Internet zapłonął. Znowu. W sumie płonie cały czas, ale teraz wybuchnął prawdziwym ogniem. Oto bowiem vloger kulinarny Książulo pod swoją marką zaczął sprzedawać w Żabce tłustą pizzę na głębokim cieście.
Powie ktoś, że to tylko youtuber, tylko pizza i tylko Żabka. Otóż nie, nie tylko. Tak jak piłka nożna to nie jest tylko 22 facetów (lub kobiet) biegających za skórzanym balonem, a konkurs Eurowizji nie jest tylko wyciem do mikrofonu, tak i Książulo nie jest tylko zwykłym blogerem kulinarnym. Jest swoistym fenomenem społecznym. Fenomenem, przez pryzmat którego można czasami dostrzec to, co zwykle w pośpiechu umyka.
Wojanki, Palionki, Minionki i Makłowicz
To właśnie stąd te wszystkie lekceważące komentarze – że kogo to obchodzi, sam zrób pizzę, „zausz Żabkę”, znowu się „zawistne Polaczki” czepiają – przypominają cały współczesny alfabet, tak bardzo dyscyplinujący i postponujący jakąkolwiek krytykę społeczną. Jak wiadomo, coś może się tylko podobać albo nie podobać, a jak nie podoba, to wtedy trzeba zamknąć twarz. Śmiem twierdzić, że jednak nie trzeba. A analiza tego, dlaczego nagle lud książulowy ruszył z netowymi dislajkami na swego idola, jest całkiem potrzebna.
Nie zrobiono tego z powodu samej idei monetyzacji popularności. Żyjemy w bezalternatywnej pustyni wobec kapitalizmu, co oznacza, iż także monetyzacja została przyjęta jako coś nie tylko dopuszczalnego, ale wręcz oczywistego. W końcu w Żabce były także lody Ekipy czy obecnie są Wojanki i Palionki i mało kto ma z tym problem. Tak jak mało kto ma problem ze Szwejkiem polskiej krytyki, jakim jest Robert Makłowicz, reklamujący wszystko od wina po gołąbki.
Sprzeciw nie wynika także z niechęci do miejsca sprzedaży pizzy i samej Żabki. Wciąż, mimo swej powszechności, Żabka uchodzi za sklep drogi, a dawne czy ostatnie doniesienia (chociażby Kanału Zero) o wyzysku są dla konsumpcyjnego społeczeństwa jak najbardziej do zaakceptowania. Tak jak do zaakceptowania, a nawet poczucia swoistej ulgi, była możliwość handlu dla Żabki w niedziele, która dała taką przewagę konkurencyjną, że konkurencję lokalną wykosiła do szczętu.
Sprzeciw wynika z użycia marki, czy wręcz artefaktu, jakim w powszechnym odczuciu jest książulowa marka „Muala”, czyli znak jakości przyznawany restauracjom tanim i dobrym. Ów totemiczny symbol niesie w sobie wręcz dialektyczną treść, gdzie z jednej strony mamy antyelitarną, niską barierę wejścia dla każdego, bez względu na cenę, kto może dostać ową pożądaną ocenę jakości, dawaną przez jednego z nas, czyli z ludu. Z drugiej, ocenę absolutnie arbitralną, bezwzględną, czerpiącą legitymizację z demokratycznie ustanowionego autorytetu, jakim dzięki klikom stał się Książulo.
Muala i pożegnanie z autentycznością
Muala jest więc i na swój sposób egalitarna, i jednocześnie na swój sposób elitarna, przez co doskonale wpisuje w owe sprzeczne pragnienia bycia jednocześnie i razem ze wszystkimi, i bycia innym, to jest oryginalnym, autentycznym.
I właśnie ów symbol przez oznakę na pizzy został w oczach książulowego plemienia zbezczeszczony. Wedle analiz w agencji Res Futura, w pierwszych godzinach od filmu Książula zapowiadającego współpracę z Żabką aż 7 na 10 opinii było negatywnych.
To, co jeszcze niedawno sprawiało, iż dany lokal mógł się zapaść lub iść w górę, stało się dostępne dla każdego. W dodatku zwyczajne w smaku. Z ludowego towaru ekskluzywnego, bazującego na autentyczności i nieskomercjalizowaniu, stało się powszechne, by ironicznie nie powiedzieć wręcz „fast foodowe” – w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Istota autentyczności, która jest cechą pożądaną przez produkty kapitalistyczne od lat co najmniej 50., została więc pogrzebana przez jej arbitra, którym jako autorytet jawił się Książulo. Można było autorytetowi wybaczyć kurtkę North Face, ale już nie bezczeszczenie czystego, nieskomercjalizowanego symbolu.
Pytanie, czemu nasz bloger to zrobił? Przecież milionowe wyświetlenia w oczywisty sposób zamieniają się na milionowe dochody, a kosztów pewnie aż tak ogromnych nie ma. Czy chodzi o znudzenie i przeciwdziałanie pewnej powtarzalności pracy, która na dłuższą metę jest udręką i tkwią w niej tylko ci, co muszą? Czy może, jak podejrzewam, chodzi o ucieczkę z klasowej pułapki? Wraz ze wzrostem zarobków zmienia się bowiem ogląd świata, sposób życia, zainteresowania i przede wszystkim horyzont ambicji.
Widać to było po Michale Wrzosku, którego sukces m.in. w ocenianiu produktów w Biedronce znudził na tyle, że dostaliśmy zalew filmików o jego bogatym i szczęśliwym życiu maratończyka w USA. Widać to było także przy Książulu, który coraz częściej lokale z kebabami zamieniał na ekskluzywne knajpy i oceniał jedzenie, którego nigdy nie będą próbowali przeciętni Polacy. Pizza Muala jest więc być może kolejną próbą wyjścia z pułapki, w której musisz recenzować jedzenie klasy, do której już nie należysz. I której problemów przy swojej stopie życiowej siłą rzeczy coraz bardziej nie będziesz rozumiał.
Awanse i sojusze
Rzecz jasna nie jest to zarzut. W końcu skoro awans klasowy jest celem, to trudno komuś robić wyrzuty, że dotarł do niego uczciwą pracą. Jest raczej konstatacją pewnej, rzadko zauważanej, oczywistości. Zmieniamy się wraz z akumulacją kapitału, a pieniądz zwykle zmienia nasze gusta i zwyczaje.
Mimo zbrodni świętokradztwa nie oznacza to oczywiście żadnej klęski. Dopóki dostarczasz oglądalność, dopóty w polskiej (i nie tylko) sferze publicznej nie możesz się skompromitować.
Dość rzec o najbardziej męczącym ostatnio polskim celebrycie Filipie Chajzerze. Na tle jego (i wielu innych) występek Książula jest może i głośny, ale jednak mało szkodliwy. Kasa się będzie zgadzać, oglądalność także. Tylko coś małego wśród publiki pęknie i zostanie w niej pewna gorycz, że we współczesnym kapitalizmie kolejna autentyczność została pogrzebana w imię generowania zysków. I nawet najświętszy symbol można zmonetyzować. W końcu czyż nie na tym między innymi polegał od zawsze sojusz ołtarza z rynkiem?










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!