Felieton

Czy najlepszym kandydatem na prezydenta jest Arłukowicz?

Powiedzmy to wprost: obecna Koalicja Europejska cofnęła się mentalnie do ery przed Marianem Krzaklewskim i jej wyborcza walka z PiS-em jest jak wyścig roweru z autem. Niczego się nie nauczyli i niczego się nie nauczą. Nie potrafią zaplanować kampanii, nie potrafią nakręcić spotu, nie potrafią nawet wymyślić hasła wyborczego. Ba, nie potrafią nawet tego zlecić fachowcom.

Wszystko wskazuje na to, że PiS jest na prostej drodze do kolejnego zwycięstwa. Lewica boi się zjednoczyć, przestraszona ośmioprocentowym (hehe) progiem wyborczym, a Platforma nie jest w stanie wydobyć z siebie nawet namiastki programu i ciągle kłuje w oczy swoim „żeby było tak fajnie, jak było”. Jeśli nałożymy na to szok po wyborach do Parlamentu Europejskiego, który podkopał morale opozycji i odsłonił jej propagandową niemoc w starciu z dobrze naoliwioną maszyną nienawiści TVPiS, to wynik jest raczej przesądzony.

Dlatego już teraz warto zastanowić się nad kolejnymi wyborami i nad tym, kto mógłby zacząć przymierzać się do wspólnej (w drugiej turze) kandydatury na prezydenta opozycji. Naturalnym kandydatem wydaje się Donald Tusk, ale im bliżej się tej opcji przyjrzymy, tym  więcej z niej wynika znaków zapytania.

Po pierwsze w ogóle nie wiadomo, czy Tusk zdecyduje się kandydować. Z przekazów medialnych wyłania się obraz człowieka niezbyt skłonnego do ryzyka, przed którym kariera międzynarodowa wciąż stoi otworem – nie tylko wiele lepiej płatna, ale być może nawet o wiele bardziej sprawcza. Po drugie Tusk jako kandydat siłą rzeczy byłby kandydatem poprzedniej Polski, Polski wciąż nielubianej, której Tusk pozostaje symbolem. Po trzecie wreszcie Tusk jest politykiem spełnionym i niekoniecznie będzie mu się chciało gryźć trawę w kampanii wyborczej. A bez tego wygrana jest niemożliwa.

Opozycja zaciera jednak ręce i cieszy się z politycznej słabości jego oponenta. Nic bardziej mylnego. Andrzej Duda, owszem, odgrywa rolę dekoracji, jednakże to wcale nie musi powodować niechęci u większości wyborców. Wręcz przeciwnie – Duda znów może objawić się w roli arbitra pozostającego poza bieżącymi sporami politycznymi. Ponadto nietrudno sobie wyobrazić propagandowy spektakl, w ramach którego, tuż po wygranych wyborach parlamentarnych, Duda dostaje cały szereg ustaw do zawetowania, co pozwoli mu udawać człowieka charakteru. Wreszcie nietrudno sobie wyobrazić manewr zamiany Dudy na Beatę Szydło, którą im bardziej pogardzałyby wielkie miasta, tym bardziej kochałaby ją prowincja.

To wszystko powoduje, że opozycja powinna myśleć o alternatywnym kandydacie, który byłby w stanie szybko zacząć kampanię. Problem w tym, że krążące dawniej po mediach plotki o wystawieniu Andrzeja Rzeplińskiego czy najnowsze – o Aleksandrze Dulkiewicz albo, co gorsza, Rafale Trzaskowskim, oznaczałyby, że opozycja popełnia wciąż ten sam błąd. Poszukuje politycznego sobowtóra Tuska, kiedy sam oryginał wcale nie daje aż tak wielkich szans na zwycięstwo. Kolejny elitarny, wielkomiejski kandydat w czasach wybitnie antyelitarnych nie wróży dużych szans na wygraną.

Bodnar broni cywilizacji

Dlatego warto pochylić się nad kandydaturą Bartosza Arłukowicza. W pierwszej turze, wiadomo – narodowcy wystawią dwóch kandydatów, Koalicja Europejska jednego, PiS jednego, a lewica wystawi kandydatów czterech albo pięciu. Niemniej do drugiej tury trafi już tylko dwóch, a więc ktoś z PiS-u i anty-PiS-u. Arłukowicz wydaje się takim kandydatem, może nie idealnym, ale ma to, czego nie mają inni. A posiadanie czegokolwiek przez opozycję parlamentarną jest przy całej jej nieudolności zaletą na wagę złota.

Po pierwsze wydaje się, że Arłukowicz ma największą szansę oderwać się od nudnego i kompletnie nieskutecznego anty-PiS-owskiego przekazu, od którego wielu wyborców po prostu mdli. Ani Tusk, ani Trzaskowski jako frontmani walki z reżimem nie byliby wiarygodni, porzucając tę maskę. Arłukowicz może, bo do tej pory stał z boku. Jego ustawodawcze pomysły mogłyby być wreszcie jakimś impulsem dla zaprojektowania nowego programu PO. Wystarczy, że skupiłby się na tym, o czym mówił w trakcie kampanii do europarlamentu: programie onkologicznym, domach opieki, zapłodnieniu in vitro.

Ochrona zdrowia pod rządami PiS-u. Druga fala prywatyzacji i jej skutki

Po drugie i ważniejsze, w tym momencie Arłukowicz wydaje się jedyną osobą w KE, która umie prowadzić kampanię wyborczą. Przypomnijmy, że spece z Platformy potrafili przegrać „wybory nie do przegrania” Bronisławowi Komorowskiemu. Podobnie w ostatnich wyborach europejskich ich taktyka sprowadzała się do kilku przemówień na wspólnych wiecach, podczas gdy PiS targetował wyborców powiat po powiecie. Tak samo Trzaskowski, który co prawda wygrał prezydenturę w bastionie liberałów i chadeków, ale w internecie kampanię wyraźnie przegrywał.

Powiedzmy to wprost: obecna Koalicja Europejska cofnęła się mentalnie do ery przed Marianem Krzaklewskim i jej wyborcza walka z PiS-em jest jak wyścig roweru z autem. Niczego się nie nauczyli i niczego nie nauczą. Nie potrafią zaplanować kampanii, nie potrafią nakręcić spotu, nie potrafią nawet wymyślić hasła wyborczego. Ba, nie potrafią nawet tego zlecić fachowcom.

Arłukowicz ma największą szansę oderwać się od nudnego i kompletnie nieskutecznego anty-PiS-owskiego przekazu.

Arłukowicz tymczasem udowodnił, że potrafi zrobić kampanię, którą wygra z Brudzińskim, i taką, którą zachwycali się nawet ci, którym z PO nie po drodze. Najpierw ją dokładnie zaplanował przy użyciu zespołu analityków, a potem, wieś po wsi, gmina po gminie, ją realizował. Tak się właśnie powinno prowadzić kampanię, tak się powinno gryźć trawę. Tusk nie będzie, Trzaskowski pewnie też nie. Aby przejechać Polskę wzdłuż i wszerz, trzeba pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Czyli tego, co potrafią politycy PiS.

Poza tym Arłukowicz, być może jako jedyny, byłby w drugiej turze strawny dla wyborcy lewicującego, liberalnego i chadeckiego. Biedroń nie ma szans na start z poparciem KE, a więc druga tura jest dla niego nierealna. Dla Arłukowicza z poparciem KE druga tura jest realna jak najbardziej, tak samo jak realne jest uzyskanie w niej poparcia umiarkowanych wyborców lewicowych.

Wreszcie Arłukowicz, ze swoim zapałem i sukcesem, jest bodajże jedynym politykiem, który przywraca wyborcom KE nadzieję. Jedynym, który może wyborców zarazić wiarą, że jednak da się. Korowód pozostałych polityków KE przypomina trochę pochód żywych trupów wlekących się za swoim Nocnym Królem Schetyną. Nie da się wygrać kampanii wyborczej smutną miną i niewiarą w zwycięstwo, a w to wierzy chyba jedynie Arłukowicz, który nazajutrz po wyborach do Parlamentu Europejskiego znów ruszył w teren przekonywać nieprzekonanych, zamiast, zwyczajowo, obrażać wyborców PiS-u.

Ocieplanie Schetyny

Na miejscu opozycji rozpatrzyłbym tę kandydaturę przynajmniej jako alternatywne rozwiązanie, o ile oczywiście (co już wie sam Arłukowicz) nie ma na niego nic na taśmach Sowy. Jeśli bowiem Tusk zostawi KE na lodzie, a ta z rozpędu weźmie gwiazdę ratusza z Warszawy lub Gdańska, to kandydatowi PiS-u wystarczy tylko objazd prowincji i kolejna kadencja w kieszeni.

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.