Virginie Despentes, Drogi Dupku, przeł. Beata Geppert, WAB 2026
W jednej z paryskich kafejek minąłem się z Rebeccą Latte. Wróciłem pamięcią do niezwykłych postaci, które grała, kobiet niebezpiecznych, jadowitych, wrażliwych, wzruszających lub bohaterskich – ile razy się w niej zakochałem, ile jej zdjęć, w ilu mieszkaniach, nad iloma łóżkami powiesiłem, by o niej marzyć.
A teraz co? Co stało się z tą magnetyzująca aktorką, ikoną seksu? „Zmieniła się ropuchę. Upasła się, zaniedbała, ma wstrętną skórę, jest brutalna i hałaśliwa. (…) została muzą młodych feministek. Międzynarodówka zawszonych dziwolągów znowu ruszyła do ataku”. Tak pisze w dłuższym wpisie na Instagramie Oskar, znany i popularny pisarz, który został oskarżony o to, że przed dziesięciu laty prześladował młodą kobietę – do sławnej, ale nieznanej sobie osoby. Kiedy bliżej go poznamy, będziemy mieli wątpliwości, czy taki wpis do niego pasuje, raczej nie. Jednak jest to – może niezbyt wiarygodne – koło zamachowe tej historii. Rebecca mu odpowie. To powieść epistolarna, czyli dość tradycyjna forma literacka, a ten wpis da początek długiej korespondencji prowadzonej już prywatnie.
Oskar uważa się za niesłusznie prześladowaną ofiarę #MeToo. Kiedyś zakochał się w Zoe, rzeczniczce prasowej wydawnictwa, w którym miał wydać swoją nową powieść. Powiedzmy, że chodzi o panią z promocji, która zajmowała się jego książka. Była zawsze do jego dyspozycji, woziła go na spotkania, prowadzili długie rozmowy, była dla niego miła. Oczywiście dla niej to była po prostu jej praca, a on chyba potraktował to jako autentyczne zainteresowanie. Zadurzył się w pięknej, młodej kobiecie, podczas gdy sam był cherlawy i brzydki. Nie zgwałcił, nie molestował fizycznie, nie rzucał niestosownych uwag – jedynie natarczywie bombardował ją miłością, wyznaniami, setkami maili, a w końcu zagroził samobójstwem. Trudno zaprzeczyć – było to przemocowe i obleśne.
Kiedy sytuacja stała się dla Zoe zupełnie nieznośna i znana w wydawnictwie, nikt nie powstrzymał jego, to ona musiała odejść z pracy. Została internetową feministyczną aktywistką i po latach postanowiła opisać, co jej się przytrafiło. Czy nie przesadza? Po tym, jak oskarżyła znanego pisarza, spotyka ją dużo większa fala hejtu niż jego. Poza coraz spokojniejszą i bardziej przyjazną korespondencją Oskara i Rebeki czytamy też wpisy Zoe – to feminizm trochę w stylu Valerie Solanes, tej, która postrzeliła Andy’go Warhola i napisała manifest SCUM, postulujący pozbycie się wszystkich mężczyzn.
Zoe jest postacią nieco karykaturalną, podobnie jak Rebecca. Ta wciąż opowiada o swojej wyjątkowej urodzie, nie stroni od mocnych słów i demonstracyjnie nie liczy się z czyimkolwiek opiniami. I o tym, że zawsze wiązała się z gangsterami, łobuzami, silnymi mężczyznami, gotowa na przemoc i ból, ale to ona ich porzucała, jej nigdy żaden mężczyzna nie porzucił. Oraz o swoim uzależnieniu od narkotyków, które podobno świetnie kontroluje. Wciąż jest bezwzględna w swoich płynących pod prąd opiniach, i nadal słucha rapu. Teraz jednak starzeje się i zauważa, że jej władza, którą dawała jej uroda i talent, się kończy – tyje, nie ma atrakcyjnych ról dla starszych aktorek. Bywa w tych swoich wynurzeniach często dowcipna, myślę, że dałoby się z nich stworzyć godzinny stand-up i widzowie nieźle by się bawili.
Buntownicze głosy Zoe i Rebeki brzmią dla mnie w tej powieści jak parodia radykalizmu. To nie jest ten pazur, ostrość i radykalizm, którego mogliśmy się spodziewać po Despentes. Punkówy, w młodości uciekającej z domu, wielokrotnie zatrzymywanej przez policję, zgwałconej, podejmującej wielu niskopłatnych prac, uzależnionej, okazjonalnie dorabiającej pracą seksualną i przetrawiającej w swojej twórczości te doświadczenia. Jej kontrowersyjny debiut powieściowy to Gwałt, manifestem jej feminizmu był esej odwołujący się do autobiograficznych doświadczeń, pełna wściekłości Teoria King Konga. I wreszcie, chyba najlepiej znana, trylogia Vernon Subutex, dzięki której autorka stała się literacką gwiazdą. Jednak nadal była to proza niewygodna, powodująca dyskomfort, pełna klasowego gniewu i niedająca nadziei na szczęśliwe zakończenie ani historii bohatera, ani świata.
Kiedy przyjdzie pandemia, Oskar i Rebecca będą cierpieli, przeżywając egzystencjalne niepokoje, jak to ludzie bogaci, których jedynym nieszczęściem jest konieczność pozostania w domu i noszenia maseczek. W ich korespondencji pojawią się różne refleksje: o niesprawiedliwości społecznej, starzeniu, seksualności, patriarchacie, niebezpiecznych mediach społecznościowych, samotności, #MeToo… Ale tutaj wszystko to brzmi jak oklepane banały, może dlatego, że bohaterowie tym razem nie są przedstawicielami ludzi pozbawionych głosu, marginesu, mniejszości, lecz beneficjentami systemu. Postanawiają porzucić swoje nałogi (Oskar też jest uzależniony) i udaje im się to podejrzanie łatwo, w czym pomagają spotkania Anonimowych Narkomanów, które zapewniają wsparcie i wspaniałe rozmowy. Końcówka to terapeutyczny optymizm, porozumienie i empatia. Zamiast wściekłości i brudów poprzednich książek lądujemy w „realizmie mieszczańskim”.
Ma on też pewne zalety. Opis przemiany Oskara jest całkiem wiarygodny psychologicznie, tak jak to powinno być w porządnej mainstreamowej powieści. Poznaje swoje ograniczenia i emocje, lepiej komunikuje się z córką. Naprawdę rozumie, co złego zrobił Zoe. Łatwiej się to czyta, szaloną polifonię Subutexa zastępuje trochę płaska, ale spokojnie płynąca w kierunku happy endu narracja epistolarna. Jeśli ktoś potknął się na Subuteksie, powinien dać Despentes kolejną szansę – wciąż jest dobrą pisarką. Może straciła pazur, za to zyskała czytelników – książka we Francji odniosła ogromny sukces. W końcu to klasa średnia czyta powieści.
Jessica Lind, Małe potwory, przeł. Magdalena Biśta, Filtry 2026
Kiedy podjeżdżam samochodem, Jakob czeka już pod szkołą.
To zaniepokojeni rodzice siedmioletniego Luki, wezwani do szkoły. Koleżanka oskarżyła chłopca o niewłaściwe zachowania seksualne – o co dokładnie chodzi, dowiadujemy się dopiero nieco później i tylko w wersji opowiedzianej przez chłopca, w którym inicjatorką tego wydarzenia była dziewczynka. Pewno jej wersja była inna. Nieważne, co to było, niemiecka szkoła potraktowała to poważnie. Przez tydzień odbywały zajęcia o ludzkim ciele i o tym, jak ważne jest wyrażanie zgody.
Jeśli liczyliśmy na historię dziecięcego #MeToo, to dość szybko rozeszło się wszystko po kościach. Zapowiadała się za to inna ciekawa historia i ten koncept zachęcił mnie do przeczytania tej powieści. Luka wychowywany jest w idealnej rodzinie realizującej dzisiejsze wzorce bliskiego rodzicielstwa – nie karcimy, pozwalamy dziecku na ekspresję, nazywamy jego emocje, przytulamy, rozmawiamy. Lecz Luka nie chce rozmawiać z mamą o tym, co się wydarzyło, a ona zaczyna go obserwować i podejrzewa, że tkwią w nim złe skłonności. Że jest w nim jakieś ukryte zło.
Chyba od czasów Rousseau pewnikiem stało się, że dzieci rodzą się dobre, a złe stają się pod wpływem rodziców i społeczeństwa. Trudno znaleźć przykłady we współczesnej literaturze, gdzie byłoby inaczej. Przychodzi mi do głowy tylko Piąte dziecko Doris Lessing i film Musimy porozmawiać o Kevinie, który był adaptacją powieści. Wszytko jedno, czy w tej powieści dziecko okazałoby się złe, czy byłaby to tylko obsesja matki, która zaczyna w ten sposób odczytywać jego różne, niegroźne zachowania – wydało mi się to ciekawe. Jak zagra taki nietypowy motyw? Chociaż zło u dzieci już nie istnieje, istnieją diagnozy takie jak psychopatia czy socjopatia, ale o tym też się nie pisze. Dzieci są w zasadzie nietykalne.
Niestety, wszystko to zostało rozmyte przez wspomnienia bohaterki z dzieciństwa – różne traumy, zła matka, trudna relacja z adoptowaną siostrą. Dziecko jest ok, to matka miała problem. Z matkami zwykle coś jest nie tak.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!