szkodliwa.

„Wypierdalaj” krzyczą feministki, a także kobiety, które za feministki się nie uważają; nie w stronę ludzi wierzących, ale w stronę władzy, i kościelnej, i świeckiej, która każe kobietom rodzić dzieci, które wkrótce umrą w cierpieniu, ryzykować życie, ponosić ofiarę. Fakt, że słowo „wypierdalaj” kole uszy Marcina Matczaka, być może wynika z kolejnego nieuświadomionego przywileju profesora – nieposiadania waginy ani macicy, do której władza chciałaby mu zaglądać. Tym samym Matczak pokazuje, że krąg osób, do których należy kierować „wypierdalać”, powinien być poszerzony również o tych, którzy nie mają oporów w wypowiadaniu opinii na tematy dotyczące ich średnio, ale którzy mają dostęp do mediów i z niego korzystają.

Co prawda nie jest tak, że Matczak przypomina sobie o kobietach dopiero, jak mu zabraknie czystych skarpet w koszyczku. Ale nadal jest przekonany, że bardziej niż swoim zdrowiem i życiem powinny one przejąć się tym, co sobie elektorat pomyśli, a swoją walkę przełożyć na „po wyborach”. Bo nad urną wyborczą ludzie wierzący i nielubiący zmian, prości i pobożni, podejmą wybór podyktowany lękiem, że mogliby się czegoś dowiedzieć.

Longtermizm: religia z przyszłością

Głupi lud?

Według Matczaka ludzie wierzący są najpewniej niechętni nauce, mają alergię na wiedzę, a od interpretacji symboli robi im się niedobrze, kręci im się w głowach i czują, że niebo wali im się na głowy. Dlatego nie dla nich nawet to, „czego zresztą nie wyklucza franciszkanin Eryk Hoppe «wiele opracowań i legend mówi o sześciu, a nawet dwunastu mędrcach»”. Nie dla nich „piękne słowa Julii Baird, że «opowieść o Bożym Narodzeniu może być opowieścią o młodej, pobożnej dziewczynie otoczonej przez inne kobiety, które chwytają ją za rękę, gdy skręcają się jej wnętrzności, szepczą jej do ucha słowa otuchy, gdy ona przynosi na ten świat dziecko»”.

Nie wolno ich też wystawiać na widok procesji z waginą, wracając do starej śpiewki pseudoliberałów – że co jak co, ale wagina obraża mityczne „uczucia”. Ale waginy mają ludzie wierzący tak samo jak niewierzący, nawet Matka Boska miała waginę i zgodnie z popularną opowieścią w sprawie jej wykorzystania została zapytana o zdanie.

Wagina jako symbol (życia) może być też znacznie bardziej przekonująca niż cierpiący, umęczony i umierający na krzyżu człowiek. Wagina jest problemem dla mizoginów, którzy organ przynoszący życie chcą za wszelką cenę umniejszyć, podporządkować, pozbawić mocy. Wyobrażenie waginy w miejscu publicznym, symbolizujące moc kreacji, może skłonić osoby wychowane w kulturze cierpienia i sterczących fallusów do refleksji.

Chyba że akurat refleksji chciałby Marcin Matczak ludziom odmówić. Czyżby uważał, że ludzie wierzący na nią nie zasługują? Że trzeba ich przed nią chronić? Że słuchających Sławomira albo Martyniuka obrazić może wiadomość, że są tacy, którym się podoba k-pop, jazz albo Prokofiew? Że w imię… no właśnie, czego? Obrony demokracji, której immanentną cechą jest pluralizm – mamy fałszywie nie drażnić pobożnych? Bo spowoduje to u kogoś „dyskomfort”?

Przez poglądy Matczaka przeziera po prostu pogarda do ludzi wierzących. I staje się on, pewnie mimowolnie, sprzymierzeńcem ministra Czarnka, który też nie chce niepokoić wiedzą, ale cenzurować naukę, żeby nie wchodziła w paradę katolickim dogmatom i wyobrażeniom o porządku świata. „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”.

Jak w homogenicznym społeczeństwie dowiedzieć się, że ktoś ma inne poglądy, inne wartości i że w dodatku ma do nich prawo, jeśli będziemy się sami cenzurować, w imię niewpędzania kogoś w dyskomfort, chronienia go przed dysonansem poznawczym? I fałszywie głosić poglądy, które nie zadrażnią? I to mówi ten sam Marcin Matczak, który niedawno ubolewał, że nie ma w społeczeństwie zrozumienia dla różnorodności, zwłaszcza tej materialnej?

Zwyczajne dziewczyny i chłopaki z Warszawy, którym się udało

My, uprzywilejowani

Zbigniew Ziobro skręca w stronę fanatyzmu religijnego i chce karać za interpretacje katolickich symboli, a Marcin Matczak mówi: nie drażnijcie, nie dawajcie się rozgrywać. Ludzi, którzy wyobraźnię wciąż mają zagospodarowaną przez Kościół katolicki, jest w naszym kraju w bród, i to ich symbole dominują w przestrzeni publicznej, ale to ich poglądy wymagają ochrony. Drakońskie prawo jest przyczyną śmierci kobiet, a on przekonuje, że „wypierdalać” to za ostro.

Tylko czy schodzenie z drogi jest słuszne? Czy niestawianie granic jest ok? Czy pozwalanie na gwałcenie praw w imię świętego spokoju i niedawania nabojów populistom to gwarancja sukcesu? To jak radzenie bitej żonie, by nie prowokowała. Bo wbrew temu, co sugeruje prof. Matczak, to nie feministki i aktywistki LGBT zmieniają prawo, by osoby wierzące musiały w celach osobistych wyjeżdżać za granicę, by swoje rytuały musiały odprawiać w ukryciu. To nie osobom wierzącym policja pryskała w oczy gazem. A może zresztą wierzącym też, ale nie dlatego, że są wierzące, tylko dlatego, że protestowały przeciw przemocy władzy i Kościoła.

Czekać do wyborów? Skąd pewność, że bezgłośne, bo na wszelki wypadek samoocenzurowane poglądy zostaną uznane w kolejnym rozdaniu? A może ci, co dojdą do władzy, dojdą też do wniosku, że głos z ambon jest słyszalny, a kobiety i osoby LGBT jak zwykle ustąpią?

Matczak chce być harcownikiem w swoim mniemaniu niepoprawnym i prowokować w imię obrony rzekomo atakowanych, prostych umysłów. Ale czy ktoś go o to prosił? Nawet konserwatywnie nastawione osoby niekoniecznie są drapieżne, niekoniecznie są homofobami i mizoginami, niekoniecznie chcą narzucić swoje wyobrażenia wszystkim. To populiści, jak Matczak zresztą zauważa, wykorzystują ich lęki, by zbijać na nich kapitał polityczny. Harce Matczaka to zatem harce uprzywilejowanego w obronie uprzywilejowanych. Jeżeli takich mamy liberałów to Jędraszewski, Ziobro i Czarnek mogą spać spokojnie. Ja czekam, aż wystąpi w obronie klimatycznych negacjonistów, naftowych gigantów i Obajtka.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij