Kraj

Bendyk: Prekariat bez głosu, plutokracja ma się dobrze

Skąd poparcie dla antyspołecznej polityki? Zerknijmy na badania nad brytyjską strukturą klasową.

Szef Banku Światowego Jim Yong Kim stwierdził ostatnio, że likwidacja ubóstwa, w którym żyje 1,2 miliarda ludzi, będzie bardzo trudnym zadaniem. Oczywiście nie powiedział nic nowego, miło jednak, że tematem biedy zajął się lider instytucji kojarzonej dotychczas jako jeden z filarów neoliberalnego kapitalizmu. Poza tym nieważne, czy Kim powiedział coś odkrywczego, lecz kiedy zabrał głos. A tu właśnie Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarstwa Śledczego (ICIJ) opublikowało wyniki analizy dwóch milionów dokumentów przedstawiających aktywność rajów podatkowych oraz ich klientów. Wśród ludzi chowających się z kasą na Wyspach Dziewiczych, a więc znajdujących się pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii widnieją ciekawe nazwiska z całego świata. Jak szacują analitycy, udało im się zgromadzić nawet 32 biliony dolarów – to mniej więcej połowa globalnego PKB.

Ciekawe, czy gdyby opodatkować tę kasę, łatwiej byłoby walczyć z ubóstwem, które dla Banku Światowego oznacza życie za 1,25 dolara dziennie? Pytanie całkowicie retoryczne, bo jeśli uważniej się przypatrzeć liście ICIJ, to najważniejszy jej fragment tworzy poczet plutokratów – ludzi łączących zasoby finansowe i wpływy w świecie władzy. A skoro tak, to zgodnie ze starą leninowską zasadą, że wpływów zdobytych raz nie oddaje się nigdy, nie należy spodziewać się cudów i wzrostu miłosierdzia bogatych. Raczej przeciwnie, co pokazuje realna polityka.

Dobrej ilustracji takich praktyk dostarcza Wielka Brytania, gdzie konserwatywny rząd Davida Camerona realizuje właśnie plan reform, które według ekonomicznych analiz dotkną głównie najbiedniejszych (oczywiście, biednemu Brytyjczykowi daleko do ubóstwa mieszkańca Somalii). „Guardian” już określił dzień 1 kwietnia 2012 momentem, w którym Wielka Brytania zmieniła się bezpowrotnie – rozmaite rozwiązania oszczędnościowe, takie jak choćby „bedroom tax”, demontują wiele mechanizmów państwa opiekuńczego. A rządzący nie wahają się, by wykorzystać każdą okazję do legitymizowania swoich projektów. Na przykład ogłoszenie wyroku na Micka Philpotta i jego żonę, Mairead.

Philpott wpadł na pomysł, by podpalić dom z nadzieją na uzyskanie odszkodowania. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, w pożarze zginęło sześcioro dzieci. Słusznie surowy wyrok dożywocia George Osborne, Kanclerz Skarby rządu Jej Królewskiej Mości skomentował  spostrzeżeniem, że Philpott z małżonką byli klientami opieki społecznej. Czyż nie należy zatem zweryfikować zasad działania państwa opiekuńczego, które jak widać, zajmuje się finansowaniem patologicznych „stylów życia”? Partyjni koledzy przyjęli komentarz Osborne’a z uznaniem. Czytelnicy lewicowego „Guardiana” nie kryją oburzenia z powodu cynizmu rządzących.

To jednak konserwatyści legalnie rządzą nad Tamizą, podobnie jak legalnie rządzi Węgrami Viktor Orban. Skąd to demokratyczne poparcie dla jawnie antyspołecznej polityki? Nieco światła na tę kwestię rzucają najnowsze badania nad strukturą klasową w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy mają obsesję na punkcie klas i stratyfikacji społecznej – jej badanie należy, uwaga! do misji publicznej BBC. To właśnie publiczny nadawca organizuje Great British Class Survey. W realizacji badań pomagają uczeni z sześciu uniwersytetów, 4 kwietnia w piśmie naukowym „Sociology” został ogłoszony raport.

Z analizy wynika, że należy odejść od starego sposobu identyfikowania pozycji społecznej na podstawie zatrudnienia. To już zbyt słaba kategoria, lepiej miejsce w strukturze określa poziom różnych kapitałów: ekonomicznego, społecznego i kulturowego. Mówiąc w uproszczeniu: to, ile się ma; to, kogo się zna; i to, co się wie, oraz w jakich praktykach kulturowych uczestniczy. Oczywiście, mierzenie tych kapitałów jest bardziej złożone niż pytanie, gdzie kto pracuje. Odrobina staranności badawczej pozwoliła jednak stwierdzić, że dawny podział na trzy klasy: wyższą, średnią i robotniczą należy usubtelnić i zastąpić schematem siedmioelementowym.

Brytyjczycy mogą się więc pochwalić elitą, klasą wyróżniającą się zarówno pod względem zgromadzonego bogactwa, jak i wpływów oraz kompetencji. Do elity należy 6% społeczeństwa, jeden z wyznaczników to oszczędności przekraczające 140 tys. funtów, do tego oczywiście dyplom jednego z wiodących uniwersytetów plus notes telefoniczny wypełniony nazwiskami podobnych ludzi.

 

Na przeciwległym biegunie znajduje się prekariat, 15% społeczeństwa o średnich oszczędnościach (poniżej 800 funtów), bez większej szansy na wyższe wykształcenie – tylko jedna na 30 osób zaliczonych do prekariatu miała kontakt ze studiami. Kolejne klasy, to: „emergent service workers”, czyli nowa klasa miejskich pracowników dysponujących dość wysokim kapitałem kulturowym i społecznym, jednak bez większych szans na znalezienie pracy zapewniającej duże dochody. Do klasy tej należą głównie ludzie stosunkowo młodzi, średnia wieku to 34 lata, ponadto duży jest w niej udział mniejszości etnicznych.

Tradycyjna klasa robotnicza, 14% populacji charakteryzuje się niskim poziomem kapitału kulturowego i społecznego, ciągle jednak ma niezłe zasoby ekonomiczne. To skutek akumulowania przez całe życie, średni wiek członka tej klasy to 66 lat. Jeszcze dekada, dwie i mityczna brytyjska klasa robotnicza opisywana przez E.P. Thompsona zaniknie wraz ze swoją unikatową kulturą.

Klasowej struktury Wielkiej Brytanii dopełniają jeszcze trzy klasy: nowych zamożnych pracowników, technicznej klasy średniej oraz stabilnej klasy średniej.

Warto sobie pogrzebać w szczegółowych charakterystykach nowego podziału klasowego Wielkiej Brytanii, próbując go nałożyć na polską strukturę społeczną: nasz prekariat, słoików, elitę itd. Wyniki brytyjskie są jednak ciekawe z innych jeszcze względów – głównie politycznych. Istniejący na Wyspach system polityczny oparty na starym podziale klasowym reprezentuje niespełna 40% społeczeństwa, jeśli za miarę reprezentatywności wziąć najważniejsze składniki tożsamości partii politycznych.

O ile elita tworzy coraz silniejszą plutokrację, to prekariat i pozostałe nowe partie są niemal całkowicie pozbawione głosu. Nie tylko dlatego, że politycy nimi się nie interesują. Również dlatego, że za przynależnością klasową nie idzie klasowa świadomość przekładająca się na świadomość polityczną. Bez tego zaś, czego uczy historia brytyjskiej klasy robotniczej, nie ma szansy na zmianę polityki i wyrwanie jej z rąk tych, co zgromadzili najwięcej kapitałów. Bez tego właśnie biedni pozostaną biednymi, choćby nie wiadomo, jaką tworzyli większość. 

Bio

Edwin Bendyk

| Dziennikarz, publicysta, pisarz
Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku "Polityka". Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012). W 2014 r. opublikował wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim książkę „Jak żyć w świecie, który oszalał”. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi w ramach DELab Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.