Felieton

Polski inteligent jako prezes Mieszko I

Naszym wiecznym hegemonem, naszym wewnętrznym imperium, ale też być może jakimś „jądrem ciemności polskości” jest wciąż inteligencja.

Znów uciekam, byle dalej od mirażu warszawskiego centrum, pędzę na peryferie, przerysować mapy, przewrócić globus, spojrzeć na Polskę z południowego wschodu, ujrzeć stolicę z oddali. Z każdym kilometrem cichną stołeczne spory, w pociągu jeszcze dobiega mnie stłumiony głos Grzegorza Sroczyńskiego. Ostatni przytomny w zgiełku agory napisał do polityków „dobrej zmiany”: „Środowiska wam nieprzychylne chcą poważnych zmian. Widzą niedomagania państwa z grubsza tam, gdzie wy je widzicie”. Jeszcze dociera do mnie, że Sroczyński został natychmiast oskarżony przez dawne elity o sprzyjanie prawicowemu populizmowi. Zanim więc wysiądę tuż przy czeskiej granicy, wiem już, że właściwie powinienem poprosić sąsiadów o azyl. Nie nadaję się do żadnego obozu, oberwę z każdej strony, nawet jeśli zwieję na południe.

I tak w „Krytyce Politycznej” Maciej Gdula skarci mnie i Majmurka pisząc, że jednak „Mieszko jest nasz”, a prawica z „Pressji” i tak napisze, że nic nie zrozumiałem. Owszem, nadal nie rozumiem, po co tak krytykują studia postkolonialne, skoro cały czas używają ich narzędzi. „Najwyższy czas zrozumieć, że lepiej na zawsze odciąć się od Europy. Zerwijmy z obsesją dogonienia Europy. Przestańmy naśladować Europę”. Nie powiedział tego Jarosław Kaczyński; to słowa Frantza Fanona z Wyklętego ludu Ziemi.

Odcinam się, szukając pogranicza polskości w Jastrzębiu-Zdroju. Tam zaś przy stoliku obok mnie język czeski płynnie przechodzi w polski, a przy kolejnym lokalny przedsiębiorca, gestykulując wyraziście, rozmawia przez telefon po włosku, jak gdybyśmy byli w Neapolu. Jednak pozory globalnej prosperity „Euroregionu Śląska Cieszyńskiego” mogą być mylące. „Polska w ruinie” jest tuż obok, w nowej dzielnicy miasta, gdzie pustoszeją bloki zbudowane dla tysięcy górników. Stawiano je od lat pięćdziesiątych, kiedy wokół perły śląskich uzdrowisk otwierano kolejne kopalnie węgla. „Czarnego złota” szukano tutaj już w XIX wieku, ale zamiast niego odkryto solankę jodowo-bromową. Dziś z powodu taniego węgla z dawnych krajów trzeciego świata solanka mogłaby być lokalnym skarbem, ale odpłynęła w trakcie prac górniczych. Jeszcze w latach sześćdziesiątych mieszkało tu mniej niż dwadzieścia tysięcy ludzi, a w 1995 ponad sto tysięcy; od tamtej pory ponad dziesięć tysięcy wyjechało.

Plagą Jastrzębia-Zdroju są samobójstwa – w domach z betonu nie ma wolnej miłości, ani też przyszłości. Obietnica mieszkania powodowała, że do pracy zjeżdżali tu ludzie z całego kraju, choć na miejscu nie istniała lokalna tradycja górnicza, śląski etos, do którego można by się odwołać przy poszukiwaniu nowej tożsamości miejsca. Niektórzy historycy twierdzą dziś, że gdyby nie strajk i w jego konsekwencji podpisanie porozumień jastrzębskich w 1980 roku (jako części porozumień sierpniowych), Gierek mógłby się utrzymać przy władzy.

Śląsk, który wyniósł pierwszego sekretarza województwa aż do funkcji pierwszego sekretarza kraju, później spowodował jego upadek. A dziś sam upada.

Przyglądam się Jastrzębiu bardzo krótko, i obawiam się, że jestem jak Tadeusz Cyprian, który w 1931 zrealizował cykl zdjęć Wyprawa fordem; widziałem je kiedyś na wystawie Atlas nowoczesności w Muzeum Sztuki w Łodzi. W fotoreportażu artysta (a zarazem prawnik) pokazuje Polskę jak na safari, jeżdżąc tytułowym samochodem po egzotycznych małych miasteczkach. Fotografuje „okazy” tubylców: żydów, katolików, prawosławnych; kobiety w chustach, mężczyzn w kaszkietach. Patrzy na mieszkańców ojczyzny jak etnograf na dzikie ludy, jak kolonialista na podbijanych Azjatów czy Afrykanów, jak Mieszko I z drużyną wikingów na słowiańskich pogan. To spojrzenie Tadeusza Cypriana przez gogle automobilisty jest uwikłane w hierarchiczny model kulturowy, w którym jedne przejawy polskości są lepsze (bo nowoczesne), inne zaś gorsze (bo tradycyjne). Tym, co stare i wciąż niezmodernizowane, można się fascynować, ale tylko w wersji oswojonej, ujarzmionej. Sfotografowanej, zbadanej, włączonej w nowy dyskurs, jak w czasach PRL folklor w Cepelii. W roku 966, w sanacyjnej Polsce, po 1945 i po 1989 stosunek elit politycznych, artystycznych i intelektualnych do reszty społeczeństwa był właśnie taki jak Cypriana: kolonialny.

Wielbiciele „dobrej zmiany” mają rację: w ramach polsko-polskiej wojny światopoglądowej liberałowie zbyt często szermowali pojęciami „ciemnogrodu”, „wstecznictwa” i „zacofania”, spoglądając z wyżyn „metropolii” na prowincję (w sensie dosłownym albo metaforycznym) i peryferia. Dlatego naprawdę nie dziwię się, kiedy na prawicowym portalu pod tekstem o polskości Śląska ktoś pisze, że „czas na odrzucenie postkolonialnej mentalności”.

Jeśli nie potrafimy ze sobą rozmawiać, tylko krzyczymy, jak pan na folwarcznego chłopa, to znaczy, że naszym największym problemem nadal jest „wewnętrzny kolonializm” – elit wobec mas, Warszawy wobec Śląska i vice versa.

Jak wiemy, przynajmniej odkąd zostały wydane teksty Clare Cavanagh, jesteśmy bowiem szczególnie trudnym, a przez to ciekawym przypadkiem do aplikowania teorii postkolonialnej. Polska zarówno sama kolonizowała (Kresy), jak i była kolonizowana (rozbiory), a w wielu momentach te procesy zachodziły właściwie równocześnie. W XIX wieku część kraju znalazła się pod zaborem rosyjskim i imperialną kontrolą, a zarazem ówczesne polskie elity intelektualne miały spory wpływ na swoich petersburskich czy moskiewskich odpowiedników (casus popularności Mickiewicza). Z kolei za czasów PRL, szczególnie w latach siedemdziesiątych, górnicza narracja śląska w sensie symbolicznym, ale także ekonomicznym była hegemonem, a inwestycje w tym regionie pochłaniały znaczną część budżetu państwa. Z punktu widzenia Ślązaków było zaś, i nadal jest (np. z powodu odmawiania prawa do autonomii), dokładnie odwrotnie; o tych paradoksach obszernie piszą specjaliści od regionalizacji Polski. Przykład Jastrzębia-Zdroju, wielokulturowego uzdrowiska (przed II wojną światową ewangelicy, żydzi i katolicy leczyli się tam razem, ale w oddzielnych zakładach) przechodzącego z rąk do rąk, a następnie zaludnionego przez przybyszy z całego kraju, dodatkowo komplikuje proste wartościowania. Słuchając tutaj czeskiego i włoskiego oraz podziwiając pozytywistyczną pracę pań bibliotekarek organizujących spotkania i konferencje, sam czuję się jak dzikus, przybysz z warszawskiej prowincji nienawiści.

Mentalne odnalezienie się na południu ułatwia mi oczywiście silne kolonialne poczucie inteligenckiej tożsamości, którą tak ciekawie analizuje profesor Tomasz Zarycki. By ująć rzecz w felietonowo-internetowym skrócie, wspomnę tylko, że twierdzi on, iż mimo ciągłych narzekań i wizji jej apokaliptycznego końca to inteligencja jest wciąż ukrytą, cichą władzą.

Nie potomkowie naszej nigdy nierozwiniętej burżuazji, nie dzieci ziemian, wreszcie nie postkomunistyczne „resortowe dzieci” ani nawet ostatni „cinkciarze”, lecz właśnie przedstawiciele inteligencji sprawują w Polsce rząd dusz – nawet w wydaniu pisowskim.

Zarycki doskonale wie, że jesteśmy krajem peryferyjnym, ale uważa, że tę swoją peryferyjność kompensujemy kapitałem kulturowym. Naszym wiecznym hegemonem, naszym wewnętrznym imperium, ale też być może jakimś „jądrem ciemności polskości” jest wciąż inteligencja. Tomasz Lis z pewnością oskarżyłby profesora o „pisizm”, tak jak Sroczyńskiego, ale musiałby wstrzymać swe (postszlacheckie) konie. Zarycki, w przeciwieństwie do ludzi rewolty, twierdzi bowiem, że większość przedstawicieli dawnej nomenklatury nie była w stanie utrzymać swoich zdobyczy ekonomicznych – właśnie z powodu braku kapitału kulturowego. Innymi słowy: uwłaszczenie nomenklatury się nie powiodło. Paradoksalnie socjalizm tylko wzmocnił znaczenie inteligencji ponieważ jej niematerialny, symboliczny kapitał okazał się, po raz kolejny w burzliwej historii, jedynym trwałym zasobem.

Z kolei poznański antropolog Michał Buchowski, drukowany przed laty w lewicowo-alterglobalistycznym „Recyklingu Idei”, pokazywał, jak elity orientalizują masy (w takim sensie jak to opisywał Edward Said). Buchowski w swym tekście Widmo orientalizmu w Europie przedstawiał kolonialne podziały – miasto kontra wieś, wykształceni kontra niewykształceni, homo sovieticus kontra homo westernicus oraz zwycięzcy transformacji kontra jej przegrani – jako narzędzia opisu stosowane przez elity po 1989 roku. Pisał, że w języku inteligenckiej, oświeconej, nawet jeśli zakulisowej to despotycznej władzy „jednostki muszą zostać zdyscyplinowane i wyedukowane, przyswoić pewien, w tym wypadku kapitalistyczny, zestaw wartości po to, by stać się «normalnymi»”. Podobnie zapewne myśleli Mieszko i jego normańscy wojownicy i doradcy, i niestety tak samo myśli teraz Kaczyński ze swoją drużyną, tyle że stosuje inne definicje normalności. Tak samo jak on myśli każdy imperialny hegemon z elit, nawracający dzikusów świata na dobre zmiany. Wyobrażam sobie też rzymskich legionistów mordujących druidów na Wyspach Brytyjskich w imię tejże dyscypliny i edukacji, o której pisze Buchowski. O czym miało być tym razem (razem z Asteriksem i Obeliksem), ale będzie jednak za dwa tygodnie.

 

**Dziennik Opinii nr 139/2016 (1289)

Zakonnice-Odchodza-po-Cichu-Marta-Abramowicz

Bio

Max Cegielski

| Dziennikarz, pisarz
Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.