Katarzyna Szymielewicz

Bezpieczeństwo nie nasze, rachunek wspólny

Skala wydatków z budżetu państwa winna być, po pierwsze, przejrzysta, po drugie, proporcjonalna do potrzeb, po trzecie, racjonalna w kontekście innych wydatków publicznych.

Jest 7 lipca, późny wieczór w Parku Skaryszewskim. Ciemną i pustą alejką biegnie młoda kobieta. Wyraźnie spieszy się, a może przed czymś ucieka. Mija ją patrol policji, dość wyjątkowy w tym miejscu. Policjanci nie zatrzymują się, by sprawdzić, czy coś się stało albo czy mogą jakoś pomóc. Tego wieczora cała uwaga funkcjonariuszy jest skierowana na Stadion Narodowy. Mają jedno zadanie: ochronić bardzo ważne osoby zgromadzone na szczycie NATO. W kontekście wydarzenia tej rangi nikt nie śmie pytać o koszty, ani nawet o sensowność konkretnych zabezpieczeń. Kilkudziesięciu funkcjonariuszy wyposażonych w opancerzone wozy nocą w praskim parku nie może się rozpraszać na monitorowanie, czy gdzieś za krzakiem nie dochodzi do przemocy. Ich oczy wypatrują terrorystów. Nikogo podejrzanego nie widać ? Tym lepiej, w raporcie będzie można zaznaczyć, że dzięki skutecznej prewencji nic się nie stało. Biegnąca kobieta nie wydaje się niebezpieczna.

„Ci, którzy zyskują bezpieczeństwo, i ci, którzy rezygnują z wolności, to nie ci sami ludzie” napisał na łamach „Gazety Wyborczej” Ignacy Dudkiewicz , zastanawiając się, kto by ucierpiał, gdyby w czasie szczytu NATO doszło do politycznie motywowanego zamachu terrorystycznego. Zapewne nie głowy państw, odcięte za betonowymi ogrodzeniami wokół Stadionu Narodowego i przewożone w ściśle strzeżonych kolumnach, ale przypadkowi przechodnie lub turyści. Fantazję Ignacego Dudkiewicza można pociągnąć jeszcze dalej, zastanawiając się, jakie skutki dla miasta miałoby uruchomienie, sprowadzonego na czas szczytu NATO, systemu ochrony przeciwlotniczej? Czy, gdyby terroryści porwali samolot zmierzający w stronę Okęcia i skierowali go nad Stadion Narodowy, zostałby on bezpardonowo zestrzelony nad gęsto zaludnioną częścią Warszawy?

Z perspektywy mieszkańców stojących w korkach, przemykających się ciemnymi parkami, by dotrzeć do domu mimo niedziałającego systemu komunikacji, katastroficzny scenariusz z atakiem terrorystycznym w tle to zimna abstrakcja. Jednak o ich realne bezpieczeństwo i komfort nikt w czasie szczytu NATO specjalnie nie zadbał. A przecież sparaliżowane miasto stwarzało lepsze niż zwykle warunki dla drobnych przestępców. Wielu ludzi w obawie przed utrudnieniami wyjechało, zostawiając niechronione mieszkania. W różnych częściach miasta można było spotkać zabłąkanych turystów, nieznających języka i nie rozumiejących dlaczego autobus, którym próbowali dojechać do hotelu, skręcił w inną stronę. Betonowe zasieki w okolicy Stadionu Narodowego, stacji metra i podmiejskiej kolejki tworzyły labirynty, w których nawet za dnia można było stracić orientację. Kto policzy stracony czas i nerwy, zaginione telefony i portfele, niezasłużone mandaty za niespodziewanie odholowany samochód i niestandardowe rachunki za taksówki?

Przyzwyczailiśmy się, że wydarzenia o wysokiej randze politycznej czy sportowej (raczej nie kulturalnej) mają swoją cenę w postaci szczególnych środków bezpieczeństwa, które ograniczają wolność i komplikują życie mieszkańców. Z irytacją, ale też wzruszeniem ramion, czekamy w korku aż przejedzie kolejna kolumna samochodów eskortujących „kogoś ważnego” na spotkanie w centrum miasta lub lotnisko. Współczujemy policjantom pełniącym straż co 20 metrów wokół strefy podwyższonego ryzyka, ale nie zastanawiamy się, jakie inne zadania mogliby realizować w tym czasie. Bez głębszej refleksji przyjęliśmy podział na „bardzo ważne osoby” i „resztę społeczeństwa”. Bardzo ważne osoby powinny być chronione za wszelką cenę, podczas gdy prawa reszty społeczeństwa są skrupulatnie przeliczane na deficyt budżetowy i pragmatycznie negocjowane.

Bez głębszej refleksji przyjęliśmy podział na „bardzo ważne osoby” i „resztę społeczeństwa”. Bardzo ważne osoby powinny być chronione za wszelką cenę, podczas gdy prawa reszty społeczeństwa są skrupulatnie przeliczane na deficyt budżetowy i pragmatycznie negocjowane.

„Wprost” szacuje, że szczyt NATO mógł kosztować 200 mln złotych. Na pytanie reportera Radia Zet o to, czy całość kosztów pokryła Polska, czy też zostały one podzielone między gospodarza a członków Sojuszu, premier Beata Szydło stwierdziła tylko, że bezpieczeństwo jest bezcenne. Demagogią byłaby próba przeliczenia budżetu tej imprezy na wyposażenie żłobków i szpitali czy remonty dróg. Nie ulega wątpliwości, że państwo powinno inwestować również w relacje zagraniczne i obronność (rozumianą także jako budowanie i wzmacnianie strategicznych sojuszy). Nie ma jednak żadnego powodu, by kosztów tej polityki nie rozliczać równie pragmatycznie i skrupulatnie, jak kosztów polityki zdrowotnej czy socjalnej. Tym bardziej, że faktyczne bezpieczeństwo ludzi żyjących w Polsce (w przeciwieństwie do polityków bywających z oficjalnymi wizytami) to właśnie dobrze oświetlone ulice, pomocni i czujni policjanci, przewidywalny i działający transport publiczny, dobrej jakości pomoc medyczna czy szansa na zasiłek, kiedy stracimy pracę.

Z perspektywy gospodarności i troski o wydatki publiczne, rachunki za wystawne kolacje służące politycznym naradom to ta sama kategoria, co rachunek za kilkudniową polityczną imprezę (włączając w to koszt paliwa zużytego przez krążące non-stop helikoptery czy kolumny samochodów). Nie chodzi o to, by takie wydatki z budżetu państwa radykalnie wyeliminować, ale by ich skala była, po pierwsze, przejrzysta, po drugie, proporcjonalna do potrzeb, po trzecie, racjonalna w kontekście innych wydatków publicznych.

Nie chodzi o to, by takie wydatki z budżetu państwa radykalnie wyeliminować, ale by ich skala była, po pierwsze, przejrzysta, po drugie, proporcjonalna do potrzeb, po trzecie, racjonalna w kontekście innych wydatków publicznych.

Niestety, bez względu na to, kto akurat dzierży polityczny ster, racjonalna dyskusja o kosztach i społecznych konsekwencjach tzw. polityki bezpieczeństwa nie jest możliwa z powodów czysto dogmatycznych. Władza po prostu obawia się, że jakiekolwiek uchylenie rąbka tajemnicy otaczającej takie operacje, jak zabezpieczenie szczytu NATO czy rozgrywek Euro 2012, pociągnie za sobą „lawinę jawności” i irytujące pytania od nic-nie-rozumiejących mediów i obywateli. O wiele łatwiej jest odpowiedzieć frazesem odwołującym się do bezcennego bezpieczeństwa lub zasłonić tajemnicą państwową. Tak długo jak debata publiczna nie schodzi poniżej poziomu medialnych nagłówków, taka taktyka niewątpliwie się opłaca. Jednak tylko na krótką metę: im większa sfera nieprzejrzystości w państwie i towarzysząca jej arogancja rządzących, tym mniejsze zaufanie do władzy i większa potrzeba zmiany. Wygląda na to, że akurat tej lekcji z doświadczenia poprzedników obecny rząd nie ma zamiaru wyciągać.

Krytyka-Polityczna-33-Ameryka-w-konserwie Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 201/2016 (1401)

Bio

Katarzyna Szymielewicz

| Prezeska fundacji Panoptykon
Współzałożycielka i prezeska fundacji Panoptykon. Pracowniczka naukowa Instytutu Studiów Zaawansowanych. Prowadzi seminarium Od „elektronicznego oka” do „płynnego nadzoru” – rozmowy o społeczeństwie nadzorowanym.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.