Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Jarosław, jaki znam. Od dzieciństwa słyszałam, że Ukraińcy tylko czekają, by nas wymordować

Zbrodni dokonał jeden człowiek, ale w rozmowach pod opactwem przewijają się „oni”. Niewdzięcznicy, którzy gotowi są zgotować nam drugi Wołyń. Tymczasem ksiądz, który przeżył atak, wzywa do przebaczenia. Wróciłam do rodzinnego miasta, by sprawdzić, jakie nastroje panują po ataku ukraińskiego nożownika.

ObserwujObserwujesz
Walka

– Poszłaś pod kościół i usłyszałaś, co chciałaś. Ludzie pomyślą, że wszyscy tu tacy jesteśmy – martwi się moja mama, gdy w piątkowe południe opowiadam jej o rozmowach, które przeprowadziłam ze zgromadzonymi na modlitiwe pod Klasztorem Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. 24 września pochodzący z Ukrainy 31-letni Ihor M. zamordował tam księdza Stanisława Zbojnowicza i ranił cztery inne osoby. Na ekranie telewizora Grzegorz Braun wyraża nadzieję, że „ta groza będzie przełomem na drodze powrotu do zdrowego rozsądku”.

Strach przed znanym

Jarosław nie ma dobrej prasy. Na Podkarpaciu znany jest przede wszystkim z psychiatryka. O ile w mazowieckim zwykło się straszyć ludzi odesłaniem do Tworek, o tyle na Podkarpaciu funkcję tę pełni właśnie moje rodzinne miasto, przy czym w Jarosławiu nie straszy się Jarosławiem, a bardziej konkretnie. „Ty się nadajesz na Kościuszki” – mawiamy – bo tak nazywa się ulica, na której mieści się Specjalistyczny Psychiatryczny Zespół Opieki Zdrowotnej. Jest on jednym z głównych ośrodków psychiatrii sądowej w Polsce, ostatnio gościł w nim na obserwacji Mieszko R., zabójca z Uniwersytetu Warszawskiego, dzięki czemu Jarosław znów gościł na łamach ogólnokrajowych mediów. Ihor M. także został tu odesłany – już dzień po zabójstwie biegli psychiatrzy wydali pierwszą opinię, stwierdzając objawy ostrego, wielopostaciowego zaburzenia psychotycznego.

W Jarosławiu straszy się Ukraińcami, odkąd pamiętam. Wbrew bon motowi, zgodnie z którym boimy się tego, czego nie znamy, Jarosławianie choćby nie chcieli, to Ukraińców znają, przynajmniej ze słyszenia i obserwacji. Jako kilkuletnie dziecko brałam język ukraiński za odmianę polskiego specyficzną dla hali targowej – goście zza oddalonej o 35 km granicy Korczowa-Krakowiec chętnie przyjeżdżali do nas na zakupy, później także do Biedronki, odjeżdżając wypchanymi po dach samochodami, a w ostatnich latach do pierwszego w mieście McDonald’sa.

Mamy też wybudowaną w pierwszej połowie XVIII wieku Cerkiew Przemienienia Pańskiego, regularnie odwiedzaną przez tutejszych ukraińskich grekokatolików. Kiedy byłam nastolatką, śmieszyła mnie inskrypcja „IHUI” umieszczona nad głową Jezusa wiszącego nad wejściem, choć w rzeczywistości tablica nie zawiera polskiego wulgaryzmu z błędami, a skrót „ІНЦІ”, u nas znany jako „INRI”, co oznacza „Jezus Nazarejczyk Król Żydów”. Zanim w 1987 roku cerkiew zwrócono grekokatolikom, a sześć lat później otwarto dla wiernych, przechodziła z rąk parafii rzymskokatolickiej do miasta i z powrotem.

Czytaj także Dlaczego Polacy odwrócili się od Ukrainy? Przemysław Sadura

Fakt, że Ukraińcy żyli i krążyli wokół nas, nie przeszkadzał ojcu w snuciu opowieści o banderowskiej swołoczy, która nie najeżdża nas tylko dlatego, że tymczasowo nie jest dość silna. Jego niechęć nie wzięła się znikąd. Dom, w którym się wychowałam, stał przy ulicy Garbarze, przy wschodniej granicy miasta, niespełna czterysta metrów na wschód od linii Sanu. Rodzice ojca zbudowali go własnymi rękami, gdy na początku lat pięćdziesiątych wrócili w rodzinne strony po wygnaniu przez Sowietów w 1940 roku i latach ukrywania się przed dokonującą pogromów na tym terenie UPA. Pamiętam obrzydzenie, jakie czułam do poskręcanych, nachodzących jeden na drugi palców u babcinych stóp. Ojciec tłumaczył mi, że był to skutek budowania domu w mrozie.

Dziadka nie poznałam. Jego śmierć przyspieszyło doświadczenie głodu i mrozów, gdy przez ponad rok mieszkali z babcią w ziemiance pod lasem, kilkadziesiąt kilometrów od Jarosławia. Babcia zmarła, gdy miałam osiem lat – z jej opowieści zapamiętałam niewiele oprócz uczucia strachu, że „oni po nas wrócą”. Od niej i sąsiadów dowiedziałam się, że „Ruscy byli potworami gorszymi od Niemców, ale w okrucieństwie do pięt nie dorastali Ukraińcom”.

Podskakujesz, to pod klucz i pała, i szlaufem

Idę przez park w kierunku Klasztoru Sióstr Benedyktynek. Mijam dawną greckokatolicką kaplicę mszalną, depcząc ziemię, w której od końca osiemnastego wieku leżą głównie Rusini, w znacznej mierze przodkowie dzisiejszych Ukraińców. W latach 50. zachowane nagrobki zepchnięto do dołu i zasypano, a park co najmniej od czasów wczesnej młodości moich rodziców nazywa się potocznie „Sztywniakiem”.

Próbując ułożyć myśli, włączam dyktafon w telefonie i rozpoczynam chaotyczny monolog. Nie uchodzi to uwadze idącego z naprzeciwka pana po siedemdziesiątce. – A pani co? Reporterka? – uśmiecham się i potwierdzam, on nie ukrywa zaskoczenia swoim trafem. Pytam o nożownika.

– Tyle, ile ten pleban im pomógł, to głowa mała, i taką wdzięczność okazali. My jesteśmy za łagodni. Zobacz pani, co się dzieje w Ameryce. Jak pracujesz i przestrzegasz prawa, to masz spokój, a jak podskakujesz, to pod klucz i pała, i szlaufem – ciągnie, nic sobie nie robiąc z moich wtrąceń o ludziach, w tym Polakach, przetrzymywanych przez ICE bez postawionych zarzutów.

– Wracając do hitlerowców i banderowców. Przyjął ich ksiądz na plebanię, w szczycie było tam ze sto osób. – Księża przyjmowali hitlerowców? – upewniam się. – Ukraińców, a kogo? Z pani i z moich podatków utrzymuje się tych bandziorów. Człowiek czterdzieści lat pracuje, a ci przyjadą i mają. Poborowi nie powinni być w ogóle wpuszczani do Polski. Niech bronią kraju.

– A pozostali? – dopytuję. – No, kobieta z dzieckiem, to może. Chociaż? Dopiero co Ukrainka na Śląsku udusiła małą dziewczynkę.

Zwracam uwagę, że w sprawie zabójstwa w Jeleniej Górze z grudnia 2025 roku sprawczynią okazała się dwunastoletnia Polka, zaś mężczyznami, którzy rozpowszechnili fałszywą informację w sieci, zajmuje się prokuratura („Tak się zaczyna, dzieci ukraińskie mordują nasze dzieci. A wy co? A wy, kurwa, śpicie” – mówił na tiktokowym nagraniu jeden z nich).

Nie mam już czasu na dalszą dyskusję, jestem spóźniona na mszę. Jest piątek, na miejscu okazuje się, że najbliższa dopiero w poniedziałek, bo kościół został zabezpieczony na potrzeby śledztwa. – To krew? – pytam młodego księdza, który właśnie próbuje spławić ekipę telewizyjną, tłumacząc, że nie ma pozwolenia na udzielanie wywiadów. Przez równo ułożoną kostkę brukową prowadzi ścieżka z bordowych plam. – Chyba księdza Marka, tutaj czekał na karetkę – potwierdza.

Zaczepiam spacerującą zakonnicę. Zaznacza, że przełożona zabroniła rozmów z mediami na temat zabójstwa, pytam więc o wcześniejszą pomoc ukraińskim uchodźcom. – Jak wybuchła wojna, to otworzyło się drzwi. W szczycie było tu osiemdziesiąt osób. Matki z dziećmi, niepełnosprawni, różnie. Wolontariusze ich przywozili. Teraz zostało tylko jedno małżeństwo spod Charkowa. Nie porozmawia pani z nimi, ona jest w pracy, on nie mówi po polsku.

Krążę po dziedzińcu, wspominając spotkanie z Tomaszem Terlikowskim zorganizowane w tutejszej salce przykościelnej, na które poszłam jako uczennica klasy o profilu dziennikarskim w jarosławskim liceum im. Kopernika. Relację opublikowałam na szkolnym portalu – dziś już nieistniejącym. Było śpiewanie hymnu oraz Bogurodzicy, seans Eugeniki Grzegorza Brauna i zbieranie na tacę. Bywałam również w parafialnej rozgłośni radiowej – księża gościli aspirujących dziennikarzy, zanim dorobiliśmy się szkolnego radiowęzła.

Siadam na jednej z ławek przy pomniku Jerzego Popiełuszki, pod którym postawiono czarno-biały portret zamordowanego księdza Zbojnowicza i kilkadziesiąt zniczy. Trzynaście osób odmawia koronkę do Miłosierdzia Bożego, z przerwami na odśpiewanie „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”. Poza mną jest tu jedna osoba poniżej sześćdziesiątki, nie licząc dziennikarzy. Rozpoznaję ekipy TVN, TVP i RMF FM. Po zakończeniu modlitwy próbują namówić zgromadzonych do rozmów, ale ci są wyraźnie niechętni. Ktoś mówi, żeby „uważać na lewackie media”.

Czy Ihora M. opętał szatan?

Podchodzę do dwóch starszych kobiet. Pytam, czy znały księdza Stanisława. – Wszystkich tu znamy, bo i na msze chodzimy, i pomagałyśmy tym Ukraińcom. Po szpitalach żeśmy ich woziły od rana do wieczora, dary zbierałyśmy, numery PESEL załatwiałyśmy. Moja rodzina też pomagała – opowiada jedna. – Cały ten budynek, wszystkie korytarze były zastawione łóżkami. Ksiądz Stanisław to był człowiek święty, a skromny. Jak oni mogli tak go potraktować?

Igor M. najprawdopodobniej nie miał nic wspólnego z osobami, którym z takim zaangażowaniem pomagały moje rozmówczynie – poza narodowością. Ostatnie pięć lat spędził w Niemczech. Do opactwa trafił dość przypadkowo, po nieskutecznej próbie powrotu do ojczyzny. Polscy pogranicznicy nie przepuścili go przez przejście Korczowa-Krakowiec ze względu na brak ubezpieczenia samochodu, który został odholowany do Jarosławia.

Dołączam do grupki złożonej z trzech emerytek. Jedna z nich była w kościele, gdy doszło do ataku, wraz z dwiema innymi osobami schowała się w konfesjonale. – Obejrzałam się, a tam mężczyzna z nożem. Ktoś już leżał na ziemi, ale kto, to nie wiem. Cud, że przeżyłam, oddzielał mnie od niego tylko stolik z gazetami – opowiada ze spokojem. – A jak już pogotowie z policją przyjechało i wyszliśmy z kościoła, to siostra zakonna mówiła, że wcześniej pracując w ogrodzie słyszała, jak dwie Ukrainki ze sobą rozmawiają. – Co mówiły? – dopytuję. – Nie wiadomo, bo po ukraińsku, ale ludzie gadają, że on nie był sam.

Czytaj także Dlaczego Polska i Ukraina nie potrafią rozmawiać o Wołyniu? Oleksandra Iwaniuk

Moje rozmówczynie są przekonane, że chodziło o księży, bo „ten lewacki rząd na nich szczuje, to samo media, nic tylko pedofile i pedofile”. – Nawet ludzie, którzy chodzą do kościoła, często nienawidzą księży. A jak było z prałatem Jankowskim? W Radiu Maryja podali, że sąd go uniewinnił, ale co z tego, jak on już nie żyje? W innych mediach nawet o tym nie usłyszycie.

W rzeczywistości Sąd Apelacyjny w Gdańsku zakwestionował prawdziwość jednej z historii opisanych w reportażu „Gazety Wyborczej”, ale wyrok nie odnosił się do pozostałych zarzutów dotyczących wykorzystywania małoletnich.

– Ja zawsze mówiłam, że w Ukraińcach przyjaciół mieć nie będziemy – kwituje ta, która „przeżyła cudem”. Druga dodaje: – Gdzieś czytałam, że jak oni się po całej Polsce rozejdą, to będzie drugi Wołyń. Jak może być inaczej, jeśli człowiek nie ma żadnego problemu z zabijaniem? Na wojnie przecież zabijał na wszystkie sposoby.

– Ten chyba nie był na wojnie? – zauważam. – Ale może być potomkiem tych, co nas mordowali. Oni przecież do teraz twierdzą, że to są ich ziemie. Najpierw mówili że po Rzeszów, teraz że po Kraków. W rządzie tacy są nawet!

– Kto tak mówi?

– No, Ukraińcy.

Siadam na ławce obok dwóch mężczyzn, częstuję się papierosem. – A rząd będzie ich dalej wpuszczał i mówił, że Rosja nas pozabija, za to Ukraińcy są fajni – mówi młodszy, na oko czterdziestoletni. – No i mamy – dodaje jego kolega.

Podchodzi do nas postawna białowłosa parafianka. – Ja już mam dość tego kłamstwa. Kiedyś jeszcze człowiek głosował za Wałęsą, a on też już do końca zgłupiał – włącza się. – Ja to nawet za Tuskiem, a potem na Trzaskowskiego – przyznaje czterdziestolatek.

– Jak panowie myślą, dlaczego to zrobił? – zagajam. – Może był opętany? – rzuca młodszy, chichocząc. – A żeby panowie wiedzieli, ludzie gadają, że siłę miał nie z tej ziemi – to białogłowa. – Ksiądz Rajchel opowiadał kiedyś, że chłopcy ze szkoły przyszli do niego i mówią: proszę księdza, mamy kolegę, który dostaje siły nadludzkiej. No i wyszło, że opętanie. A wiecie w jaki sposób? W komputerze miał komunikat: „kliknij dalej”. Kliknął i wszedł w układ szatański. Tutaj go egzorcyzmowali.

Zmarły w 2021 roku ksiądz Marian Rajchel był znanym egzorcystą Archidiecezji Przemyskiej. W jarosławskim opactwie przyjmował „osoby szukające pomocy duchowej, uwalniając je od dręczeń i prowadząc modlitwy o uzdrowienie” – czytam na stronie Diecezji Rzeszowskiej. – Może gdyby żył, to nie doszłoby do tej tragedii? – zastanawiają się moi towarzysze.

Wianuszek z dzieci

Tuż przy wjeździe na moją rodzinną działkę rósł ogromny, ponad stuletni dąb. Starsi sąsiedzi twierdzili, że to on widnieje na słynnej fotografii znanej jako Wianuszek z dzieci. Nie miałam dziesięciu lat, gdy usłyszałam o krwiożerczych Ukraińcach przywiązujących maleńkich Polaków do drzew przy użyciu drutu kolczastego.

Po raz pierwszy makabryczne zdjęcie zostało zaprezentowane w takim kontekście w 1993 roku, w trzecim numerze czasopisma „Na Rubieży”. Towarzyszył mu wówczas podpis: „Dzieci polskie zamęczone i pomordowane przez oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii w okolicy wsi Kozowa, w woj. tarnopolskim, jesienią 1943 roku”. Dwa lata później, w 1995 roku, zdjęcie opublikowano również w książce Jerzego Węgierskiego, gdzie podpisano je inaczej: „Zamordowane przez oddziały SS-Galicja dzieci polskie w rejonie Kozowej”. Fotografia ukazała się ponownie w 2003 roku w albumie Aleksandra Kormana „Ludobójstwo UPA na ludności polskiej”.

Dopiero będąc na studiach trafiłam na opublikowany w 2007 roku tekst z „Rzeczpospolitej” pod tytułem Fałszywy opis, prawdziwe zbrodnie, w którym Dariusz Stola i Ada Rutkowska wykazali, że zdjęcie wykonano jeszcze przed drugą wojną światową. Przedstawia ono czworo dzieci Romki mieszkającej w Kozłowie koło Radomia. W nocy z 11 na 12 grudnia 1923 roku kobieta wpadła w obłęd i powiesiła swoje dzieci na drzewie – tłumaczyła, że zrobiła to, by uchronić je przed śmiercią głodową po tym, jak jej mąż został aresztowany.

Ostrzegli nas ukraińscy sąsiedzi

Nie znaczy to, że mieszkańcy powiatu jarosławskiego nie doświadczyli zbrodni z rąk ukraińskich nacjonalistów.

– Mój ojciec mieszkał wtedy w Zapałowie, kilkanaście kilometrów od Jarosławia. Opowiadał, jak w niedzielę, podczas mszy, człowiek związany z UPA wrzucił granat do domu, w którym został tylko niepełnosprawny mężczyzna, zabijając go i niszcząc budynek – mówi mi Elżbieta Rusinko, historyczka i nauczycielka z Jarosławia, która od lat zajmuje się dokumentowaniem historii tzw. Kresów Wschodnich.

Podczas drugiej wojny światowej Jarosław został włączony do dystryktu krakowskiego Generalnego Gubernatorstwa. Dla wielu Polaków uciekających ze wschodu przed UPA stał się miejscem schronienia. Był względnie bezpieczny – stacjonowało tu niemieckie wojsko, a ukraińscy nacjonaliści skupiali się na usuwaniu „elementu obcego” – za jaki uważali m.in. Polaków – z terenów na wschód od Sanu. Najkrwawszym spośród ataków na terenie powiatu jarosławskiego był ten na wieś Wiązownica w kwietniu 1945 roku, podczas którego z rąk UPA zginęło 91 osób, w tym dzieci.

– Innym razem do wsi wrócił z robót przymusowych po niemieckiej stronie Ukrainiec, który, widząc narastającą przemoc, przekonywał sąsiadów, żeby z tym skończyć – opowiada Rusinko. – Dwa dni później znaleziono go powieszonego na środku wsi. Na zwłokach zostawiono notatkę informującą, że ciało mężczyzny ma wisieć, dopóki nie zgnije, za to, że wystąpił „przeciwko Ukrainie”.

Czytaj także Potępiajmy kult zbrodniarzy w Ukrainie, ale sami posłużmy przykładem Artur Troost

Rusinko podkreśla, że ten drugi obraz jest równie ważny jak pierwszy. Zbrodnie dokonywane przez UPA nie oznaczały, że po jednej stronie stali Polacy, a po drugiej wszyscy Ukraińcy.

– W opowieściach ocalałych powraca kościół – mówi. – Niedziela, wieś zbierająca się na mszy, jedno miejsce, w którym można znaleźć znaczną część polskich mieszkańców. Podczas napadu na kościół w Kisielinie ranny został ojciec kompozytora Krzesimira Dębskiego, Włodzimierz. Przyszła matka Krzesimira opatrywała go, prawdopodobnie ratując przed wykrwawieniem. Rannego Włodzimierza zabrali do swego domu Ukraińcy. Narażając własne życie, ukryli go, ratując w ten sposób przed banderowcami, których patrole jeszcze przez kilka dni krążyły po okolicy.

Krzesimir Dębski przez lata mówił publicznie o zbrodniach na swojej rodzinie, a jednocześnie chętnie koncertował we Lwowie, gdzie witał publiczność po ukraińsku.

– W niemal wszystkich relacjach, które zebrałam przez lata, powtarza się podobny schemat: „Musieliśmy uciekać przed bandami UPA. Udało nam się uciec, bo ostrzegli nas ukraińscy sąsiedzi”. Ludzie, z którymi rozmawiałam, nie mówili: „Ukraińcy mordowali”. Mówili: „bandy UPA” – podkreśla historyczka.

Niektórzy Ukraińcy nie tylko ostrzegali, ale też ukrywali Polaków, ryzykując własne życie. Jeśli oddział UPA dowiedział się, że ukraińska rodzina pomagała Polakom, Czechom czy sowieckim żołnierzom, również ona mogła zostać wymordowana.

Rusinko przypomina też o akcjach odwetowych, których podjęły się Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie. Najsłynniejsze miały miejsce w Sahryniu i innych podlubelskich wsiach, ale zdarzało się to również na Podkarpaciu. W marcu 1945 roku polscy partyzanci zabili w Pawłokomie co najmniej 109 mieszkańców narodowości ukraińskiej i zmusili kolejnych do opuszczenia wsi. Miesiąc później w Piskorowicach zamordowano co najmniej 70 Ukraińców.

Później lokalnych Ukraińców dotknęły masowe przesiedlenia, znane jako akcja „Wisła”. Jak podaje IPN, objęły łącznie ponad 140 tys. osób ukraińskiego pochodzenia, najwięcej z województw rzeszowskiego – do którego należał wówczas Jarosław – lubelskiego i krakowskiego.

Wszystko jest w porządku

Pukam do Żeni, sąsiadki mojej mamy. Pochodzi z Chersonia, w Jarosławiu mieszka od pół roku. Z wykształcenia jest prawniczką, wcześniej przez trzy lata pracowała w ośrodku dla ukraińskich uchodźców w Gorzycach. Po wejściu w życie tzw. ustawy wygaszającej w marcu 2026 roku została bez stałego zarobku. Obecnie dorabia jako sprzątaczka. Chcę się dowiedzieć, czy ma obawy w związku ze zmianą nastrojów, jaką może wywołać narodowość nożownika z benedyktyńskiego opactwa.

Czytaj także „Czy tak wygląda bezpieczne życie?”. 67 proc. Polaków popiera deportację ukraińskich mężczyzn Olena Babakova

 – Wczoraj powiedziałam córce, żeby nie wychodziła z domu, jak jest ciemno, sama też tego nie robię – przyznaje Żenia. – Nie boję się, to zwykła ostrożność. Ze strony Polaków doświadczyłam tylko życzliwości. Czy to się zmieni? Nie wiem, nie myślę o tym. Po zabójstwie księdza dostałam wiadomości od polskich koleżanek i kobiet, u których sprzątam. Pytają, czy czegoś potrzebuję, czy nikt mnie nie obraża, zapewniają, że zawsze mogę na nie liczyć. Śmieję się, że oszalały, wszystko jest przecież w porządku!

Przypominam sobie badanie, które przeprowadził niedawno Instytut Krytyki Politycznej. Wynikało z niego, że niektórzy uchodźcy z Ukrainy niechętnie przyznają się do złych doświadczeń w Polsce, chociażby dlatego, że nie chcą wyjść na niewdzięcznych. Żenia zapewnia mnie, że nigdy nie spotkała się choćby z krzywymi spojrzeniami. Od wspólnej znajomej wiem, że jedna z kobiet, u której sprzątała, chętnie mówi o przybyszach per „banderowcy”. Żenia twierdzi jednak, że nie odczuła z jej strony niechęci.

– Macie prawo do rozczarowań, bo nie wszyscy Ukraińcy, którzy tu przyjechali, zachowują się w porządku. Ale Polacy rozumieją, że jesteśmy różni i że nie mamy żadnego wpływu na decyzje polityków, a tym bardziej nie możemy zmienić historii.

Żeby pomoc nie poszła na marne

Już po powrocie do Warszawy słucham kazania, które ranny w ataku nożownika ksiądz Adrian wygłosił w benedyktyńskim opactwie dwa dni po ataku. Z sińcem pod okiem i zabandażowaną głową staje na ambonie, by wezwać do miłosierdzia i przebaczenia, również swojemu oprawcy. Mówi o pomocy, jakiej księża, siostry i parafianie udzielili uchodźcom z Ukrainy w pierwszej fazie pełnoskalowej wojny i później. „Pracowaliśmy ze wszystkich sił, często nawet nocami, nie śpiąc po wiele godzin. Dlatego proszę was, aby ta nasza praca, nasz wysiłek i nasz trud nie poszedł na marne. […] Chcę was prosić, abyście nie winili narodu, z którego był oprawca, bo zła dokonał jeden konkretny człowiek”.

W komentarzach pod nagraniem opublikowanym przez Radio Warszawa przeważa niezgoda na to do szpiku chrześcijańskie przesłanie.

„Ładna postawa, ale nijak niemająca się do rzeczywistości. My będziemy przebaczać, a oni będą dalej nas zabijać.”

„Tak, wybaczenie, proszę księdza, ale my mamy obowiązek bronić swoich bliskich, a to nie jest pierwszy przypadek, chodzi też o naszych pomordowanych na Wołyniu.”

„Po pierwsze trzeba dbać o swoich, o swoją ojczyznę, o swoją rodzinę, a mordercy niech idą do siebie, jak tu nie potrafią się zachować.”

Najwięcej emocji zdaje się budzić zbyt łagodne zdaniem niektórych potraktowanie sprawcy. Są przekonani, że morderca uniknie odpowiedzialności karnej z uwagi na przedwczesne uznanie go przez jarosławskich psychiatrów za niepoczytalnego. Wbrew powtarzającemu się w komentarzach zarzutowi Ihor M. wciąż jest na obserwacji, a opinia wydana trzy dni po zabójstwie dotyczy wyłącznie jego obecnego stanu, który zdaniem biegłych na ten moment uniemożliwia przesłuchanie.

W nocy z poniedziałku na wtorek Elżbieta Rusinko przesyła mi nagranie spod jarosławskiego szpitala psychiatrycznego, które zrobiła jej koleżanka. Ponad dwudziestu ubranych na czarno mężczyzn maszeruje gęsiego, skandując „jebać UPA i Banderę, hej, hej!”.

Moja mama ma rację – nie wszyscy w Jarosławiu kipią z nienawiści do swoich ukraińskich sąsiadów, nie wszyscy obarczają ich winą za zbrodnie sprzed dekad. Mimo to odradzamy Żeni wieczorne spacery. To zwykła ostrożność.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x