Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Po co nam Unia, która nie potrafi bronić naszych praw?

„UE zawiodła ludzi, którzy zbudowali swoje życie w oparciu o strefę Schengen. Nigdy jej tego nie zapomnimy” – mówi Jakub Wolinski, który pozwał władze Niemiec za wprowadzenie kontroli na granicy z Polską.

Rozmowa
Walka

Stoję z Jakubem Wolinskim na stromym wzgórzu Kirchberg w Görlitz. Spoglądamy w dół na Nysę, szeroką i płytką, która płynie o jeden stopień niżej, oraz na most pieszy na Starym Mieście, łączący niemieckie Görlitz z polskim Zgorzelcem. Po niemieckiej stronie nie widać żadnego niebiesko-białego radiowozu, tylko duże, szare słupy z kamerami na głowicy mostu zdradzają policyjny nadzór.

Na końcu mostu w Zgorzelcu, przy lodziarni, Wolinski dostrzega polskiego strażnika. Z daleka trzeba się dokładnie przyjrzeć. Pokazuje mi w telefonie zdjęcie, na którym widać żołnierza w kominiarce i z bronią długą. Tak wyglądają strażnicy z Wojsk Ochrony Terytorialnej.

– Jakbyśmy mieli tu do czynienia z terrorystami! – unosi się. – Nie potrafię wyjaśnić moim dzieciom, skąd miałoby się wziąć takie zagrożenie, skoro ludzie tam jedzą lody.

Czytaj także Pogranicze polsko-niemieckie po 35 latach: ambitne, ale bezsilne Nancy Waldmann

37-letni Wolinski dorastał w Zgorzelcu. Kiedy zniesiono kontrole na granicy, miał 19 lat. Pamięta imprezę w mieście z okazji przystąpienia do strefy Schengen 21 grudnia 2007 roku. Potem się wyprowadził. W 2015 roku, podczas kryzysu migracyjnego mieszkał w Wiedniu, niedaleko dworca głównego. Opowiada, że w markecie na dworcu robił zakupy, stąd też wie, jak wygląda fala uchodźców. Ale sytuacja tu – Wolinski patrzy w dół na most – nie przypomina mu tego w ogóle.

Kilka lat temu wrócił do Görlitz z żoną i dziećmi. Pracuje jako analityk danych kolejowych. W Zgorzelcu mieszkają jego rodzice. Często opiekują się dziećmi, zabierają je na lodowisko. Wolinski jest zadowolony, że dzieci spędzają czas w Polsce, słyszą tam język i mówią po polsku. Rozmawiamy, stojąc na Kirchbergu.

Nancy Waldmann: Czy pan się jeszcze uda na drugą stronę rzeki?

Jakub Wolinski: Oczywiście, przecież życie mojej rodziny toczy się po obu stronach. Rodzice tam mieszkają, trzeba zawieźć dzieci. Ale udaję się tam tylko, gdy jest to konieczne. Kontrola to dla mnie duży stres.

Mieszkańcy z lokalnymi tablicami rejestracyjnymi raczej rzadko są zatrzymywani przez Bundespolizei (niemiecką policję federalną). A jeśli już, to sprawa powinna zostać szybko wyjaśniona. Dlaczego to tak stresujące dla pana?

Niemieccy funkcjonariusze prawie zawsze chcą zajrzeć do mojego auta, ponieważ jeżdżę minibusem z przyciemnionymi szybami i wbudowanymi fotelikami dziecięcymi. Słyszę od nich, że muszą sprawdzić, czy to rzeczywiście moje dzieci. Nie ma jednak żadnych przesłanek wskazujących, że przewożę nielegalnych imigrantów. Podczas kontroli we wrześniu 2024 roku przeszukano mój samochód, sprawdzano mi dane osobowe – moim zdaniem nielegalnie. To właśnie było dla mnie sygnałem, by zwrócić się do sądu. A w grudniu tego samego roku doszło do eskalacji.

Co się stało?

Późnym wieczorem wracałem z żoną do domu. Przy moście miejskim kolejny raz zatrzymała nas policja. Funkcjonariusze chcieli zajrzeć do samochodu, a my się temu sprzeciwiliśmy. Rozpoczęła się dwugodzinna sprzeczka, a na koniec otaczało nas 13 policjantów. Kiedy poprosiłem jednego z funkcjonariuszy o okazanie legitymacji służbowej, zignorowano mnie. Zlekceważyli też naszą prośbę o zamknięcie drzwi samochodu przy ujemnych temperaturach. Próbowali nas zastraszyć, na zasadzie: „my mamy czas!”. Gdy państwo sprawuje władzę w ten sposób, nie traktuje obywatela jak równego sobie. A policja chce mi pokazać, że to ona ma przewagę.

Jak to się skończyło?

Dostałem potem pismo. Policja złożyła na mnie doniesienie za „naruszenie poufności rozmowy”, twierdząc, że tamtej nocy włączyłem w telefonie nagrywanie. Jak dotąd nie miało to wprawdzie żadnych konsekwencji, ale odbieram to jako szykanowanie.

I dlatego poszedł pan do sądu?

Nie. Zależy mi na uratowaniu układu z Schengen, bo to wielka wartość społeczna. Kontrole stanowią nadużycie zaufania. Atut naszego pogranicza, gwarantowany przez prawo, zostaje zmieniony w swoje przeciwieństwo. Nie możemy się na to zgodzić. Układ z Schengen nie może mieć zastosowania tylko wtedy, gdy panuje pokój na całym świecie!

Niemieckie kontrole mają na celu powstrzymanie nielegalnej imigracji. Co pan sądzi o niemieckiej krytyce wobec Polski, że zbyt długo przepuszczała migrantów?

Uważam to za obraźliwe. Białoruś i Rosja aktywnie wspierają migrację, aby zaszkodzić Unii Europejskiej. Polska zbudowała płot, a w zeszłym roku na granicy zginął nawet polski żołnierz. A system dubliński jest przecież niesprawiedliwy dla krajów UE mających zewnętrzne granice Unii.

Czytaj także Umiesz liczyć? Licz na siebie. Ceuta i kompromitacja projektu europejskiej solidarności Artur Troost

W Polsce najczęściej słyszy się coś innego: to przecież Angela Merkel zaprosiła cały świat, więc migracja jest problemem Niemiec.

Tak, to powszechny pogląd w Polsce. Ja tak tego nie widzę. Zjawisko migracji zależy od zupełnie innych czynników, głównie od tego, co dzieje się na świecie. Ludzie przybyli wtedy, ponieważ zmieniła się sytuacja w Syrii.

A Ceuta? W tym przypadku przyczyną najwyraźniej nie był kryzys humanitarny.

List 22 szefów państw UE skierowany do Hiszpanii, pod którym podpisali się również Merz i Tusk, jest nie do przyjęcia. W końcu osoby, które przybyły, nie znalazły się ani na chwilę w strefie Schengen, ponieważ Ceuta do niej nie należy, a Hiszpania przeprowadza tam nawet drugą kontrolę. Oczywiście problemem jest, gdy inne państwa wykorzystują migrację przeciwko UE do walki politycznej. Podobnie jak robią to Rosja i Białoruś. Tam jednak chodzi o granice zewnętrzne, nie o wewnętrzne. To prawica łączy te dwie kwestie.

Tutejsze kontrole nie mają żadnego wpływu na nielegalną migrację. Na małych przejściach blisko Görlitz praktycznie nigdy nie ma kontroli. Ale w centrum miasta lub na autostradzie policja stoi na stałe od maja 2025 roku. To polityczny teatr.

W lokalnej grupie na Facebooku, liczącej 34 tysiące obserwujących, pojawił się komentarz dotyczący pana pozwu, w którym stwierdzono, że mieszkańcy Görlitz „w większości są zadowoleni, że w końcu powstrzymano nielegalny napływ ludzi z połowy świata”. Jak na kontrole patrzą osoby z pana otoczenia?

Zdaję sobie sprawę, że kontrole te nie dotyczą bezpośrednio wielu Niemców. Jeśli czują się zagrożeni, nie miałbym nic przeciwko punktom kontrolnym w głębi kraju, gdyby zwiększały poczucie bezpieczeństwa. Są też w Görlitz ludzie, którzy krytykują kontrole na granicy, jednak tylko nieliczni aktywnie działają. Jestem rozczarowany burmistrzem Görlitz. Bo np. w Kehl nad Renem burmistrz zaprotestował u samego kanclerza.

Burmistrz Görlitz Octavian Ursu powiedział o kontrolach niemieckiej Bundespolizei, że są konieczne, ale nie powinny być rozwiązaniem stałym. Za blisko do linii jego partii CDU?

Rozumiem, że jako polityk ma związane ręce. Ale od człowieka z taką przeszłością oczekiwałbym, że okaże więcej emocjonalnego zaangażowania. Ursu przecież sam kiedyś wyemigrował z Rumunii.

Ale już burmistrz Zgorzelca spotkał się z panem, aby poprzeć pana pozew. Zamieścił nawet zdjęcia na Facebooku.

Tak, spotkaliśmy się kilka razy. Na przykład w styczniu 2025 roku, po tym, jak złożyłam skargę.

Jako jedyny polski burmistrz złożył skargę na Niemcy do Komisji Europejskiej. Bo Komisja w świetle prawa ma nadzorować przestrzeganie kodeksu Schengen.

W czerwcu 2025 roku, po tym, jak Niemcy zaostrzyli kontrole, burmistrz zapowiadał zbiórkę podpisów pod skargą do UE. Jednak dwa tygodnie później rząd w Warszawie podjął decyzję o wprowadzeniu własnych kontroli w odpowiedzi na te niemieckie. To odebrało tej inicjatywie impet. Wielu Polaków odebrało to wtedy jako „sprawiedliwość wyrównawczą”. Szczególnie ci, którzy rzadko przekraczają granicę. A burmistrz sam należy przecież do rządzącej Koalicji Obywatelskiej.

Wprowadzając te kontrole, polski rząd po raz kolejny ukarał własnych obywateli. Teraz stoimy w korku również w przeciwnym kierunku. Stajemy się podejrzani dla służb obydwu stron.

Czytaj także Granica nie do przejścia. W Słubicach narasta frustracja Nancy Waldmann

*

Burmistrz Zgorzelca Rafał Gronicz ostro krytykuje niemieckie kontrole. „Przemytnicy nie są idiotami. Gdybym był jednym z nich, wysadziłbym ludzi w płytkim miejscu Nysy i odebrałbym ich po drugiej stronie. Dla kogoś, kto przebył tysiące kilometrów z Syrii lub Afryki, brodzenie przez tę rzekę nie stanowi przeszkody” – mówił w rozmowie ze mną latem 2025 roku. Opowiadał się za mobilnymi patrolami i narzekał na korki w swoim mieście. Petycję podpisało 1400 mieszkańców Zgorzelca i 150 mieszkańców Görlitz, a w sierpniu 2025 roku dotarła ona do Brukseli.

W lipcu 2026 roku ponownie dzwonię do burmistrza. – Jestem bardzo rozżalony w tej chwili – mówi. Do dziś żadna odpowiedź z Brukseli nie nadeszła.

Jednak 2 czerwca 2026 roku komisarz UE Magnus Brunner wezwał Niemcy i inne kraje do natychmiastowego zniesienia tymczasowych kontroli granicznych. Brunner chciał promować reformę Wspólnego Europejskiego Systemu Azylowego, która weszła wtedy w życie i ma rozwiązać problemy, które spowodowały wprowadzenie kontroli na granicach wewnętrznych. Gronicz uważa, że to nie był nakaz, a raczej prośba.

Problem z korkami w Zgorzelcu nieco się zmniejszył się po tym, jak burmistrz poruszył tę kwestię w 2025 roku w Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. W efekcie ruch transgraniczny stał się płynniejszy, bo policja federalna ściga teraz pojazdy do kontroli na pobocze. – Jednak w poniedziałki po długich weekendach w Niemczech nadal jest armagedon. Straż pożarna i pogotowie nie mogą się przedrzeć – mówi Gronicz. – To wyłącznie nasz problem i mam wrażenie, że niemieckie władze mają to gdzieś.

Dlaczego jego miasto liczące 30 tysięcy mieszkańców walczy w pojedynkę o układ z Schengen zgodnie z procedurą przewidzianą w prawie europejskim? – Inne polskie gminy też wysłały różne pisma. Ale stopniowo wszystkim zaczyna brakować sił – mówi Gronicz i wzdycha: – Tyle milionów na bezsensowne kontrole, a po polskiej stronie jest tak samo.

Czy zamiast wysyłać żołnierzy nad Nysę, Warszawa nie mogła złożyć do UE skargi na Niemcy? Gronicz odpowiada: – Uważam, że to głupi ruch. Ale też go rozumiem, bo wszyscy oczekiwali, że nasz rząd zareaguje. I tak zareagował bardzo delikatnie, bo nie powodują korków na niemieckiej autostradzie, a mogliby.

W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych pytam, czy rozważano złożenie skargi przeciwko Niemcom do UE. Odpowiedź brzmi: „W ramach konstruktywnego dialogu strony będą nadal wspólnie poszukiwać możliwości przywrócenia sprawnego funkcjonowania strefy Schengen”. Może to oznaczać jedynie, że nadal czeka się, aż Niemcy zaprzestaną kontroli.

Właśnie zostały one przedłużone do marca 2027, jak ogłosił niemiecki minister Alexander Dobrindt po wydarzeniach w Ceucie. Nie ma to jednak chyba nic wspólnego z Ceutą. Liczba wniosków o azyl w Niemczech jest obecnie na niskim poziomie, a wyborcy mają uwierzyć, że zawdzięczamy to kontrolom na niemieckich granicach – i nikt nie jest w stanie udowodnić, że jest inaczej. Polska również zgłosiła do UE przedłużenie kontroli do marca 2027 roku. Komisja Europejska nie wyraziła w tej sprawie krytyki.

Czytaj także Granica nie do przejścia. W Słubicach narasta frustracja Nancy Waldmann

*

Jest sporo przedsiębiorstw, na przykład polscy przewoźnicy, którzy mogliby wyliczyć konkretne straty spowodowane tymi korkami. Dlaczego jest pan jedyną osobą, która zdecydowała się wnieść sprawę do sądu?

Osoby prywatne mają znacznie mniej środków niż państwo. Sam wydaję na adwokata czterocyfrową kwotę. Musiałem czekać półtora roku, zanim sąd w końcu wyznaczył termin rozprawy na 11 listopada 2026. Przedstawiciel związku transportowców powiedział mi, że przedstawianie przed sądem dowodów na opóźnienia w dostawach z powodu kontroli jest zbyt kosztowne.

W Görlitz jest firma logistyczna, która straciła duże zlecenie. Dostarczała sprzęt ze Zgorzelca do teatru w Görlitz, a dostawy opóźniły się, bo stali na granicy. Zapytałam pracowniczkę firmy, Polkę, dlaczego się nie bronią. Mówiła: „Wtedy będziemy mieli kłopoty z urzędem skarbowym, oni coś znajdą”. Myślę, że wielu Polaków boi się takiej presji ze strony państwa niemieckiego. Sam doświadczyłem tego w związku z zgłoszeniem na policję. To też nadużycie zaufania obywateli.

Przez władze niemieckie?

Unia Europejska zawsze miała dbać o to, by nie obowiązywało prawo silniejszego. W Europie, gdzie Niemcy są największym krajem, oznacza to, że UE dba o to, by Niemcy nie dominowały. Jednak Unia od lat nie pełni tej roli w odniesieniu do kontroli na granicach. Jak to możliwe, że Komisja nie reaguje, skoro Niemcy od 11 lat kontrolują granicę z Austrią, cztery czy pięć razy dłużej niż to dopuszczalne? Komisja Europejska zawiodła ludzi, którzy zbudowali swoje życie w oparciu o strefę Schengen. Nigdy jej tego nie zapomnimy. Po co nam Unia, która nie potrafi bronić naszych praw?

Ma pan szanse na wygraną. Ale pana adwokat mówi, że nawet jeśli wygra pan sprawę, sąd nie będzie mógł nakazać rządowi zniesienia kontroli. Po co więc to wszystko?

Chciałbym, aby niemiecki sąd powiedział rządowi niemieckiemu: to, co robicie, jest niezgodne z prawem. Chcę udowodnić, że nie jestem awanturnikiem, lecz bronię sprawiedliwości wielu osób.

**
Nancy Waldmann – dziennikarka „Märkische Oderzeitung” we Frankfurcie nad Odrą. Pisze o Polsce, pograniczu polsko-niemieckim i Europie Wschodniej.

Artykuł powstał dzięki stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x