Kraj

Janusz Waluś, ostatni wyklęty?

Polska debata publiczna coraz bardziej stoi tam, gdzie stali biali bojówkarze w RPA na początku lat 90.

Gdy RPA zaczęło wychodzić z apartheidu, nie bardzo interesowałem się jeszcze polityką. Z tamtych czasów w głowie utkwił mi jeden obrazek z telewizyjnych wiadomości: czarne i białe dzieci po raz pierwszy idą do jednej szkoły. Biała dziewczynka, mniej więcej moja rówieśnica, płacze – jest przerażona tym, że ma dzielić klasę z czarnymi. Przytula i pociesza ją ojciec, krzyczący w stronę dziennikarzy: „Patrzcie, co zrobiliście”! Obrazek ten nie wywołał we mnie żadnego współczucia dla ojca i jego córki – miałem przekonanie, którego wtedy nie potrafiłbym wyartykułować, że stoją po złej stronie historii i że muszą pogodzić się ze zmianami, jakie zachodzą w ich kraju.

Gdy politycznie dorastałem wraz z upływem lat 90., odkrywałem prawicowe dyskursy kontestujące oczywiste, wydawałoby się, punkty zwrotne historii: rewolucję francuską (zwłaszcza okres jakobiński), wejście kobiet na rynek pracy, dekolonizację. Zniesienie apartheidu w RPA dla głównego nurtu prawicy pozostawało jednak raczej tematem tabu. O ile wypadało na prawicy z nostalgią pisać o dobrotliwej kolonialnej władzy w Afryce, zwłaszcza brytyjskiej, oficerach w korkowych hełmach i kolonialnych urzędnikach obsługiwanych w eleganckich bungalowach przez uśmiechniętych czarnych służących, to już pochwały rasistowskiego reżimu Afrykanerów nie przechodziły tak łatwo przez nasze prawicowe klawiatury, przynajmniej poza marginesami.

Nasz człowiek w Afryce

Niestety, w ostatnich latach wyraźnie się to zmienia. Nostalgiczny obraz RPA dobrotliwie rządzonego przez białą elitę skontrastowany z rzekomym współczesnym upadkiem tego kraju staje się coraz powszechniej stosowaną figurą mówienia o południowoafrykańskiej rzeczywistości. Pomaga w tym to, że historia wychodzenia RPA z apartheidu splata się z Polską w jednej postaci – Janusza Walusia.

Ten góral z Zakopanego tuż przed stanem wojennym wyjechał do RPA, gdzie byli już wcześniej jego ojciec i brat. Próbuje sił w biznesie, ale kończy jako bankrut, pracuje jako kierowca ciężarówki. Aktywuje się jednocześnie politycznie – działa w Partii Konserwatywnej, grupującej białych sprzeciwiających się jakimkolwiek ustępstwom wobec czarnych. Waluś znany jest ze swojego sprzeciwu nie tylko wobec politycznych rozmów z czarnymi, ale także wobec zniesienia segregacji. Polak ma także związki z Afrykanerskim Ruchem Oporu, skrajnie rasistowskim paramilitarnym ugrupowaniem, oraz najbardziej przeciwnym zmianom elementami południowoafrykańskiego wywiadu cywilnego i wojskowego.

W 1993 roku, w trakcie negocjacji nad warunkami wychodzenia RPA z apartheidu, Waluś morduje lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, czarnego Chrisa Haniego. Komuniści, wspólnie z Afrykańskim Kongresem Narodowym i Afrykańskim Kongresem Związków Zawodowych, tworzyli najważniejszą siłę reprezentującą czarnych na początku lat 90, negocjującą w imieniu większości warunki zaprowadzenia pełnej demokracji i przejęcia państwa od białych. Do mordu Walusia podżegał deputowany Partii Konserwatywnej, uważany za wyjątkowego rasistę nawet na jej standardy – Clive Derby-Lewis. On też dostarczył Walusiowi broń. Do wyjaśnienia pozostaje sprawa zaangażowania w zamach ludzi z południowoafrykańskich służb.

Na liście celów Walusia poza Hanim znajdował się Nelson Mandela oraz inny lider PPK, Joe Slovo (późniejszy minister budownictwa w administracji Mandeli).

Waluś tłumaczył później, że widział w Polsce, jak zbrodniczą i destrukcyjną ideologią jest komunizm, i działał z przekonaniem, że jeśli komuniści dojdą do władzy w jego nowej ojczyźnie, „w imię wielorasowej utopii, która nigdy tu nie działała”, zniszczą wszystko, co od lat budowali biali. Biorąc jednak pod uwagę, że celem numer jeden na liście Walusia był Mandela, w jego akcie nie chodziło o żaden „anykomunizm” – lecz o wywołanie kryzysu, który wykolei rokowania w sprawie przekazania władzy czarnym i zniesienia segregacji.

Za swój czyn Waluś został skazany na karę śmierci, którą zamieniono na dożywocie. Zgodnie z prawem RPA ma teraz prawo ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Południowoafrykańskie sądy odmawiają mu tego prawa od kilku miesięcy. W sprawę włączają się polscy politycy, wśród nich związany z Kukiz’15 poseł Tomasz Rzymkowski. Twierdzi on, że Waluś spłacił swój dług społeczeństwu, a blokada jego wyjścia z więzienia ma czysto polityczny wymiar – wynika z wpływów komunistów we współczesnym RPA.

Jak nie rozmawiać o Afryce

Poseł był gościem programu w Polskim Radiu 24 w ostatnią niedzielę. Audycja może posłużyć za przykład, jak o Walusiu i współczesnej Południowej Afryce rozmawiać się nie powinno, a już na pewno nie w publicznym medium. Poza Rzymkowskim wystąpiła córka Walusia oraz dziennikarz i autor książki o nim, Michał Zichlarz.

Czego mogliśmy się dowiedzieć z audycji? Że Walusia prześladują źli komuniści, że od lat nie dostał żadnej przepustki, że zwrócił się do córek Haniego z prośbą o przebaczenie, sporo też o tym, jak straszne warunki panują w południowoafrykańskim więzieniu, że państwo polskie powinno się upomnieć o swojego obywatela. Nic za to o toksycznej, skrajnie rasistowskiej ideologii, jaką reprezentował i reprezentuje chyba do dziś. Zichlarz mówił w pewnym momencie o swojej wizycie w więzieniu u Walusia. Ten pytany przez dziennikarza, czy żałuje tego, co zrobił, miał odpowiedzieć, że żałuje tego, że uczynił córki Haniego sierotami, a jego żonę wdową, ale „w RPA toczyła się wtedy wojna domowa”, a on „zrobił to, co było konieczne”.

Prowadzący audycję Jakub Kukla nie dopytał, jaka w zasadzie „wojna domowa” miała toczyć się wtedy w RPA. Trudno byłoby ją wskazać – odbywały się pokojowe negocjacje białej i czarnej klasy politycznej. Dla Walusia i jego politycznych sojuszników „wojnę domową” oznaczała każda próba zmiany rasowych stosunków w kraju. Brak wskazania, po jakiej stronie stał naprawdę Waluś, był wielką słabością audycji.

Jeszcze większym błędem dziennikarza jest to, że w żaden sposób nie kontrował narracji Rzymkowskiego o rzekomo świetnie prosperującym niegdyś, a dziś pogrążonym w chaosie RPA. „W kraju tym dokonano pierwszego w historii przeszczepu serca – mówił o RPA ery apartheidu poseł Kukiza. – Dziś panuje tam epidemia AIDS, biali obawiają się o swoje życie” – twierdził. Wszystko to przez to, „kto tam teraz rządzi”. By być uczciwym, można z pewną dozą dobrej woli założyć, że Rzymkowski miał bardziej na myśli „komunistów” niż „czarnych”. Niemniej jednak dziennikarz w publicznym radio nie może zostawiać bez komentarza takich stwierdzeń polityka!

Sukcesy RPA pod rządami białych wiązały się z niedającym się tolerować terrorem wobec czarnej ludności, pozbawieniem jej praw politycznych i socjalnych.

Dzisiejsze faktyczne problemy RPA są dziedzictwem ery apartheidu, stworzonych przez niego skrajnych nierówności społecznych. Mimo dwóch dekad otwarcia kanałów awansu społecznego dla czarnej ludności RPA ciągle pozostaje jednym z bardziej nierównych społeczeństw o tym poziomie zamożności, a nierówności majątkowe rozkładają się wśród linii rasowych. Wystarczy popatrzyć na niedawno silnie obecne w internecie zrobione z drona zdjęcia, naocznie pokazujące, jak podziały rasowe i klasowe odzwierciedlają się w południowoafrykańskiej przestrzeni. W tej sytuacji przestępczość i przemoc wielu wydają się jedyną drogą ucieczki.

Oczywiście, rządy kolejnych administracji prezydentów wywodzących się z Afrykańskiego Kongresu Narodowego też nie są bez winy. Południowoafrykańska lewica krytykuje je za neoliberalizm, politykę nastawioną na szybkie uwłaszczenie nielicznej czarnej klasy wyższej i górnej warstwy średniej, zaniedbywanie problemu czarnych ubogich mas. Wiele osób na afrykańskiej lewicy wierzy, że gdyby Waluś nie zamordował Haniego, ten miałby wpływ na kształt odchodzenia RPA od segregacji rasowej i nadałby mu inny, bardziej egalitarny kierunek.

Można i warto dyskutować o tym wszystkim. Nie można nie kontrować w publicznych mediach zgłaszanych przez posłów na polski Sejm fantazji o „złotym okresie” białej Afryki Południowej. Rozmowa puszczająca takie wrzutki jest intelektualną i etyczną klęską dziennikarza.

Waluś wyklęty

Jeszcze dalej w dyskursie na temat Walusia idzie były poseł PiS Artur Zawisza, dziś związany z Ruchem Narodowym i środowiskiem weteranów Narodowych Sił Zbrojnych. Pytany przez dziennikarza „Polska the Times” o to, kim jest dla niego Waluś, odpowiedział: „żołnierzem wyklętym – osobą, która nie z rozkazu państwa, ale z poczucia obowiązku walczy z międzynarodowym komunizmem”.

Nie jestem fanem mitu żołnierzy wyklętych, ale porównanie Walusia do nich uważam za obraźliwe dla ich pamięci. Czym innym jest walka z komunizmem (jakkolwiek oceniamy jej sens) w powojennej Polsce, gdzie małe partyzanckie oddziały osaczone są przez aparat państwowy sprzymierzony ze sprawującym hegemonię w regionie mocarstwem, czym innym mord na cywilnym polityku, reprezentującym grupę emancypującą się ze stuleci kolonialnego podporządkowania. Mordujący Haniego w 1993 roku – dwa lata po rozpadzie ZSRR – Waluś walczy nie ze śladowo wtedy istniejącym „międzynarodowym komunizmem”, ale z przerażającą go perspektywą przyznania podstawowych ludzkich praw czarnym w RPA.

Wypowiedź Zawiszy jest absurdalna i pokazuje, do czego prowadzi doprowadzony do końca nasilający się w coraz bardziej prawicowej Polsce „rozszerzony antykomunizm”. Zgodnie z jego logiką komunizm jest największym historycznym złem, wszystko, co się z nim wiąże, choćby pośrednio – ruchy narodowowyzwoleńcze w dawnych krajach kolonialnych, związki zawodowe, emancypacja kobiet – jest częścią tego samego, komunistycznego zła. A wszystko co z komunizmem prowadzi walkę, stoi po właściwej stronie historii.

Ten antykomunizm niszczy na naszych oczach wszystko, co, jak się wydawało, udało się wypracować w latach 90., w tym elementarz, jeśli chodzi o kwestie rasy i kolonializmu. Polska debata publiczna coraz bardziej stoi tam, gdzie stali afrykanerscy bojówkarze na początku lat 90. Jeśli wstające z kolan państwo polskie upomni się o „ostatniego partyzanta” Walusia, a prezydent Duda przyzna mu jakiś order, będę załamany – ale chyba już nie zdziwiony.

Zinn-Ludowa-historia-stanow

 

**Dziennik Opinii nr 265/2016 (1465)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Jasnym jest, że nie był Pan nigdy w RPA. Polecam, skoro tak bardzo chwali pan tamtejsze nowe porządki. Może wyniósłby Pan z tego rodzaju podróży jakieś wnioski.

  2. już widzę powitanie i czczenie mordercy walusia w kraju przez prawicowych psychopatów Powinien dostać kulke podczas ucieczki

  3. >>Biorąc jednak pod uwagę, że celem numer jeden na liście Walusia był Mandela, w jego akcie nie chodziło o żaden „anykomunizm”<<

    Nie do końca trafny argument, biorąc pod uwagę, że Mandela był członkiem Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, a nawet zasiadał w jej komitecie centralnym. Wprawdzie fakt ten ujawniono dopiero po jego śmierci, ale jego bliskie związki z komunistami były znane. Nie jest wiec tak, że "antykomunizm" nie mógł być powodem (albo jednym z powodów) obrania Mandeli za cel; raczej pokazuje to, jak wygląda antykomunizm w wykonaniu prawicy i dlaczego jest to niebezpieczna ideologia.