Rada Bezpieczeństwa Narodowego zwołana w środę przez prezydenta ciągnęła się przez ponad pięć godzin. Nie wiemy oczywiście, co działo się na zamkniętej dla mediów części, być może tak długi czas obrad miał merytoryczne uzasadnienie. Można się jednak zastanawiać, czy rada nie trwała tak długo głównie dlatego, że prezydent chciał zmęczyć parlamentarzystów i pokazać im, kto jest górą. W ciągu pół roku prezydentury – „półrocznica” minęła w ubiegły piątek – Karol Nawrocki bardzo wyraźnie pokazał, że na najwyższym stanowisku w państwie interesuje go głównie walka z rządem.
To nie pierwsza tego typu sytuacja w historii III RP – mamy źle skonstruowaną konstytucję, dzielącą prerogatywy władzy wykonawczej między dwa ośrodki i zawierającą wiele instytucjonalnych i politycznych zachęt do konfliktów między „dwoma pałacami”. Ostatnie sześć miesięcy były jednak wyjątkowe na tle historii polskich kohabitacji: żadna nie była tak intensywna i tak szybko rozszerzająca się na kolejne pola, dotychczas wolne od polaryzacyjnej logiki.
Nowe obszary konfliktu
Intensywność konfliktu prezydenta z rządem pokazuje choćby liczba wet Nawrockiego – 23, co daje 3,8 weta na miesiąc, prawie jedno na tydzień. Gdyby prezydent utrzymał to tempo, do końca kadencji zawetowałby 230 ustaw – 6,5 razy tyle, ile mający na koncie najwięcej wet Aleksander Kwaśniewski, który w ciągu dziesięciu lat swojej prezydentury zawetował 35 ustaw.
W ciągu sześciu miesięcy kadencji Nawrockiego weto przestało być czymś, po co głowa państwa sięga, gdy wymaga tego naprawdę ważny interes społeczny. Z hamulca bezpieczeństwa stało się narzędziem stałego wywierania nacisku przez prezydenta na proces ustawodawczy, ustawiającym go w roli trzeciej, jednoosobowej izby parlamentu, zdolnej przegłosować dwie pozostałe.
Rzecz nie tylko w liczbie wet, gdzie Konstytucja – nigdy dość powtarzać, że fatalnie w tym punkcie skonstruowana – daje prezydentowi realne prerogatywy. Nawrocki nie zadowala się jednak zapisanymi w ustawie zasadniczej kompetencjami i regularnie próbuje je naginać i rozszerzać, przenosząc konflikt z rządem na nowe obszary: nominacji ambasadorskich, awansów oficerskich i generalskich, kontroli nad służbami.
Ofiarą logiki polaryzacji i konfliktu padają kolejne instytucje, w tym wspomniana Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Do środy była to jedna z ostatnich, gdzie cała klasa polityczna mogła na poważnie porozmawiać o kluczowych kwestiach związanych z bezpieczeństwem. Po środzie będzie to o wiele trudniejsze. Prezydent Nawrocki zdecydował się bowiem wykorzystać radę do ataku na marszałka Czarzastego, wrzucając jako jeden z tematów kwestię jego „rosyjskich kontaktów biznesowych i towarzyskich”. Otwierające posiedzenie przemówienie prezydenta – i jedyna część rady otwarta dla mediów – w jednej trzeciej poświęcone było sprawie Czarzastego, podnoszonej wyłącznie po to, by mu się odwinąć za to, że wszedł z Nawrockim w mocną polaryzację.
W momencie, gdy międzynarodowa sytuacja Polski jest szczególnie skomplikowana – z jednej strony Putin i wojna w Ukrainie, z drugiej szarże Trumpa, z trzeciej rosnące w siłę Chiny – Nawrocki zmienia jedno z ostatnich miejsc, gdzie można na poważnie o tym porozmawiać, w kolejną aferę zrytualizowanego, jałowego konfliktu politycznego.
Odwrócić 15 października
Dlaczego konflikt Nawrockiego z sejmową większością jest aż tak intensywny – bardziej niż w końcówce kadencji związanego z tym samym obozem Andrzeja Dudy? Swoją rolę odgrywają tu oczywiście względy osobowościowe. Duda zawsze był typem wzorowego ucznia, spragnionego uznania „dorosłych”, źle czuł się w twardej politycznej walce. Walka jest tymczasem żywiołem Karola Nawrockiego, chyba jedynej głowy państwa we współczesnej Europie ukształtowanej przez kibolskie ustawki. Gdy urząd premiera obejmował Donald Tusk, Duda myślał już o politycznej emeryturze. Nawrocki wszedł w konflikt z rządem jako zaczynający kadencję prezydent, niesiony siłą zwycięstwa i świetnymi wskaźnikami sondażowymi, chcący udowodnić opinii publicznej, że rola pierwszej osoby w państwa go nie przerasta.
Kluczowy może być jednak kontekst polityczny. PiS w 2023 roku naprawdę niewiele brakowało do tego, by utrzymać władzę na trzecią kadencję – a konkretnie zdolności koalicyjnej. PiS zastąpiła szeroka, głęboko wewnętrznie podzielona koalicja. Patrząc na widoczne w niej wewnętrzne tarcia, politycy prawicy mogli zastanawiać się, czy tego sojuszu nie dałoby się rozbić, może nawet już w tej kadencji.
Nadzieje na to wzmocniło zwycięstwo najpierw Donalda Trumpa w Stanach, a potem Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich. Jak donosiła choćby „Rzeczpospolita”, w ostatnich tygodniach PiS intensywnie próbuje przekonać Władysława Kosiniaka-Kamysza do zmiany sojuszy, argumentując, że Amerykanie chcą w Warszawie rządu bardziej przyjaznego ich interesom niż obecny.
Prezydent, jako znany przyjaciel Ameryki i rządzącego nią obecnie ruchu MAGA, z pewnością chciałby wystąpić jako patron takiego nowego otwarcia – jako cel swojej prezydentury stawia więc rozbicie koalicji 15 października.
Nawrocki nie jest oczywiście pierwszym prezydentem, który chciałby zmiany rządu – tak samo było z Wałęsą i koalicją SLD-PSL w latach 1993-1995, Kwaśniewskim i rządami AWS w okresie 1997-2001, czy Lechem Kaczyńskim i Tuskiem w latach 2007-2010. Od czasu Wałęsy żaden prezydent nie grał jednak tak otwarcie na wywrócenie rządowego stolika.
Stawki i intensywność tej gry wzmacniają międzynarodowy kontekst oraz fakt, że w ramach pękającego coraz bardziej Zachodu PiS i obóz prezydencki stawiają na Trumpa i MAGĘ a rząd raczej na Europę – choć na razie bardzo ostrożnie, tak by nie urazić Amerykanów i nie dać sobie przykleić łatki „partii niemieckiej”, na zlecenie Berlina skłócającej Polskę z naszym kluczowym sojusznikiem.
Zachęty do konfliktu są po prostu zbyt silne
Z tej logiki konfliktu prezydent wyłamał się w ciągu pierwszego pół roku swoich rządów tylko dwukrotnie. Po raz pierwszy we wrześniu, gdy polską przestrzeń powietrzną naruszyły rosyjskie drony. Drugi raz na forum w Davos, gdy zachował się dość rozsądnie w kwestii absurdalnego planu Rady Pokoju Trumpa. Teraz jednak ośrodek prezydencki wykorzystuje propozycję USA, by spolaryzować się z rządem.
Wszystko wskazuje, że takie momenty, jak dwa wspomniane, będą wyjątkiem, a nie regułą. Zachęt do konfliktu między dwoma pałacami jest dziś bowiem znacznie więcej, niż zachęt do współpracy. Działają one przy tym na wielu poziomach: od indywidualnego, przez poziom bieżącego politycznego konfliktu, po kontekst międzynarodowy. Tak długo, jak na drugiej szali nie pojawi się podobna sytuacja, jak we wrześniu, tak długo zachęty będą przeważały nad strategiczną potrzebą współpracy dwóch ośrodków władzy wykonawczej.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.