Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Obrona powszechna a (nie)równość płci. Kto i jak ma bronić kraju?

Między walką z karabinem a całkowitą bezradnością jest miejsce na wiele potrzebnych działań. Jak podzielić obowiązki, żeby obrona powszechna nie oznaczała okopów dla mężczyzn i kolejnego bezpłatnego etatu dla kobiet? Rozmawiamy z redaktorką raportu „Filar, a nie zaplecze. Kobiety w obronie powszechnej i odporności w Polsce”.

ObserwujObserwujesz
Wielka waga, z jednej strony siedzi pielęgniarka, z drugiej żołnierz, ważą tyle samo
Kontekst

🚨 17 września mieszkańcy województw lubelskiego i podkarpackiego dostali alert RCB o zagrożeniu atakiem z powietrza, a w części miejscowości uruchomiono syreny alarmowe. W kolejnych dniach na wschodzie Polski odbywały się ćwiczenia z użyciem syren i treningi reagowania na zagrożenie z powietrza.

🧯 Trwa kolejna odsłona programu „wGotowości”: bezpłatnych szkoleń z bezpieczeństwa, pierwszej pomocy, przetrwania i cyberhigieny. Państwo rozwija też system ochrony ludności i obrony cywilnej oraz treningi reagowania na alarmy.

📄 W lipcu 2026 roku Fundacja Batorego opublikowała raport Filar, a nie zaplecze. Kobiety w obronie powszechnej i odporności w Polsce autorstwa Weroniki Grzebalskiej, Aleksandry Jaworskiej-Surmy, Małgorzaty Kopki-Piątek i Marcina Kotrasa.

1
Walka

Łączę się z tobą z Jarosławia na Podkarpaciu. Za oknem wyją syreny alarmowe, w kilku szkołach trwają ewakuacje – powodem są działania wojenne przy polsko-ukraińskiej granicy. Co w takich warunkach powinien zrobić wzorowy obywatel czy obywatelka? Zapisać się do wojska?

W ostatnich latach państwo daje nam coraz więcej możliwości sensownego przygotowania do wojny. Jeszcze za rządów PiS-u, kiedy zaczęliśmy się budzić z liberalnego snu o europejskim pokoju, wzmacnialiśmy głównie militarną część systemu obrony: powstały Wojska Obrony Terytorialnej i dobrowolna zasadnicza służba wojskowa, zwiększyliśmy wydatki na obronność, przyspieszyliśmy modernizację sprzętu.

Od niedawna rozwija się także szeroko pojęta obrona cywilna. Budujemy nowy system oparty na samorządach. Mamy też szkolenia dla obywatelek i obywateli: pierwszej pomocy, z reagowania na kryzysy i inne. Rozszerza się też rola organizacji społecznych, które coraz częściej podejmują zadania związane z odpornością. Ukazał się także Poradnik bezpieczeństwa.

Co więc może zrobić obywatel albo obywatelka? Przede wszystkim zapoznać się z poradnikiem i przygotować rodzinny plan na wypadek np. blackoutu, rozeznać się, gdzie się udać w przypadku zagrożenia z powietrza, obserwować wiarygodne państwowe i wojskowe źródła informacji, zrobić podstawowe zapasy wody czy leków. Poznać sąsiadów i osoby z pracy, bo odporność opiera się także na międzyludzkich relacjach, współpracy i wzajemnej pomocy.

Dopiero na tej stabilnej bazie warto wspierać zaangażowanie w organizacje proobronne czy ratownicze. Jeżeli od razu będziemy oczekiwać od ludzi działań, do których nie czują się gotowi ani kompetentni, to możemy się spotkać z oporem i wycofaniem.

W waszym raporcie często pojawia się przykład Szwecji i Finlandii, podobnie jak kwestia zaufania do państwa. Co jednak, jeśli niski poziom zaufania w Polsce nie jest deficytem kompetencji obywatelskich, tylko racjonalną oceną jakości państwa? Na ile da się przenieść model fiński czy szwedzki do kraju, w którym relacja obywateli z instytucjami wygląda zupełnie inaczej?

Nie wierzę w kopiowanie modeli z innych krajów jeden do jednego. Obrona powszechna to idea, która podróżuje między różnymi kontekstami politycznymi i społecznymi, ale w każdym z nich musi zostać przetłumaczona na miejscowe instytucje, historię i kulturę polityczną. Wspólny jest duch tej idei: współodpowiedzialność, przygotowanie całego państwa i całego społeczeństwa oraz współtworzenie systemu bezpieczeństwa przez wszystkich obywateli i obywatelki.

Eksperci często mówią, że powinniśmy uczyć się zarówno od państw nordyckich, jak i od Ukrainy. To dwa różne przejawy tego samego modelu. Ukraiński jest bardziej improwizowany i oddolny, nordycki – propaństwowy, bardzo mocno zinstytucjonalizowany. My musimy wypracować coś własnego.

Czytaj także Odporność i obronność to wspólna sprawa. Potrzebujemy nowego kontraktu płci – na wczoraj Weronika Grzebalska, Małgorzata Kopka-Piątek

Jednocześnie mam nadzieję, że jeżeli będziemy konsekwentnie budowali obronę powszechną, to w dłuższej perspektywie poprawi to także „jakość” państwa i jego relację ze społeczeństwem. Sugeruje to wzrost zaufania w krajach, które konsekwentnie wprowadzały obronę totalną.

To właśnie dlatego zainteresowałam się tym obszarem jako socjolożka. Zobaczyłam w obronie powszechnej pozytywny projekt, który może pomóc we wzmacnianiu państwa, budowaniu wspólnoty i poczucia, że jesteśmy w tym wszystkim razem. Odporność wymaga nie tylko procedur kryzysowych, ale także sprawnego i solidarnego państwa i społeczeństwa na co dzień. Nie tylko podczas kryzysu.

Mam wątpliwości, czy w obecnej sytuacji politycznej taki model w ogóle da się zbudować. A nic nie zapowiada, by Polki i Polacy zamierzali masowo poprzeć lewicę w przyszłorocznych wyborach. Trend jest raczej odwrotny.

Mam wrażenie, że obrona powszechna jest ideą, która idzie w poprzek podziałów politycznych. Widzę to chociażby po reakcjach na nasz raport. Udzielam wywiadu Krytyce Politycznej, ale byłam też zaproszona choćby na panel Klubu Jagiellońskiego. W miarę przychylnie odnosiło się do raportu Stowarzyszenie na rzecz Chłopców i Mężczyzn, jednocześnie pozytywne reakcje pojawiały się na Kongresie Kobiet.

Wielu ludzi z różnych opcji politycznych i ideologicznych łączy przekonanie, że obrona musi objąć całe państwo i społeczeństwo oraz że jako obywatele i obywatelki mamy nie tylko prawa, lecz także obowiązki – przede wszystkim wobec siebie nawzajem.

U wielu lewicowców na hasło obowiązkowych szkoleń pojawiał się odruch: „To opresyjne, państwo nie będzie rozporządzać moim czasem i ciałem”. Odpowiadałam: dobrze, ale jeżeli jako zdrowa osoba się nie przygotujesz, to w pierwszych godzinach kryzysu służby będą musiały zająć się tobą i zabraknie im mocy przerobowych, by pomóc niesamodzielnej osobie z niepełnosprawnością.

Myślenie w duchu obrony powszechnej nie musi więc wyrastać z prawicowej narracji o męskim narodzie żołnierzy, może równie dobrze wyrastać z solidarności i uznania obowiązków, które mamy wobec siebie nawzajem jako obywatele i obywatelki.

Musi być jednak społeczna zgoda na to, żeby wydawać publiczne pieniądze na te obronę powszechną, a taka Konfederacja chciałaby maksymalnie obniżać podatki.

Sondaże pokazują trochę inny problem – społeczna zgoda na wysokie wydatki obronne w polskim społeczeństwie jest, ale nie ma w nas gotowości do solidarnego ponoszenia tych kosztów. Polacy nie chcą słyszeć o podnoszeniu podatków lepiej sytuowanym, chętniej obcięliby wydatki socjalne. To sugeruje, że dzisiejszy konsensus wokół wydatków obronnych może być mocno uzależniony od koniunktury. Jak przyjdzie kryzys, zacznie się spór o to, kto ma za to bezpieczeństwo zapłacić.

Lewica powinna pilnować, żeby kosztów nie przerzucać na najsłabszych. I ma do tego mocny argument, wynikający z samej logiki obrony powszechnej. Żeby społeczeństwo było odporne na rosyjskie próby destabilizacji, musi być spójne i mieć poczucie, że państwo jest wspólną wartością, a ciężary są rozłożone sprawiedliwie. Inaczej sami tworzymy podziały i frustracje, które wykorzysta przeciwnik.

Pojęcie powszechnej odporności jest politycznie dwuznaczne. Z jednej strony może oznaczać silne usługi publiczne i zdolność do kolektywnego działania. Z drugiej łatwo zamienić je w neoliberalny komunikat: państwo nie ochroni was przed wszystkim, więc nauczcie się sami przetrwać blackout, powódź czy wojnę. Kiedy emancypacyjna sprawczość zamienia się w outsourcing odpowiedzialności państwa?

Swego czasu bardzo interesowałam się feministycznymi badaniami nad bezpieczeństwem. Te lektury dają trwałą szczepionkę na dwie pokusy: przesadną militaryzację z jednej strony i neoliberalną odporność z drugiej. W obronie powszechnej – jeśli się ją odpowiednio zbuduje – można jednak zawrzeć antidotum na oba te zagrożenia.

Pierwszym z nich jest militaryzacja bezpieczeństwa, czyli sytuacja, w której wojsko i logika militarna zaczynają dominować nad innymi instytucjami i sposobami wytwarzania bezpieczeństwa. W systemie obrony powszechnej bezpieczeństwo nie zależy tylko od wojska i wydatków na nie. Tworzą je również instytucje cywilne, które powinny mieć zasoby, rolę i wpływ. Dlatego musimy szkolić personel instytucji publicznych i administracji, wzmacniać działania międzyresortowe, dawać kompetencje i zasoby organizacjom społecznym jak koła gospodyń wiejskich.

To jest istota tej idei: stworzenie równowagi i współpracy różnych aktorów wojskowych i cywilnych. Jest to szczególnie ważne również z feministycznego punktu widzenia. O ile w wojsku i sektorach siłowych, zwłaszcza na wyższych stanowiskach, dominują mężczyźni, o tyle w administracji samorządowej, ochronie zdrowia i pomocy społecznej czy innych sektorach istotnych z punktu widzenia odporności społecznej pracują przede wszystkim kobiety. Te sfeminizowane sektory powinny być traktowane jako pełnoprawne filary systemu, a nie zaplecze na czas kryzysu.

Drugim zagrożeniem jest neoliberalizacja odporności, o której mówisz, przerzucanie na obywateli odpowiedzialności za odporność państwa. Skrajną wersję takiego podejścia najlepiej widać w niektórych ruchach prepperskich, które łączy dystopijna wizja: nadejdzie kataklizm, państwo przestanie istnieć, zapanuje chaos, więc każdy powinien zbudować własną twierdzę i zgromadzić prywatne zapasy.

Nie wydaje mi się jednak, żeby w Polsce na poziomie polityki publicznej czy komunikacji dominowała właśnie taka logika. Przygotowujemy także państwo, jego instytucje i różne odnogi. Chodzi raczej o to, żeby obywatele znali swoje miejsce i rolę w większym systemie, a zarazem wiedzieli, że nie są sami.

Dlaczego wasz raport koncentruje się na kobietach? Czy skupianie się na płci nie grozi tym, że sami dokładamy się do „wojny żeńsko-męskiej”?

Raport koncentruje się na kobietach, bo płeć bardzo silnie determinuje stosunek do obrony – to, czy czujemy się jej częścią, jak widzimy swoją rolę. Przykładowo, jeśli spojrzymy na sondażowe deklaracje gotowości do obrony kraju, to najsilniej różnicuje je w Polsce właśnie płeć, wiek i doświadczenie wojskowe. Takie czynniki jak wykształcenie czy dochód mają pod tym względem znacznie mniejsze znaczenie. Płeć wpływa również mocno na inne wymiary relacji z obronnością: kobiety czują się mniej zaznajomione z tematem i bardziej się niepokoją, ale rzadziej się szkolą.

Czytaj także 7 błędów polskiej komunikacji strategicznej Piotr Wójcik

Dlatego chciałyśmy się zastanowić, skąd biorą się te różnice i co można zrobić, żeby je zmniejszyć. Czasem faktycznie słyszę: „Po co znowu podkreślać różnicę płci? Trzeba rozmawiać o wszystkich”. Udawanie, że tej różnicy nie ma, nie sprawi, że ona zniknie. Jednym z celów raportu było właśnie znalezienie takiego języka rozmowy o tych różnicach, który nie wrzuca nas od razu w logikę konfliktu między kobietami i mężczyznami, ale pozwala rozmawiać o bezpieczeństwie jako wspólnej sprawie.

Czy w ogóle da się dziś rozmawiać o obowiązkach kobiet i mężczyzn bez wpadania w narrację o wojnie płci?

Jako dziennikarka pewnie zauważasz, że mało co tak rozpala emocje i generuje kliki, jak połączenie haseł: mężczyźni, kobiety, pobór. Wystarczy wyciągnąć z długiej rozmowy jedno zdanie na ten temat i ono natychmiast staje się nagłówkiem, bo wiadomo, że odezwą się aktywiści praw mężczyzn i zacznie się awantura w internecie.

Wiemy zresztą z rozmaitych badań, że „wojnę płci” weaponizują również rosyjskie operacje informacyjne, które celują w podkopanie naszego zaufania do europejskiego projektu. Nie znaczy to oczywiście, że każdy taki spór jest efektem zewnętrznej ingerencji, ale że są one pożyteczne dla Kremla.

Skoro kwestia zasadniczej służby wojskowej – która w Polsce jest obecnie zawieszona – tak bardzo ludzi emocjonuje, to może rzeczywiście najpierw należałoby ustalić, co począć z istniejącą nierównością w tym obszarze?

Trzeba rozmawiać o równym i sprawiedliwym podziale obowiązków związanych z obroną, obejmującym zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Najpierw jednak powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie strategiczne: co właściwie chcemy zbudować? Jaki system ma zapewnić Polsce odporność na kryzysy i zdolność do obrony? W debacie publicznej zbyt często prześlizgujemy się między tymi pytaniami lub zupełnie je pomijamy, od razu przechodząc do jednego instrumentu, czyli poboru.

Jeśli zgodzimy się z tezą naszego raportu, że Polska potrzebuje systemu obrony powszechnej, to należy zacząć dyskusję nie od służby wojskowej, ale od jakiejś formy obowiązkowej służby państwowej ze ścieżkami do wyboru. Ktoś mógłby wybrać ratownictwo i pomoc humanitarną, ktoś ścieżkę medyczną, a ktoś wojskową. Wszystkie te filary potrzebują przygotowanych obywateli i obywatelek, a wojsko nie jest właściwą instytucją do szkolenia ludzi w duchu obrony cywilnej.

Jeżeli natomiast uznamy, że naszym najważniejszym celem strategicznym jest zbudowanie najsilniejszej armii w Unii Europejskiej, bo tylko to może nam realnie zapewnić bezpieczeństwo i odpowiednią pozycję międzynarodową, wtedy rzeczywiście pobór staje się centralnym instrumentem do budowy szerokich rezerw. I wtedy logiczne jest również pytanie, czy powinien on obejmować kobiety. Ale ja się z takim określeniem celu strategicznego nie zgadzam.

No dobrze, ale co w sytuacji, kiedy wojna rzeczywiście wybucha i państwu zaczyna brakować ludzi do walki? Kto wtedy powinien mieć obowiązek walki i według jakiej zasady należałoby tych ludzi wyłaniać?

Jeżeli w czasie „W” zabraknie żołnierzy do pełnienia funkcji bojowych, wojsko będzie musiało uzupełniać braki przez mobilizację. W przypadku piechoty znaczenie mają konkretne wymagania fizyczne, jak zdolność do działania z dużym obciążeniem, które przeciętnie spełnia większa część mężczyzn. To jest argument z poziomu zdolności jednostek. Kobiety, które je spełniają, nie powinny być z tych funkcji wykluczane. Jest jeszcze wymiar demograficzny: to kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci, więc przy masowej mobilizacji państwo nie może zupełnie abstrahować od konsekwencji demograficznych.

Jednocześnie potencjalna mobilizacja wojskowa już dziś nie dotyczy wyłącznie mężczyzn, bo kwalifikacji podlegają też kobiety wielu zawodów przydatnych dla wojska. Poza tym wiele kobiet już złożyło przysięgę wojskową, w samym WOT stanowią ponad 20 proc. Polki i Polacy są stosunkowo otwarci na obowiązkowe szkolenia obronne obu płci i uważają, że wszyscy powinni w jakiejś formie wspierać obronę, ale przymusowa mobilizacja wojskowa kobiet nie ma silnego poparcia.

Dla mnie kluczowy jest argument z poziomu efektywności całego systemu. Pamiętajmy, że w czasie wojny walczy nie tylko wojsko, ale całe państwo. System obrony powszechnej musi zapewnić ochronę infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwo i ciągłość podstawowych usług, jak zdrowie, edukacja czy opieka, gdzie kobiety są większością pracowników. Wyciągnięcie ich stamtąd w imię „równości na froncie” doprowadziłoby do katastrofy odporności. Dlatego mobilizację powinniśmy rozumieć szerzej, jako zarządzanie zasobami ludzkimi całego systemu i kierowanie ludzi tam, gdzie najbardziej potrzebne są ich kompetencje. Polskie prawo już częściowo działa według tej logiki, przewidując różne rodzaje przydziałów mobilizacyjnych poza wojskiem oraz tzw. świadczenia osobiste na rzecz obrony.

Tylko że kobiety co do zasady nie są zmuszane do macierzyństwa i coraz mniej z nich się na nie decyduje, a feministki raczej walczą z przekonaniem, że rodzenie to nasz obowiązek. Ciężko też porównać bycie matką z byciem zmuszonym do zabijania i umierania. Mówisz, że kobiety, które spełniają fizyczne wymagania, nie powinny być wykluczane z funkcji bojowych – ale też, jak rozumiem, nie powinny być do ich pełnienia zmuszane. Czy to nie wpisuje się antyfeministyczną tezę, że feministki chcą równych praw, ale nie równych obowiązków?

Odpowiem w sposób, który nie zadowoli zwolenników prostych odpowiedzi, ale wydaje mi się najbardziej uczciwy. Wojna jest zawsze sytuacją tragiczną i nie stawia nas przed czarno-białymi scenariuszami, lecz przed różnymi stratami, krzywdami i poświęceniami, które wchodzą ze sobą w konflikt. Nie wybieramy między pokojem a wojną, ale moralnym ciężarem poboru z jednej strony a okupacją i terrorem wobec ludności cywilnej z drugiej. O tym jest etyka niejednoznaczności Simone de Beauvoir.

Państwo powinno rozkładać obowiązki obronne równo, ale równo nie znaczy identycznie. Trzeba brać pod uwagę skuteczność militarną, indywidualne zdolności, charakter wojny, demografię i potrzeby całego systemu obrony. Jeśli ciężar walki bezpośredniej spada głównie na barki sprawnych fizycznie mężczyzn, państwo musi umieć przekonująco uzasadnić, dlaczego jest to konieczne i proporcjonalne z punktu widzenia obrony społeczeństwa.

Dlatego właśnie przekonuję do obrony powszechnej, w której każdy ma swoje zadanie, choć nie każdy takie samo. Starsza osoba, specjalista od chemii materiałowej czy kobieta z dwojgiem dzieci nie muszą walczyć na froncie, ale powinni mieć swoje miejsce w systemie. Ciężar obrony nie może spoczywać tylko na części społeczeństwa.

To jest bliskie mojemu rozumieniu feminizmu, trochę bardziej republikańskiemu. Ale są też inne feministyczne odpowiedzi, które również mają poważne argumenty.

Czytaj także Młodzież w Polsce i Niemczech nie spieszy się do wojska Nancy Waldmann

A co powiesz na pomysł przedstawiony przez Klub Jagielloński – żeby zwolnione z poboru były kobiety mające dzieci, ale już nie bezdzietne?

Nie jestem pewna, co tu jest rozumiane przez pobór: obowiązkowa służba w czasie pokoju czy mobilizacja w czasie „W”? Jeśli chodzi o tę pierwszą, to nie widzę powodu, by wyłączać ze szkoleń kogokolwiek – tylko zróbmy je z głową i z różnymi ścieżkami, nie tylko wojskową. Jeśli o tę drugą, to już w tej chwili na mocy przepisów z mobilizacji zwalnia ciąża i opieka nad dzieckiem czy osobą zależną, a to dotyczy w większości kobiet. Ten slogan brzmi prosto i atrakcyjnie, ale nie zapominajmy, że kobiety rodzą dziś dzieci dużo później niż kiedyś, więc nie do końca rozumiem, jak w praktyce miałoby to działać.

W raporcie pada hasło „równość odpowiedzialności, nie ról”. Piszecie między innymi, że kobiety częściej czują się kompetentne w zadaniach stereotypowo kobiecych i sugerujecie, że warto to wykorzystać w budowaniu odporności państwa. Skąd mamy wiedzieć, że różne role rzeczywiście wynikają z różnych kompetencji, a nie po prostu odtwarzają i utrwalają istniejący podział płciowy?

Zaczęłabym od tego, że hasło „równość odpowiedzialności, nie ról” nie zostało wymyślone przy biurku, w akademickiej wieży z kości słoniowej, jako projekt tego, jak powinno wyglądać społeczeństwo. Ono wynikło z sondaży i zogniskowanych wywiadów grupowych z kobietami niechętnymi do zaangażowania w obronę.

Polki rzadziej widzą siebie jako część systemu obrony: czują się mniej kompetentne, mniej chętnie się szkolą i rzadziej deklarują gotowość do obrony kraju. Zastanawiałyśmy się więc, co można z tym zrobić. Podczas wywiadów oraz rozmów z doświadczonymi trenerkami szkolącymi cywilki zauważyłam, że jeśli pokaże się kobietom, że obrona to więcej niż działania siłowe, a one same mają już konkretne kompetencje i zasoby, ich mentalne bariery przed uczestnictwem maleją.

Oczywiście jest tu napięcie między tym, co możemy zrobić dzisiaj, a długoterminową zmianą płciowego podziału zadań. Polski rynek pracy jest mocno upłciowiony: mężczyźni dominują w wojsku, straży pożarnej czy zawodach technicznych, kobiety – w opiece, ochronie zdrowia, pomocy społecznej, administracji i edukacji. Kobiety w Polsce wykonują też więcej pracy opiekuńczej. Tego nie zmienimy z dnia na dzień.

Raport domaga się większej liczby kobiet na stanowiskach dowódczych i decyzyjnych. Co właściwie miałoby się dzięki temu zmienić poza samą reprezentacją? Znamy przecież z innych dziedzin mechanizm, w którym kobiety docierające na szczyt instytucji odnoszą sukces właśnie dlatego, że perfekcyjnie nauczyły się jej dotychczasowych, patriarchalnych reguł. Jak wyglądałaby „feminizacja bezpieczeństwa”, która zmienia nie tylko skład osobowy, ale też to, co uznajemy za zagrożenie, czyje życie chronimy i jakich środków używamy?

To jest ogromne wyzwanie. Feministyczne podejście do bezpieczeństwa nie polega wyłącznie na zwiększaniu liczby kobiet w strukturach i na pozycjach decyzyjnych. Oznacza też reprezentację kobiecych interesów i potrzeb oraz zmianę tego, co uznajemy za bezpieczeństwo.

Po pierwsze, perspektywa wrażliwa na płeć musi być częścią polityki bezpieczeństwa. Tak zbudujemy lepszy system. Przygotowując schrony czy plany ewakuacji, trzeba uwzględniać opiekunów osób zależnych oraz bezpieczeństwo kobiet, które częściej są ofiarami przemocy seksualnej. Przeciwdziałając dezinformacji, trzeba rozumieć, że kobiety i mężczyźni są inaczej targetowani jako odbiorcy treści.

Dziś w Polsce perspektywa płci jest niemal nieobecna w polityce bezpieczeństwa. Dopiero parę tygodni temu, po latach podnoszenia tej kwestii, pojawiły się zapowiedzi wprowadzenia kamizelek kuloodpornych projektowanych z myślą o kobiecym ciele. Kultura organizacyjna wojska i służb także wymaga zmian, jak skuteczne przeciwdziałanie dyskryminacji i przemocy.

Po drugie, chodzi o zmianę samej logiki systemu: uznanie, że inwestycją w bezpieczeństwo są nie tylko zdolności siłowe, ale też infrastruktura społeczna podtrzymująca ludzi w kryzysie i na co dzień. Pytamy więc nie tylko „jak obronić państwo?”, ale też „co musi działać, żebyśmy przetrwali kryzys jako wspólnota?”. Nasza odpowiedź brzmi: musimy uznać sektory cywilne za podmioty odporności oraz zapewnić im zasoby, wpływy i szkolenia.

Powiedzmy, że za jakiś czas Polska będzie musiała bronić się przed najeźdźcą. Osoby, które walczą na froncie i ryzykują życie, mogą uznać, że ponoszą większy ciężar niż pozostali, a więc mają też większe prawo decydować o przyszłości kraju. Jak uznać ich szczególne poświęcenie, a jednocześnie nie stworzyć hierarchii obywatelstwa, w której ci, którzy nie walczyli z bronią w ręku, stają się obywatelami drugiej kategorii?

Dlaczego właściwie zakładamy, że walka z bronią w ręku jest najwyższą formą poświęcenia dla państwa? To sposób myślenia o obywatelstwie, który historycznie wyrósł wokół męskich ról i doświadczeń.

Amerykańska politolożka Valerie Hudson zwraca uwagę, że bezpieczeństwo narodowe potrzebuje nie tylko żołnierzy, ale też kolejnych pokoleń. Kobiety rodzą dzieci i wykonują większą część pracy opiekuńczej oraz pracy na rzecz swoich społeczności, ponosząc nierzadko ogromne koszty życia i zdrowia. Wychodzenie z przekonania, że jedynym wkładem w bezpieczeństwo jest walka, a kobiety „nic nie robią”, jest intelektualnie nieuczciwe.

Przypominam sobie też wywiady, które robiłam z uczestniczkami powstania warszawskiego. Moje bohaterki zwracały uwagę, że służba łączniczek, sanitariuszek, a nawet kucharek, nieuzbrojonych i często działających samotnie pod ostrzałem, wymagała innego rodzaju heroizmu niż walka. Nie chodzi o umniejszanie poświęcenia żołnierzy, tylko o poszerzenie naszego rozumienia obrony i poświęcenia.

Po prawej stronie można się spotkać z przekonaniem, że jeżeli naprzeciwko siebie mamy patriarchalną siłę, to również musimy wykorzystać własną patriarchalną siłę. Ale czy nie jest tak, że właśnie patriarchalna kultura przez stulecia sprawiała, że mężczyźni byli gotowi iść na wojnę i ginąć?

Za gotowością do walki i zaangażowania mogą się kryć bardzo różne motywacje i orientacje. My cały czas myślimy kategoriami wielkich wojen totalnych, pierwszej i drugiej wojny światowej: unifikacja, militaryzacja, wszyscy w kamasze.

Tymczasem lepiej byłoby myśleć o budowaniu szerokiej kultury obronnej w społeczeństwie w sposób odpowiadający temu, jak naprawdę działa współczesne społeczeństwo. Mamy różne grupy o różnych orientacjach i barierach wejścia i one wymagają różnych sposobów mobilizacji. Pisze o tym Roderick Parkes w raporcie dla NATO Defense College. Na pewno są i będą mężczyźni o bardziej patriarchalnym nastawieniu, często związani ze skrajną prawicą, którzy są bardzo prowojskowi, popierają pobór, zgłaszają się do walki i w takim systemie są istotni.

Czytaj także Lewaczka na dobrowolnej. Dlaczego młodzi Polacy idą do wojska? Magdalena Morawik

Czyli trochę jednak ich potrzebujemy?

Trochę tak. Z nieformalnych rozmów z ekspertami wiem, że strategiczne znaczenie tej grupy jest znane i brane pod uwagę w kalkulacjach. Istnieje jednak również duża grupa ludzi o tak zwanej orientacji prospołecznej. To często osoby, które na początku wojny czy innego kryzysu zgłaszają się bardzo szybko, choć niekoniecznie lubią militaria i hierarchię. Idą dlatego, że widzą, że są potrzebni, chcą pomóc i dać coś od siebie. Jedną z ważnych ról lewicy jest właśnie przypominanie o tej różnorodności.

W feministycznych teoriach militaryzmu, zwłaszcza anglosaskich, kluczową soczewką teoretyczną jest koncepcja militarnej męskości konstruowanej przez odrzucenie i dewaluację kobiecości. Mężczyzna ma potwierdzać swoją męskość między innymi poprzez pokazanie, że nie jest „jak kobieta”.

Kiedy jednak prowadziłam badania etnograficzne do doktoratu w polskich organizacjach paramilitarnych i proobronnych, w których uczestniczyli przede wszystkim młodzi mężczyźni, zobaczyłam trochę inny model. Ich socjalizacja niekoniecznie była budowana w opozycji do kobiet czy na władzy nad kobietami. Częściej rozumieli męskość jako dorosłą formę chłopięcości: mężczyzna to ktoś, kto przestaje być niedojrzały i bierze odpowiedzialność za swoje życie oraz za innych ludzi wokół.

W przypadku Ukrainy wiemy, jak ważnym elementem mobilizacji stał się nacjonalizm – także część polskiej lewicy mówi o ukraińskim nacjonalizmie z entuzjazmem. Wy z kolei wielokrotnie posługujecie się w raporcie kategorią patriotyzmu. Czy rzeczywistość polikryzysu zmusiła progresywną stronę do przeproszenia się z tą ideą?

Kiedy prowadziłam badania do doktoratu – już po aneksji Krymu, ale jeszcze podczas wcześniejszej fazy wojny we wschodniej Ukrainie – miałam wrażenie, że debata o obronności jest zdominowana przez ludzi o konserwatywnych i prawicowych poglądach.

Pamiętam wywiad dla Krytyki Politycznej z 2022 roku, w którym mówiłam, że liberalne i lewicowe osoby, zamiast oburzać się na ten stan rzeczy, również powinny włączyć się w obronność: wchodzić do istniejących struktur albo tworzyć własne. Samo oburzanie się na to, że obszar został zajęty przez nacjonalistyczną prawicę, niczego nie zmieni.

Mówiłam też, że mamy przecież bardzo silne ruchy obywatelskie angażujące się podczas kryzysów czy w pomoc uchodźcom. Byłoby dobrze, gdyby na stałe zaczęły się zajmować także ochroną ludności i obroną cywilną. Dzisiaj mogę powiedzieć, że częściowo tak się stało. I bardzo mnie to cieszy.

Powstają pojedyncze inicjatywy lewicowe, jak choćby Stowarzyszenie im. Kazimierza Pużaka. Tworzy przestrzeń do sieciowania ludzi zainteresowanych obronnością z innej strony politycznego spektrum. Znacznie więcej dzieje się natomiast w sektorze NGO. Organizacje społeczne zajmujące się na co dzień lokalną aktywnością, wolontariatem, kulturą czy folklorem bardzo zaktywizowały się przy okazji powodzi i kryzysu uchodźczego. A teraz organizują szkolenia z obrony cywilnej i lobbują w ministerstwach za włączaniem organizacji pozarządowych do systemu.

Czytaj także Pobór do wojska bez względu na płeć. Jak kraje nordyckie przełamywały tabu Karolina Wiśniowska

Ale czy nazwałabyś to patriotyzmem? Czy odwoływanie się do odpowiedzialności za ojczyznę i wspólnotę jest użytecznym narzędziem budowania tej mobilizacji?

Dla mnie to zdecydowanie jest patriotyzm. Siłą wielu inicjatyw obywatelskich jest właśnie to, że zajmują się bardzo konkretnymi rzeczami i uruchamiają różne motywacje, a nie tylko patriotyczną retorykę na wysokim C.

Do niektórych ludzi może przemawiać argument czysto pragmatyczny: dron nie wybiera. Nie sprawdzi, czy w budynku znajdują się kobiety odrzucające militaryzm, czy mężczyźni lubiący wojsko. Uderzy tam, gdzie uderzy. Z tego punktu widzenia przygotowanie się i budowanie gotowości państwa oraz społeczeństwa jest po prostu rozsądne.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x