Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Szkoła trwania. O nieodchodzeniu ze szkoły publicznej

Mimo kolesiostwa, przekrętów i saloników VIP, nadal postrzegam publiczne instytucje jako relatywnie rzetelniejsze i uczciwsze niż to, co dzieje się poza systemem. Kim są osoby nauczające, które trwają wraz ze mną jako pracownice i pracownicy państwowi?

Serce
Celnie!

2

W Dzień Edukacji Narodowej miała premierę książka autorstwa Justyny Drath Szkoła przetrwania [o edukacji]. Wyczekiwałam jej między innymi dlatego, że wiedziałam, iż autorka łączy perspektywę pracy w szkole publicznej z pracą w poza systemowym środowisku edukacyjnym. Wiem również, że prywatyzacja polskiej oświaty to jeden z najistotniejszych czynników utrwalających i pogłębiających podziały klasowe – i że dzieje się to w imię neoliberalnej mitologii, na której tracimy wszyscy.

Sama też mam rozeznanie w nauczaniu w systemie oraz poza nim, choć nie pracowałam nigdy na stałe ani na pełen etat w szkole prywatnej ani społecznej. Jestem fanką szkolnictwa publicznego, które od ponad dekady pozostaje moim głównym środowiskiem pracy. Nie jestem w tej preferencji odosobniona, o czym świadczy to, że proces prywatyzacji postępuje, a nie wszyscy ze szkół publicznych odeszliśmy, mimo że właściwie każdy by mógł. Bo co stoi na przeszkodzie? Jedyne ograniczenie mobilności zawodowej to w naszym przypadku miejsce zamieszkania. Warto przy tym zauważyć, że nauczyciele w szkołach wiejskich otrzymują dodatek 10 proc. do pensji, który może im udatnie rekompensować zawężony wybór miejsca zatrudnienia.

Czytaj także Czeka nas uberyzacja szkoły Katarzyna Przyborska rozmawia z Justyną Drath

Za to w miastach są już tak wielkie problemy kadrowe, że w każdej chwili można zmienić placówkę. Z danych MEN wynika, że w Warszawie w połowie tego roku brakowało aż 4,5 tys. nauczycieli. Każda doświadczona dydaktyczka ma teraz do wyboru, do koloru. Jako polonistka mogę wybrać pierwszą lepszą miejscówkę edukacyjną w Google Maps i zadzwonić – zapewniam, że znajdzie się dla mnie co najmniej cząstka etatu, niezależnie od typu szkoły. Mogę też zorganizować sobie zatrudnienie w edukacji nieformalnej, przejść całkowicie na udzielanie korepetycji, prowadzenie kursów przed egzaminami CKE, wspieranie osób w edukacji domowej. Może kiedyś to zrobię. Dlaczego nie teraz – i kim są osoby, które trwają wraz ze mną jako pracownice państwowe?

Prywatyzacja edukacji nie służy nauczycielom i nauczycielkom

Pierwszy czynnik trzymający mnie na stanowisku jest ideologiczny. Mam w sobie wielką niezgodę na prywatyzację tych sektorów świadczeń państwowych, które łączą się z prawami człowieka. Bo każdy człowiek ma prawo do nauki. Sama jestem beneficjentką powszechnego systemu nauczania i żywym dowodem na to, że jeśli awans społeczny jest w ogóle możliwy, to dzięki darmowemu dostępowi do edukacji – jako pierwsza osoba w mojej rodzinie skończyłam studia, mam tytuł doktorski.

Mam też świadomość, że w parze z prywatyzacją idzie nieoptymalna społecznie dystrybucja zysków. Ktoś na prywatnych placówkach zarabia i wbrew obiegowemu przeświadczeniu nie są to nauczyciele ani nauczycielki. Nieprawdą jest, że w szkołach niepublicznych zawsze zastajemy lepsze warunki pracy.

Już będąc na dziennych studiach magisterskich bardzo chciałam zyskać jakieś doświadczenie w obszarze edukacyjnym czy pedagogicznym. Wtedy jeszcze wolałam nie podejmować się pracy w szkole, bo obawiałam się, że zaniedbam albo obowiązki dydaktyczne, albo własne kształcenie akademickie, ale wzięłam dorywczo kilka czy kilkanaście – w zależności od obłożenia zajęciami uniwersyteckimi w danym semestrze – godzin pracy w przedszkolu. Przez dwa lata studiów drugiego stopnia pracowałam (w różnych okresach) w dwóch różnych przedszkolach prywatnych.

Pierwsze przedszkole zamknęło się po roku i zapewne częściowo z tej przyczyny nie zapłacono mi nigdy za ostatni miesiąc pracy. Za to w drugim okazało się, że na stanowisko wychowawczyni oddziału przedszkolnego (ja byłam tylko dorywczą pomocą nauczyciela, jako studentka filologii polskiej zajmowałam się propedeutyką czytania, pisania itp.) została zatrudniona osoba bez skończonych studiów pedagogicznych, która zwyczajnie nakłamała w CV co do swojego wykształcenia. Nie powiedziano o tym rodzicom dzieci, bo przecież nie byliby zadowoleni, a niezadowoleni rodzice nie chcą opłacać czesnego. Wzmiankowaną osobę czym prędzej oddelegowano do podjęcia odpowiednich studiów – zgodnie z wytycznymi kuratoryjnymi to legalne, by nauczycielsko pracowały osoby bez dyplomu, lecz w trakcie uzyskiwania uprawnień.

Poza szkolnictwem publicznym coraz częściej otwarcie dopuszcza się do pracy osoby bez formalnego wykształcenia. W sieci pełno jest takich ogłoszeń. Co jakiś czas dostaję propozycję pracy. Zwykle ją po prostu odrzucam i nawet nie czytam, ale raz się zainteresowałam i kliknęłam w link. Rzuciłam okiem na ogłoszenie, a w nim: „Kwalifikacje pedagogiczne mile widziane, ale niewymagane”. To zapewne sposób na wyzwolenie się z okowów edukacji formalnej i bezdusznie ustandaryzowanej. A może jednak jeden ze sposobów, by zaoszczędzić na kadrze, skoro zaniżając oczekiwania można zaproponować niższą stawkę?

Bo okazuje się, że w szkołach niepublicznych wcale nie zarabia się więcej, a przynajmniej nie we wszystkich. Porównanie stawek przy pełnej kalkulacji, czyli zsumowaniu rocznego wynagrodzenia, nierzadko wypada na korzyść placówki publicznej. W końcu w lutym otrzymuje się tam tzw. trzynastkę (choć nie jest to dosłownie trzynasta pensja, tylko jej okrojona postać), mamy też świadczenie wakacyjne, parę groszy dodatkowo na Boże Narodzenie. Jasne, mniej niż premie wypłacane niektórym moim znajomym w korporacjach, ale więcej niż nic. A w placówkach niepublicznych, gdzie nie obowiązuje Karta Nauczyciela, pracodawca może z okazji świąt wypłacić okrągłe zero, bo do niczego nie jest zobowiązany – poza tym, co wynika z Kodeksu pracy. A czasem i tego nie robi.

Szkoły prywatne: oszczędności kosztem nauczycieli i uczniów

Mam znajome, które uciekły do mojego pokoju nauczycielskiego z miejsc, w których nie płacono im za ferie ani wakacje, bo tych okresów nie obejmuje czesne pokrywane przez rodziców. Dostawały wynagrodzenie za czas spędzony przy tablicy, ale już nie za przygotowanie czy pomiar efektów nauczania. Nierzadko mniej, niż można zarobić, pracując w oparciu o Kartę Nauczyciela. Wreszcie: nie chciano im dać umowy o pracę.

To kolejna przyczyna mojej niechęci do placówek płatnych. One – tak jak niepubliczna opieka zdrowotna – muszą generować zysk, dla niego zostały powołane do istnienia. A zysk generuje się oferując mniej, niż zainkasowano. Dlatego w prywatnych placówkach medycznych nie leczy się osób z nowotworami, nie przyjmuje powikłanych porodów ani nie prowadzi oddziałów neonatologicznych. To zbyt duży wydatek w zestawieniu z tym, ile można zarobić, sprowadzając usługi medyczne do rutynowego minimum. Z tego samego powodu może się okazać, że lekarz, którego zatrudniono w prywatnej sieci zajmującej się zdrowiem Polek i Polaków, ma limity skierowań na badania. Badanie pacjenta od stóp do głów się nie opłaca. A innowacje medyczne bronią się tylko wtedy, gdy można je efektownie zareklamować i wycisnąć z nich dodatkowy, doraźny zysk. Oczywiście dla udziałowców czy inaczej rozumianych właścicieli, a nie dla zatrudnionego personelu.

Czytaj także Idealna reforma szkoły musiałaby powstawać w poprzek politycznych podziałów Justyna Drath

Podobnie nauczyciele i nauczycielki nie zarabiają na prywatyzacji edukacji. No, chyba że mają zbyt mało doświadczenia lub zbyt niskie kwalifikacje, by podjąć zatrudnienie w zwykłej, publicznej szkole. Warto pamiętać, że w systemie powszechnym nauczyciel tym więcej zarabia, im jest starszy – do tego prowadzi obecna konstrukcja awansu zawodowego. Dla bardzo młodych pracowników pedagogicznych placówka prywatna będzie lepszym wyborem, ale na krótką metę, bo nie awansują zawodowo, czyli nie będą mieć gwarancji wzrostu wysokości wynagrodzenia wraz z doświadczeniem. Bo dlaczego pan prezes miałby płacić więcej? Proces edukacyjny, gdy go zreinterpretować według kapitalistycznych kryteriów, zyskuje nowe cele: rodzice mają jak najwięcej płacić, a koszt nauczania ma być jak najniższy.

To dlatego w placówkach prywatnych nie zawsze jest dostępne zaplecze psychologiczno-pedagogiczne albo pielęgniarka. Niemal nigdzie nie ma biblioteki z zatrudnioną na stałe bibliotekarką. W mojej zwykłej, szarej, publicznej szkole ponadpodstawowej mamy i pielęgniarkę, i psychologa, i dwie pedagożki specjalne, i bibliotekę, i rozkładaną scenę, i tak modne dzisiaj w szkołach kanapy i pufy. Trudno oczekiwać, by właściciele miejsca, które ma przede wszystkim przynosić profity, gdzie dyrekcja może otrzymać prowizję za wygenerowanie oszczędności, zdecydowali się na jakiekolwiek inwestycje, bez których klient, czyli rodzic, nie zapłaci za usługę. A wyposażenie szkoły jest dla rodzica drugorzędne.

Rodzic zadowolony ma być przede wszystkim z tego, że jego dziecko dobrze sobie radzi. Dopóki ma dobre oceny (o ile w danej placówce są stopnie), dopóki grono pedagogiczne dziecko chwali, dopóki dziecko przyjemnie się w szkole czuje, dopóty rodzic jest usatysfakcjonowany.

Tylko że wartościowy rozwój młodej osoby to też porażki, błędy, wyzwania, mielizna. To tak zbawienna dla niedojrzałego, przebodźcowanego mózgu nuda. To też stres, którego trzeba doświadczyć, by nauczyć się z nim mierzyć. To wyzwania wychowawcze, wychodzenie ze strefy komfortu, konflikty rówieśnicze i nauczycielskie, kwestionowanie autorytetów, bunt. To wreszcie stawianie wymagań, które przewyższają zastane możliwości, bo inaczej nie można mówić o postępie. Nie wszyscy rodzice są gotowi przyjąć, że zanim ich dziecko wyrośnie na samodzielnego, dojrzałego dorosłego, musi nauczyć się przyjmować i bardziej, i mniej przyjemne informacje zwrotne. W placówkach prywatnych z oczywistych przyczyn wypada delikwenta chwalić, a trudną prawdę subtelnie zamaskować, ciesząc się zadowoleniem rodzica.

Lepsza edukacja czy po prostu mniejsze klasy?

Cóż zatem zyskuje nauczycielka, która przepływa z systemu publicznego do edukacji niepublicznej? Justyna Drath podczas spotkania autorskiego, które miałam przyjemność prowadzić, opowiadała o atmosferze wsparcia i niehierarchicznym środowisku pracy, którymi może się cieszyć. To z całą pewnością wielkie atuty. W przeludnionych szkołach publicznych trudno o kameralność, pracę na relacjach w zespołach osób nauczających czy nauczanych, podejmowanie decyzji dzięki egalitarnym rozmowom, w których każdy może zostać usłyszany, a nie za sprawą odgórnych zarządzeń. Jasne, że u nas dyrekcja nie zawsze sprawiedliwie i uważnie rozstrzyga o wysokości dodatków motywacyjnych, bo tyle się dzieje, że nie jest w stanie odnotować wszystkich zasług kilkudziesięcioosobowego grona pedagogicznego. I pewnie, że mam o wiele więcej roboty ze sprawdzaniem wypracowań zadanych w trzydziestotrzyosobowej klasie – szkoły niepubliczne nie oszczędzają na tworzeniu małych, kilkunastoosobowych klas, w których każdy czuje się widziany i usłyszany. A musicie wiedzieć, że w pracy pedagogicznej, za którą stoi ogrom – zwykle przeźroczystej i niedocenianej – pracy emocjonalnej, bezpieczeństwo psychiczne i wzmocnienie emocjonalne są bardzo pożądane.

Praca nauczycielska jest gigantycznym wyzwaniem dla układu nerwowego. Jest głośno, intensywnie, przez cały czas jesteśmy dla kogoś – dla dzieci i młodzieży, które powierza się naszej opiece. Z raportu Młodzi nauczyciele odchodzą ze szkoły autorstwa zespołu profesorek Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że 49 proc. nauczycieli i nauczycielek rezygnujących z pracy w szkole wskazuje powody nieekonomiczne, czyli: roszczeniowość i niedostatek zaufania ze strony rodziców oraz brak uznania społecznego. Jasne, nasze wynagrodzenia, wciąż zbyt niskie w stosunku do stawianych nam wymagań, to istotna przesłanka, by się buntować, rozważać zmianę branży. Ale wiele nauczycielek trwa przy pracy pod tablicą, bo czują się potrzebne i lubią pracę z niedorosłymi osobami, na których rozwój mają wpływ, którym mogą nieść autentyczną pomoc.

W świetle tych wszystkich psychoemocjonalnych zysków i strat szkoły niepubliczne oferują coś bezcennego: neoliberalny mit o byciu lepszą, bardziej kompetentną, fajniejszą, nowocześniejszą nauczycielką, w której blasku można ogrzać twarz. Tymczasem prawda jest taka, że to niekoniecznie osoba nauczyciela, jego dobra i zła wola, wiedza lub jej brak przesądzają o trybie organizacji nauki. Gdyby w publicznej szkole klasy liczyły dwa razy mniej niż np. 32 osoby, to też można by ustawić krzesła w kręgu, częściej pracować projektowo czy poprzez ścieżki interdyscyplinarne. To nie marsjańska technologia, tylko pewien repertuar oczywistych możliwości, o których każda jedna nauczycielka wie.

Czytaj także Jak likwidacja gimnazjów zwiększyła nierówności w polskiej szkole Michał Sutowski rozmawia z Pawłem Bukowskim

Alternatywność edukacji niepublicznej, jak choćby rezygnacja z oczywistych, wykładowych metod podawczych, wynika sama z siebie, bo w mniejszym oddziale po prostu wystarczy czasu na to, by każda osoba po kolei zabrała głos. A jeśli w to wątpicie, bo macie teraz w pamięci obraz przemęczonych, poszarzałych szeregowych nauczycieli i nauczycielek, którzy nie wyglądali na gotowych do wdrażania metod aktywizujących, to uwierzcie mi: byli zmęczeni właśnie tym, że znormalizowany nauczycielski dystres nie przeplatał się w ich przypadku z poczuciem docenienia. Zmęczeni tym, że się im nie ufa. A nie ufa im się, bo w późnym kapitalizmie nie docenia się tego, co państwowe, czyli – rzecz jasna tylko pozornie – darmowe.

Mimo kolesiostwa, przekrętów i saloników VIP, nadal postrzegam publiczne instytucje jako relatywnie rzetelniejsze i uczciwsze niż to, co dzieje się poza systemem. Dopiero co warszawska „Wyborcza” donosiła o prywatnej szkole na Białołęce, w której padły zarzuty o przemoc, zaginęła dokumentacja dotycząca dostosowań nauczania dla dzieci w spektrum autyzmu, nad którymi opiekę sprawował… ogrodnik. Placówkę zamknięto, ale zanim to zrobiono, właściciele zdążyli otrzymać z dzielnicy wielomilionowe dotacje. O takich oszustwach będzie się mówiło coraz więcej. Tym więcej, im bardziej odruchowo będziemy stosować kapitalistyczne klisze do analizowania rzeczywistości i im niżej będzie upadać zaufanie do polskiej oświaty.

Nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii wyróżniona w Konkursie Nauczyciela Roku, nominowana do nagrody Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”, a także do nagrody prof. Romana Czerneckiego za publicystykę na rzecz polskiej oświaty. Zasiadała w jury literackim Polskiej Sekcji IBBY, jest członkinią Pracowni Badań Literatury dla Dzieci i Młodzieży na Uniwersytecie Warszawskim oraz współdziałaczką SOS dla Edukacji. Jako ekspertka do spraw lektur szkolnych oraz edukacji antydyskryminacyjnej współpracowała m.in. z Centrum Edukacji Obywatelskiej, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Alternatywną Listą Lektur, Fundacją Wolne Lektury, Szkołą w Chmurze, Młodymi Horyzontami, Nowym Teatrem. Autorka książki Bezradne i romantyczne. Bohaterki lektur dla szkoły podstawowej (2025).

Tagi:
Wydanie: 20261029

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x