Kraj

Chutnik: Dzień kobiet

W Dniu Kobiet z pewną egzaltacją i dumą myślę, że nadal potrafię wypatrzeć w różnych działaniach siostrzeństwo i nie wstydzić się wzruszenia.

Tysiące razy się sparzyłam. Beczałam do poduszki, no jak ona mogła tak postąpić, jak ona mogła to powiedzieć. Obiecywałam sobie, że już nigdy nic nie zrobię dla innych, że się zajmę pisaniem i pieleniem grządek. Gówno tam, wewnętrzna emigracja – jestem tego warta. 

Kolejne zmarszczki od działania nikomu nie imponują, wyglądają brzydko i nie łączą się z żadną zmianą. Ja tu sobie żyły, dziewczyny, wypruwam, a wy co? Bywałam rozczarowana innymi kobietami, bywałam na nie wściekła. Ale zostałam wychowana w etosie siostrzeństwa, wartości nadrzędnej, która w sercu tkwi jak głupia zadra i nie chce wyjść. Kto mnie tak wychował? Ja sama, osobiście od wczesnych lat pamiętniczka i pachnącego żelpena dawałam sobie złudy feministyczne. Z lektur książek, z rozmów i spektakli. Potem z Manif i genderów, tajemnych spotkań przed pikietami i stu milionów chichotów. Ja i one, ja i my. Jak Thelma i Louise, jak wojowniczki wystawiane na próby przez zły los. Myślę o tym w Dniu Kobiet z pewną egzaltacją i dumą, że to siostrzeństwo nadal potrafię wypatrzeć w różnych działaniach i nie wstydzić się wzruszenia.

W filmie Marii Sadowskiej Dzień kobiet solidarność między kobietami co chwilę narażana jest na ciężkie próby. Zgrany zespół pracownic jednej z sieci marketów trapi jeden podstawowy problem: łamanie praw pracowniczych. Noszenie ciężkiego towaru, wyładowanie w nocy paczek z samochodu dostawczego, nadgodziny, których nikt nie zlicza i upokarzające pieluchy na kasie. Po ponad ośmiu latach od rozpoczęcia procesu, w którym Bożena Łopacka, kierowniczka pewnego dyskontu oskarżyła pracodawców o łamanie kodeksu pracy, wiemy już, co się kryje za „codziennie niskimi cenami”. Jednak wpisanie tych historii w los jednej bohaterki uwypukla problemy. Pokazuje też, że bycie fair w stosunku do innych kobiet jest często wręcz niemożliwe: każdy ma swojego szefa nad sobą. I jak się samemu świństwa nie zrobi temu, kto pod nami, to nam zaraz zrobią jeszcze gorzej. Impas, pułapka, związane ręce.

Bohaterka Dnia kobiet zmuszona jest więc zwolnić koleżankę, fałszować innym karty pracy, zmuszać je do pracy ponad siły. Z poczucia solidarności nie zostaje już wiele, może wspólny papieros ćmiony gdzieś na zapleczu, ale to za mało. Kiedy jedna z pracownic traci ciążę, kolejna musi przykrywać torbą trupa klienta i otwierać sklep, jak by nigdy nic. W tym wszystkim ich szefowa, zawieszona między wykonywaniem poleceń a poczuciem przyzwoitości. Z niedowierzaniem pyta: „Dziewczyny, no co wy?”. Ale dziewczyny już po drugiej stronie barykady stoją, bo w takim systemie roboty to jesteś z nami albo przeciwko nam, innej opcji nie ma.

I to pewnie podobna śpiewka zarówno dla wielkich korpo, jak i mniejszych firm, które są częścią międzynarodowych spółek. Dla wszystkich podmiotów zhierarchizowanej fali, które sentymenty przeliczają na zyski i im się to nie opłaca. Stąd się właśnie wzięło święto kobiet – od strajków w amerykańskich fabrykach odzieżowych, gdzie pracownice chciały zawalczyć o godne warunki pracy i równość ekonomiczną. Imigrantki, kobiety z dziećmi na utrzymaniu, pracownice fizyczne – zawsze pod górę, zawsze najgorzej. To od nich idzie iskra, bo nie o frustrację tylko chodzi, ale i poczucie, że nie ma się już nic do stracenia.

Tak poczuła się bohaterka Sadowskiej, Halina (grana przez fantastyczną Kasię Kwiatkowską). Że właściwie straciła wszystko: pieniądze, szacunek koleżanek, kontakt z dorastającą córką i nawet kochanka-szefa. Mimo zastraszania ze strony pracodawcy decyduje się na wytoczenie firmie procesu. Bo zostało jej tylko poczucie sprawiedliwości. Ale również chęć pokazania koleżankom, że była postawiona w sytuacji: ona albo one. Wybrała siebie, pewnie egoistycznie, ale z kredytem i wizją samotnego wychowywania dziecka. To również dla koleżanek był ten proces, dla ich relacji. 

W tych wszystkich siostrzeńskich problemach mogłabym przebierać, bo nie tylko „zły system” jest tu winny, niestety, ale różne ludzkie wady, które lubimy nazywać „kobiecymi jątrzeniami”, a które najczęściej są wynikiem upupienia w większym konglomeracie zależności i podziałów. I pewnie zatracam się w romantycznej wizji kobiecej więzi. Być może. Ale w dniu takim jak ten myślę o wszystkich kobietach walczących nie tylko w swoim imieniu, ale i w imieniu reszty kobiet. Wszystkich ludzi. I szlag mnie trafia, kiedy słyszę o przykładach nielojalności między nimi, ale gdzieś mi się w sercu szarpie poczucie, że czasami w życiu może zdarzyć się happy end, jak ten z filmu Dzień kobiet. Wcale to nie ckliwe, naiwne i kiczowate. Zasłużone to jest i tyle. 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.