Kraj

Janiszewski: Oh shit!

„Redakcje dzisiaj nie są żadnymi miejscami, w których się myśli czy dyskutuje. To się zrobiły biura” – to mówiąc, wypuściła z płuc chmurę papierosowego dymu.

Kilkanaście lat temu, w czasach, gdy młodzi dziennikarze dostawali jeszcze etaty, spotkałem się parokrotnie z Anna Bojarską, podówczas aktywną pisarką. Tą samą, która onegdaj wydała Czego nauczył mnie August oraz Agitkę. Bojarska nie należała do łatwych rozmówczyń, bo chcąc ukryć napięcie, które wzbudzał w niej kontakt z ludźmi, nieustannie uciekała w anegdotki. Między nimi, nieco przypadkiem, pojawiał się czasem ton serio, zwykle z zaskakująo ponurym przesłaniem.

Któregoś razu, gdy zeszło na media, powiedziała zdanie, które zapamiętałem szczególnie wyraźnie. „Redakcje dzisiaj nie są żadnymi miejscami, w których się myśli czy dyskutuje – to się zrobiły biura” – i to mówiąc, wypuściła z płuc chmurę papierosowego dymu. Musiało to na mnie zrobić duże wrażenie i w sumie nic dziwnego, bo chyba mniej więcej wtedy dostałem swój pierwszy dziennikarski etat. Nie bardzo jednak zrozumiałem, o co chodzi Bojarskiej, bo skalę porównawczą miałem wówczas niedużą.

Dlaczego redakcja pisma, w którym wówczas pracowałem (zupełnie nieważnego, dziś nieistniejącego), miałaby być biurem? Fakt, musieliśmy tam bywać codziennie, najlepiej o dziesiątej rano, a wychodzić nie wcześniej niż o siedemnastej, bo prezesa niepokoił widok pustych biurek. Rzeczywiście, rozliczano nas głównie z liczby, nie z jakości oddanych materiałów. Nie da się ukryć – mieliśmy pisać dużo, na możliwie różne tematy, bo skoro już wydawano na nas pieniądze, to powinniśmy się do czegoś przydawać i uwolnić firmę z konieczności zamawiania tekstów zewnętrznych. Było wiec tak, że dziś o kinie, jutro o nowych inwestycjach budowlanych stolicy, a we wtorek o tym, że warto zrobić kolonoskopię. Nasza przełożona przejęta zaleceniami prezesa organizowała nieustanne zebrania, ciągle gadaliśmy o tym, że musimy pisać więcej, najlepiej na zapas, na wypadek gdyby się koledzy z działu reklamy popisali i z nagła przybyło dużo stron do zapełnienia. Pisać o czymkolwiek, byle było i jakoś tam trzymało się kupy.

Nie da się ukryć, byłem pracownikiem biurowym. Ale chyba nie chciałem tego wiedzieć. Wstyd się przyznać – bardzo, ale to bardzo, chciałem zostać dziennikarzem.

Jakoś mi się to teraz przypomniało, gdy jeden z branżowych portali doniósł o nowej dyrektor programowej radiowej Czwórki, która ledwie przyszła do roboty, od razu zadała zespołowi kartkówkę. Mieli napisać, kim są, co robią w radiu i kto jest dla nich autorytetem. Fakt, że Iwona Kostka-Kwiatkowska przyszła do Polskiego Radia z uniwersyteckiego Radia Kampus, może dać  wgląd w te nieco szkolne koncepcje „poznawania zespołu”. Kto wie, może myślała, że jak Czwórka jest adresowana do młodzieży, to i młodzież ją robi, więc po młodzieżowemu zapytajmy o autorytety.

Tymczasem młodzież z Czwórki, mniej więcej po trzydziestce, do zadania podeszła po dorosłemu, czyli z umiarkowanym entuzjazmem. Ktoś na swoim prywatnym fejsbuku zapytał: „A czy Wy macie już swój radiowy autorytet?”, na co ktoś inny odpowiedział: „Nie wiem, czy śmiać się, czy bać. Oh shit”. Wahanie na miejscu, bo i co właściwie napisać, żeby dobrze wypaść? Jan Paweł II? Teresa Torańska? Edward Snowden? Sierotka Marysia? Pani dyrektor nie spodobało się takie ujęcie sprawy i zwolniła autorkę wpisu. Za jednoznacznie negatywny stosunek do zadania zleconego redakcji. Było to tym prostsze, że zwolniona Ewelina Grygiel, reporterka porannego pasma, pracowała, tak jak zdecydowana większość młodych dziennikarzy Polskiego Radia, na śmieciówce. Wystarczyło więc po prostu przestać cokolwiek zlecać i tym samym za cokolwiek płacić.

Prosto, czysto, elegancko i z pełnym wsparciem Polskiego Radia, które ustami rzecznika stwierdziło jedynie, że Kostka-Kwiatkowska może sobie kształtować zespół po swojemu, a „współpracownicy nie muszą dostawać zleceń”.

Tak się zabawnie składa, że przed etatem w pierwszym redakcyjnym biurze, o którym było na początku, przez dwa lata zarobkowałem jako współpracownik Polskiego Radia. Pech chciał, że właśnie Czwórki, która wówczas jeszcze nazywała się Radiem BIS. Przerabialiśmy tę nazwę najchętniej na Radio ZWIS, co nieźle oddawało poziom słuchalności, nieodmiennie wahający się na granicy błędu statystycznego. Zatrudniała nas Redakcja Młodzieżowa, nieodmiennie nazywana przez nas Odzieżową, bo produkuwała coś na kształt konfekcji lekkiej – takie trochę tego i owego, w stylu „Zapraszamy do Trójki” z lat osiemdziesiątych. Już wówczas współpracownicy stanowili główną siłę roboczą. Z kolejnych materiałów ciułali coś na kształt pensji, a etat pozostawał rodzajem honorowego kotylionu, który przyznawano za szczególną wytrwałość, i to dopiero, gdy z puli zasłużonych etatowców ktoś umarł albo zmienił pracę (co zdarzało się zdecydowanie rzadziej), zwalniając tym samym miejsce.

I to też było, dzisiaj wiem to z całą pewnością, biuro. Nielubiane, zadymione, peerelowskie biuro z pierdzącymi kurzem kanciapami na Malczewskiego i stołami do montażu liniowego (umiejętność ręcznego cięcia i klejenia taśmy jest czymś, czym mogę się poszczycić, może kiedyś przyda się na jakichś pokazach mediewistycznych). To było biuro, w którym panowały starodawne, hierarchiczne zasady komunikacji, gdzie o ówczesnej szefowej nie mówiono inaczej niż „pani dyrektor” lub „ta k…” (ale to poza miejscem świadczenia pracy i po pijaku), a której oblicze oglądano z rzadka, bo prawdziwa władza nie miesza się z pospólstwem. Biuro jakiegoś straszliwego, zapaździałego urzędu, w którym wszystkim już dawno przestało się chcieć, ale które dawało robotę pewna i stabliną, a wytwarzało produkt archaiczny, niemający ani słuchaczy, ani nadziei na lepsze.

Dzisiejsza historia z Czwórką pokazuje dwie rzeczy. Pierwszą: że dłużej klasztora niż przeora. Relacje władzy w mediach publicznych nie zmieniają się ani trochę. Nieważne, jaką robisz robotę (do poranków nie bierze się dennych reporterów, to zbyt ważne pasmo), twój pierwszy obowiązek to iżbyś miał „wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego”. Jak w słynnym carskorosyjskim ukazie z XVII wieku. I rzecz druga: biura, o których piszę, zrosły się najwyraźniej w jedno.

Peerelowski sznyt relacji międzyludzkich pozostał nietknięty, tylko dziś uzasadnia się go dobrem korporacji.

Wymieciono kurz, do studia wstawiono kamery i komputery, zaczęto śledzić pracownicze wpisy na Faceboooku – wszystko wydaje się znacznie nowocześniejsze. Tymczasem słuchalnośc opiera się tym zmianom i pozostaje nieodmiennie niska. Owszem, jeśli porównać ją do czasów BIS-ki, miewa się lepiej, ale 0,7% udział w rynku dla ogólnopolskiego radia to śmiesznie mało. Nawet rozgłośnie ponadregionalne, nadające tylko w wybranych miastach potrafią zdyskontować taki wynik.

I to naprawdę jest ciekawe. Robiąc radio, które ma przyciągać chyba najtrudniejszą do zdobycia grupę młodych słuchaczy, nikt nie rozumie, że to powinno być inne miejsce, robione według innych zasad, możliwie antykorporacyjne? Że jeśli coś ma się z Czwórką ważnego wydarzyć, to nie da się tego zrobić przez zarządzanie zamordystyczno-zastraszające? Że tak naprawdę miejscem docelowym dobrego dziennikarza nigdy nie było i nie będzie żadne biuro, z jego dress-codem i fałszywą grzecznością? Że zlecanie dorosłym klasówek z autorytetów to przejaw nędzy umysłowej? Że dziennikarze nie są od tego, by się ćwiczyć w posłuszeństwie? Że tak zwana osobowość nie jest czymś, co można zamarkować radosnym szczebiotem o niczym? Że albo tu się da ludziom myśleć i zadawać pytania, kłócić się i wchodzić w spory, albo to coś zwane radiem nigdy nie nabędzie żadnej interesującej tożsamości, pozostanie miałkie, choćby nawet zgromadziło artystów mikrofonu o wielkim potencjale?

Te wszystkie pytania można by zadać Kostce-Kwiatkowskiej i pewnie zrobiłoby się naprawdę zabawnie. Ale to właściwie w ogóle nie jest śmieszne, to jest wyjątkowo poważne. Tym poważniejsze, że wciąż powtarza się jeden i ten sam mit: media publiczne potrzebują światłych menedżerów, którzy poprowadzą je ku dalszym sukcesom. Otóż nie zgadzam się z tym ani trochę. Żadne media nie potrzebują światłych menedżerów z pomysłami, tylko względnie przytomnych menedżerów, którzy spróbują wydobyć pomysły z głów swoich podwładnych. Nie znam żadnego udanego radia „wymyślonego” zza biurka. O niczym takim nie słyszałem. To się albo dzieje między reporterami, wydawcami, prowadzącymi i realizatorami, albo nie dzieje się wcale.

Póki co jednak, wzorem komunikatów tworzonych przez rzecznika Polskiego Radia, wypada jedynie stwierdzić, że do grona dyrektorów programowych tej zacnej instytucji dołączyła kolejna profesjonalistka robiąca wrażenie. Taka, co zasłużyła na szacunek, bo ma władzę i za chwilę coś z nią zrobi.

Pozostaje powiedzieć: „Oh shit”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Janiszewski
Jakub Janiszewski
Dziennikarz, reporter
Dziennikarz radia Tok FM. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Dziennikarstwem zajmuje się od 1999 roku. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, gdzie publikuje reportaże i wywiady. W 2006 opisał historię czterech młodych kobiet zakażonych wirusem HIV przez Simona Mola - znanego działacza na rzecz imigrantów. Wkrótce potem zajął się innym tematem powiązanym z HIV - polityką narkotykową. W swoich audycjach próbuje pokazać problematykę społeczną w kontekście systemu legislacyjnego i praw człowieka. Był nominowany do nagrody Mediatory 2006.
Zamknij