Gospodarka

Imigrant nie zabiera pracy (ani płacy)

Gospodarka może przyjąć dużą liczbę imigrantów w ekstremalnie krótkim czasie i bez negatywnych skutków dla miejscowej klasy pracującej. Dowodzą tego badania tegorocznego noblisty Davida Carda. A potwierdza to przypadek Polski.

W lewicowym komentariacie doszło do niemałych przetasowań. Dwóch czołowych przedstawicieli alt-leftu pokłóciło się nie na żarty. Poszło o wpływ imigracji na sytuację pracowników, szczególnie tych mniej wykwalifikowanych. Według Remigiusza Okraski szeroki napływ imigrantów musi uruchomić zjawisko dumpingu socjalnego, na którym ucierpi klasa ludowa, gdyż to ona będzie konkurować z imigrantami o miejsca pracy. „Im większa ilość zdeterminowanych wyrobników, w których pracodawca może przebierać, tym kondycja proletariacka jest gorsza” – pisał Okraska, według którego napływ imigrantów skutkuje przede wszystkim wzrostem podaży pracy, a więc też automatycznie osłabieniem sytuacji negocjacyjnej pracowników.

„Zakładasz, że migracje ludzi są jak tranzyt towarów: ludzie są bezwolnym cargo, na które rynek reaguje prawami popytu i podaży. Podczas gdy nie są – jeśli istnieje jakiekolwiek pierwsze twierdzenie marksizmu, to takie, że siła robocza nie jest towarem takim jak każdy inny, nie tylko dlatego, że generuje wartość dodatkową, ale też dlatego, że zdolna jest prowadzić walkę klas” – odpowiadał mu Łukasz Moll, argumentując, że to nie liczba imigrantów decyduje o kondycji klasy pracującej, lecz stopień zorganizowania, czyli na przykład uzwiązkowienie.

Żal mi przedsiębiorców

czytaj także

Dyskusja obu panów była momentami przezabawna, gdyż obaj oskarżali się nawzajem o poglądy wolnorynkowe. Okraska pisał do Molla „Łukasz von Mises” (choć chyba fajniejsze byłoby Ludwig von Moll), wskazując przy tym, że zwolennicy austriackiej szkoły ekonomii również chcieliby otworzyć granice. Moll natomiast zarzucał Okrasce spojrzenie „korwino-libertariańskie”, według którego relacje ekonomiczne to czysta gra popytu i podaży. Chociaż dyskusja Okraski i Molla niebezpiecznie skręcała w kierunku typowej lewicowej inby, w której obie strony oskarżają się o prawicowe odchylenie i ukryte sprzyjanie zakusom imperialistycznego kapitału, to nie warto jej sprowadzać do memów (już powstały) oraz podśmiechujek. Dotyczyła przecież kwestii dla lewicy niezmiernie istotnych – z jednej strony sytuacji klasy pracującej, a z drugiej humanitarnej polityki wobec imigrantów i uchodźców.

New Jersey miało rację

Opisanym wyżej problemem zajmował się tegoroczny noblista z ekonomii, David Card. Jego najgłośniejsza praca z 1992 roku dotyczyła wpływu płacy minimalnej na zatrudnienie. Według dominującej wówczas narracji podwyższenie płacy minimalnej musi automatycznie obniżać zatrudnienie, gdyż praca staje się zbyt droga, więc pracodawcy tną koszty i zwalniają. Card wraz z nieżyjącym już Alanem Kruegerem postanowili sprawdzić, czy to faktycznie tak działa. Wykorzystali w tym celu fakt, że w dwóch sąsiadujących ze sobą stanach – New Jersey i Pensylwanii – płace minimalne się rozjechały. W New Jersey minimalna stawka godzinowa została podniesiona, a w Pensylwanii została na starym poziomie. Przeanalizowali więc w dwóch turach zatrudnienie i ceny w sieciówkach fast food.

Okazało się, że wzrost płacy minimalnej nie przyczynił się do spadku zatrudnienia w fast foodach New Jersey. W drugiej turze badania zanotowano tam nawet wzrost wskaźnika zatrudnienia na pełny etat, podczas gdy w Pensylwanii nawet nieco on spadł. „Odkryliśmy, że wzrost płacy minimalnej może prowadzić do zwiększenia zatrudnienia” – napisali autorzy badania w konkluzjach.

Okazało się więc, że relacje ekonomiczne nie są tak proste, jak przekonywali wtedy liberalni ekonomiści. Najprawdopodobniej zadziałał efekt popytowy płacy minimalnej, która jest przecież nie tylko kosztem firmy, ale i dochodem pracowników.

Dwa lata wcześniej Card przeprowadził bardzo podobne badanie, tyle że dotyczące wpływu imigracji na sytuację pracowników niewykwalifikowanych. Tutaj także wykorzystał idealnie nadarzającą się okazję do przetestowania dogmatów ekonomicznych w praktyce. Okazją tą było tak zwane Mariel boatlift, czyli gwałtowny napływ uchodźców z Kuby na Florydę w 1980 roku. W czasie zaledwie sześciu miesięcy przypłynęło na łodziach 125 tys. kubańskich uchodźców, którzy trafili w zdecydowanej większości do Miami. Mariel boatlift skutkowało błyskawicznym zwiększeniem siły roboczej w tym mieście o 7 proc. To mniej więcej tak, jakby w pół roku Polska przyjęła ponad milion uchodźców, którzy w całości zasililiby szeregi nadwiślańskiej klasy pracującej.

Uchodźcy nie pogrążyli Miami

Card zaczął więc analizować sytuację pracowników w Miami na tle porównywalnych miast w USA. Mając na względzie, że uchodźcy z Kuby w zdecydowanej większości zasilili szeregi pracowników niewykwalifikowanych, skupił się przede wszystkim na sytuacji najsłabszych grup na rynku pracy – tj. czarnych mieszkańców Miami i tamtejszej ludności hiszpańskojęzycznej. Przeanalizował także różnice płacowe między kwartylami dochodów. Gdyby faktycznie imigranci zarobkowi stanowili groźną konkurencję dla miejscowych, powinny spaść dochody relatywne dolnego kwartyla, za to wzrosłaby stopa bezrobocia wśród wykluczonych grup. Szczególnie czarnych, którzy konkurować powinni z Kubańczykami o proste miejsca pracy.

Card przeanalizował sytuację w latach 1979–1985, na które przypadła recesja wczesnych lat 80. (1980–1983), gdy sytuacja pracowników w USA się pogorszyła. Od 1984 roku zaczęła się jednak znów poprawiać. W analizowanym okresie płace Latynosów z Miami utrzymały się niemal na identycznym poziomie, z lekkim spadkiem w 1983 r. Wśród Latynosów w miastach porównawczych (Atlanta, Houston, Los Angeles i Tampa) płace spadły o 6 proc. Płace czarnych w Miami i miastach porównawczych również niemal się nie zmieniły, przy czym w Miami dosyć wyraźnie spadły w 1982 roku, by w 1984 odbić i wrócić do poprzedniego poziomu.

Siedem zalet płacy minimalnej i jedna (być może) wada

Według Carda był to efekt wymienionej wyżej recesji, która w Miami szczególnie odczuwalna była w latach 1982–1983. Stopa bezrobocia czarnych mieszkańców Miami utrzymała się na niemal identycznym poziomie, chociaż w miastach porównawczych wzrosła o 3 punkty procentowe. Wśród Latynosów z Miami bezrobocie spadło o połowę, choć równocześnie w miastach porównawczych wzrosło o połowę. W całym analizowanym okresie w Miami różnice w płacach między dolnym i górnym kwartylem dochodów właściwie się nie zmieniły – tak więc nierówności ekonomiczne pozostały na podobnym poziomie.

Na saksy nad Wisłę

Ostatecznie Card nie dostrzegł żadnych negatywnych efektów imigracji Mariel boatlift na sytuację czarnych i latynoskich pracowników w Miami. Nawet ich wpływ na sytuację kubańskiej diaspory w Miami okazał się nieistotny. Według Carda dostrzegalne było przede wszystkim szybkie „wchłanianie” nowej imigracji przez tamtejszy rynek pracy, co wynikało także ze specyfiki Miami. Tamtejszy przemysł, oparty na produkcji tekstylnej i odzieżowej, miał spore możliwości zagospodarowania dużej grupy nieznających angielskiego, nisko wykwalifikowanych pracowników. Poza tym w Miami istniała już znaczna diaspora kubańska, która pomogła w aklimatyzacji imigrantów nieanglojęzycznych. W tym czasie nastąpiło też dostosowanie imigracji z innych kierunków. Po 1980 roku tempo wzrostu populacji Miami spadło prawie o połowę, co mogło świadczyć o tym, że nowi imigranci zarobkowi wybierali inne części USA.

Socjalem i pracą ludzie się bogacą

Jak widać, w sprzyjających okolicznościach lokalny rynek pracy może przyjąć nawet dodatkowe 7 proc. pracowników w ekstremalnie krótkim czasie bez szkody dla miejscowej klasy pracującej. Zresztą dowodów na to nie trzeba szukać aż w Miami. Wystarczy zerknąć na Polskę, która w ostatnim czasie też przyjęła rekordową liczbę imigrantów zarobkowych i w żaden sposób nie wpłynęło to na sytuację pracowników niewykwalifikowanych. W latach 2015–2018 liczba wydanych zezwoleń na pracę cudzoziemców wzrosła pięciokrotnie – z 66 do 329 tys. W latach 2014–2018 liczba cudzoziemców zgłoszonych do ZUS wzrosła nieco mniej niż pięciokrotnie – ze 124 do 570 tys. osób. Na koniec ubiegłego roku w ZUS ubezpieczonych było już 725 tys. cudzoziemców.

W tym czasie wszystkie wskaźniki rynku pracy wyraźnie się poprawiły. Wskaźnik zatrudnienia populacji w wieku produkcyjnym w latach 2014–2018 wzrósł z 67,5 do 73,6 proc. Stopa bezrobocia w 2018 r. w stosunku do początku 2015 spadła o połowę – do 3,8 proc. – a liczba bezrobotnych z 1,5 mln do 649 tys.

Zadziałało też w Polsce

Bardziej istotne jednak jest to, jak zachowywały się płace pracowników niewykwalifikowanych. One nie tylko relatywnie nie spadły, ale wręcz poprawiły się względem średnich zarobków w kraju. Odsetek pracowników zarabiających mniej niż połowę średniej krajowej spadł z 19 do 16 proc. Odchylenie płac „pracowników przy pracach prostych” względem średniej krajowej spadło z 45 do 40 proc. – to znaczy, że w 2018 r. zarabiali przeciętnie 60 proc. średniej krajowej, a nie 55 proc., jak w 2014. Odchylenie zarobków „pracowników usług i sprzedawców” poprawiło się jeszcze bardziej, gdyż spadło z 45 do 38 proc. Znacznie lepiej względem średniej krajowej zarabiają także robotnicy przemysłowi (spadek odchylenia z 23 do 18 proc.), operatorzy maszyn oraz rolnicy i ogrodnicy.

Tak więc w okresie bardzo dynamicznego napływu imigrantów zarobkowych do Polski struktura płac wyraźnie się spłaszczyła, a zarobki pracowników nisko i średnio wykwalifikowanych istotnie poprawiły się względem pozostałych grup. Oczywiście to w dużej mierze efekt wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej oraz podwyższania płacy minimalnej. Ale to tylko dowodzi, że rozwiązania systemowe skutecznie chronią miejscowych pracowników przed ewentualnymi negatywnymi skutkami imigracji zarobkowej.

Kaja Puto: Przestańmy udawać, że pytanie o migrantów zaczyna się od „czy”

W sporze Moll–Okraska to ten drugi prezentuje skrajnie uproszczone podejście do relacji ekonomicznych. Imigrantów zarobkowych nie da się tak łatwo wrzucić w schemat gry popytu i podaży. Ludzie, w przeciwieństwie do towarów, mają głowy i potrafią ich używać. Mogą poszukać pracy w rejonie kraju, w którym jest dużo wakatów, albo znaleźć zatrudnienie w zawodzie, którym nie są zainteresowani miejscowi. Poza tym napływ imigracji zarobkowej może działać jak gospodarczy stymulus – podobnie zresztą jak podwyższenie płacy minimalnej. Podejmując pracę, imigranci osiągają dochody, co zwiększa popyt wewnętrzny, który generuje miejsca pracy w innych sektorach.

Oczywiście, nie wygląda to tak prosto jak w badaniu Johna McLarena, według którego przyjęcie tysiąca imigrantów generuje 1200 miejsc pracy – gdyby tak było, w Grecji już dawno nie byłoby bezrobocia. Jednak w 2021 roku wiemy już, że lokalsi nie muszą się obawiać przyjezdnych, jeśli tylko gospodarka ma w miarę solidne fundamenty, a władza ma tyle oleju w głowie, żeby wprowadzić rozwiązania systemowe chroniące interesy jednych i drugich.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco