Felieton

Nie wstydzę się, że Mieszko był „wikingiem”

„Łże elity, które u boku herszta Mieszka postanawiają się ustatkować, zakładają państwo, a „Europa” legalizuje to pirackie gniazdo, udzielając księciu chrztu.

Ostatnia prosta i Mielnik wita nas biało-czerwonymi sztandarami Polski oraz niebiesko-żółtymi flagami Unii Europejskiej. Wiszą także nad katolicką kapliczką, pod którą ja, kolarz leming, padam z wyczerpania, oraz obok cerkwi prawosławnej. Łopoczą również obok synagogi, domku dziś już nie do odróżnienia pośród innych przy rynku. W 2013 roku firma prowadząca prace kanalizacyjne rozkopała miejsce średniowiecznych targów „z naruszeniem ustawy o ochronie zabytków”, niszcząc potencjalne pole odkryć archeologicznych. Teraz Mielnik ma już nowego wójta, również dlatego, że jego poprzednika zaślepiła obietnica modernizacji dokonywanej kosztem historii.

Pośród prawosławnych oraz będących tu w mniejszości katolików (oraz duchów Żydów) siedzę pod wywieszonymi przez nich flagami i patrzę w majowe niebo, spokojny po wysłaniu PIT-u. Cieszę się, że Bolesław Chrobry zdobył ten rejon współczesnego Podlasia, w związku z czym zdradziecka Bruksela mogła zapłacić 75% sumy za wyposażenie 354 budynków mieszkalnych w kolektory słoneczne. Natomiast bardzo żałuję, że ordynariusz Płocka, w swych decyzjach niezależny od „Szkopów”, nie zgodził się na badanie profilu genetycznego pochowanych w jego katedrze przedstawicieli dynastii piastowskiej. Testy mogłyby zakończyć trwający od XIX wieku spór między historykami normanistami i antynormanistami. Ci pierwsi twierdzą, że zręby naszej państwowości powstały pod wpływem przybyszy ze Skandynawii, ponieważ w otoczeniu i drużynie Mieszka I było wielu ludzi z Północy. W radykalnej wersji sam książę miał być z pochodzenia „wikingiem” (w cudzysłowie, ponieważ zdaję sobie sprawę z uproszczenia). Z kolei antynormaniści odrzucają (jedni całkowicie, inni częściowo) tezy o wpływie Normanów na państwo Piastów. W ostatnich latach normaniści używają już nie tylko argumentów opartych na tekście Dagome Iudex, sugerującym północne pochodzenie władcy ochrzczonego w 966 roku.

Coraz więcej dowodów na poparcie ich tez przynosi archeologia, a ostatnio cały spór rekapituluje i zarazem dostarcza nowej wiedzy książka Jómswikingowie z Wolina-Jómsborga: studium archeologiczne przenikania kultury skandynawskiej na ziemie polskie Błażeja Stanisławskiego. Jego wnioski pokrywają się z tym, co pisze inny naukowiec, Jakub Morawiec, a w wersji popularnej od lat lansuje Zdzisław Skrok. Wolę jednak zacytować Stanisławskiego, jego badania wydają się bowiem bardziej rzetelne.

Po przeanalizowaniu dziesiątków wykopalisk (broni, ozdób, łodzi i grobów komorowych) doktor archeologii pisze, że elity wikińskie przybyły z Wolina-Jómsborga do Wielkopolski jako jednostki świadome idei państwa. „Mogli zatem stanąć na szczycie ówczesnych elit intelektualnych społeczeństwa ziemi gnieźnieńskiej. (…) Znali modele organizacyjne kontroli nowych ziem. (…) Przybyszom można przypisać organizowanie zaciągów wojowników wikińskich, rekrutowanych do drużyny piastowskiej”. Jak przystało na porządnego naukowca, Stanisławski regularnie używa sformułowań takich jak „mogli” i „można przypisać”. Ja, jako felietonista, po przeczytaniu jego książki mogę pozwolić sobie na wizualizuję „psów wojny” z X wieku.

Widzę międzynarodową, wprawdzie elitarną, ale jednak „bandę” najemników: „łże elity”, które u boku herszta Mieszka postanawiają się ustatkować i zakładają państwo, a „Europa” (też w cudzysłowie, ponieważ nikt tak wtedy nie myślał o zachodnim skrawku Azji) legalizuje to pirackie gniazdo, udzielając księciu chrztu.

Majówkowe słońce w Mielniku rozbraja jednak mój radykalizm i pod flagami wyobrażam sobie pogańskich kapłanów, wojów, wiece plemienne, skorumpowany i zgnuśniały system starej władzy, wodzów bojących się, że stracą dostęp do „koryta” wskutek piastowskiej „dobrej zmiany”. Puszczając dalej wodze fantazji, widzę jakichś „protowiedźminów”, którzy podburzają lud nasz słowiański, krzycząc o „wikińskich pachołkach” i „normandzkim gorszym sorcie”. Mieszkańcy wsi i podgrodzi przypominają sobie z kolei, w jakie „ośmiorniczki” i „resortowe mecyje” opływają kapłani. „Wiedźmini” krzyczą: „Czy już nie pamiętacie, jak woje Mieszka do Bagdadu sprzedali wasze dzieci?”. Tumult, rewolta, wielkopolski „Majdan”, poganie przegrywają z impetem wczesnośredniowiecznej normandzkiej nowoczesności, wykształconej w trakcie „globalnej” wymiany nad Bałtykiem, i zawstydzeni swoją cywilizacyjną niedojrzałością są przez 500 lat nawracani na chrześcijaństwo. Aż do skutku prawie całkowitego – choć nieco powierzchownie przyjmują dobrodziejstwa koncepcji transcendencji.

Słońce zachodzi nad cerkwią i kościołem Mielnika, a ja już wiem, jakie komentarze znajdę pod felietonem. Zaraz ktoś, jak Filip Memches w „Rzeczpospolitej”, napisze, że twierdziłem, iż należy wrócić do pogaństwa jako źródła siły duchowej. Nigdzie tak nie napisałem, nie jestem członkiem Zadrugi, nie głosiłem też pochwały niewolnictwa i kastracji.

Historia Słowian interesuje mnie jako przykład grupy etnicznej już przed wiekami skolonizowanej i nafaszerowanej „pedagogiką wstydu”.

Myślenie w kategoriach braudelowskiego „długiego trwania” każe mi obawiać się, że kto raz brutalnie dostał gębę niższości, ten długo tej maski nie zdejmie. Jeśli setki lat później był szlachcicem i „panem”, to wciąż czuł kompleks wobec „Paryżów”, a jeśli pańszczyźnianym chłopem, to jego status nadal niewiele się różnił od pozycji niewolnika. Niezależnie od tego, czy jesteśmy z tych pierwszych, czy z tych drugich (choć elity wciąż głównie z „panów”), to przydałaby się nam kozetka psychoanalityka. Zgadzam się z autorami najnowszego numeru „Pressji”, że wyidealizowany Zachód stał się dla elit postsolidarnościowych „Wielkim Innym”, ale ja w większości tekstów zajmowałem się właśnie naszą „wschodniością”, a autorzy Krytyki Politycznej od lat biją w Zachód, aż furkocze.

Historia wikińskiego pochodzenia drużyny Mieszka nie mieści się w dwóch koncepcjach Polski, o których opowiadają konserwatyści z „Pressji”. W postkolonialno-uległościowym numerze zawzięcie dyskutują z Andrzejem Lederem, autorem Prześnionej rewolucji , o dwóch modelach tożsamościowych. W skrócie: o prawicowym zaczadzeniu przeszłością i neoliberalnym zagapieniu się w unijną przyszłość, które towarzyszyło nam w ostatnich latach. Autorzy „Pressji” najpierw dezawuują postkolonialne podejście badawcze. Stwierdzają krótko, że „jego powstanie było efektem poczucia winy Zachodu, który w akcie skruchy za całe wieki kolonialnej agresji i podbojów postanowił dopuścić skolonizowanych do głosu”. Trzeba jednak przypomnieć, że badania postkolonialne rozpoczęły same ofiary imperium, czyli np. intelektualiści pochodzący z Subkontynentu Indyjskiego. Poczuciu winy Zachodu można by jedynie przypisać akceptowanie ich idei przez europejskich czy amerykańskich naukowców, choć nie obywa się przecież bez ostrych akademickich dyskusji. Podpiszę się nawet rękami i nogami (obolałymi od majówkowego pedałowania do Mielnika) pod twierdzeniem, że polskie elity nie wierzą we własną wartość, co wynika z „wpojonego skolonizowanemu narodowi głębokiego przekonania o jego niższości”. Przecież to właśnie jest esencja studiów postkolonialnych; „Czy podporządkowani inni mogą przemówić?” (własnym językiem) to tytuł sztandarowego eseju Gayatri Chakravorty Spivak, tłumaczonej i wydawanej przez Krytykę Polityczną. Nie zamierzam wypominać konserwatystom, że zaczęli używać do swoich celów języka, który lewica tworzy w pocie czoła od dziesiątków lat. Nie będę wypominał, że Prywatyzując Polskę , sztandarową pracę o ekonomii transformacji i „mimikrze”, czyli kolonialnym naśladowaniu stylu hegemona, wydała właśnie KP. Chodzi mi raczej o to, że na przykładzie „Pressji” widać, iż studia postkolonialne pokazują, jak przekraczać skostniałe, proste, binarne opozycje, np. na podział lewicę i prawicę. A poza tym do dwóch modeli tożsamościowych wspominanych przez Ledera należy dodać jeszcze lewicowe, krytyczne podejście do polskiej historii. To, które ekipa już nie prześnionej, ale jakże realnej rewolty nazywa „pedagogiką wstydu”. Owszem, może lewica pozwoliła prawicy odebrać sobie historię, i raczej reagowała na jej tańce interpretacyjne, niż promowała własne teorie, ale przypominanie o tym, że Mieszko I sprzedawał dawnych „Polaków” jako niewolników muzułmanom na Wschodzie, nie wynika z mojej idealizacji Zachodu.

Moja mentalność nie została „przeorana przez racjonalistyczną nowoczesność” (Memches); jednak gdy mówi się (jak on) o „potrzebach transcendencji” u Mieszka I, wyrzuca się do kosza ciężką pracę wielu pokoleń historyków, archeologów i innych. A wtedy historia zamienia się w resentyment i logo na bluzie z kapturem, a to wciąż za mało, by stworzyć nową tożsamość.

Ja wolę wiedzieć, jak Piastowie stworzyli swe państwo, i być dumnym z wiedzy, a nie chlubić się niewiedzą i nadużywać historii.

Jeśli „Pressje” stawiają roboczą tezę, że „syndrom postkolonialny pojawia się tylko tam, gdzie wcześniej wytworzyła się pewna próżnia” na poziomie tożsamości narodowej, to ja twierdziłbym, że bez rzetelnej wiedzy i krytycyzmu nigdy nie wypełnimy tej pustki.

A za dwa tygodnie o tym, że kolonizacji ulegli nawet Asterix i Obelix, więc naprawdę nie ma się czego wstydzić.

**Dziennik Opinii nr 127/2016 (1277)

Bio

Max Cegielski

| Dziennikarz, pisarz
Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.