Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Porozumienie Mekkańskie zmieni układ sił w regionie?

Siły łączą mocarstwo atomowe, „druga armia w NATO” oraz naftowy gigant. Na papierze wygląda to jak niezwykle silny triumwirat, który zamiesza na globalnej scenie.

ObserwujObserwujesz
Three costumed performers stand together in front of a bright explosion backdrop, with oil drums stacked on the left.
Walka

1

Po lutym 2022 roku sytuacja międzynarodowa stała się tak napięta, że trudno wskazać na mapie spokojny i całkowicie bezpieczny region. Wojna w Ukrainie, konflikt Armenii z Azerbejdżanem, zrównanie z ziemią Strefy Gazy przez Izrael, naloty Izraela na Liban, wywleczenie Maduro z Caracas przez Amerykanów, wojna amerykańsko-izraelska z Iranem, przewrót w Syrii, pełzający konflikt Serbii z Kosowem – to tylko kilka wybranych starć, które mnożą się z dawno nie widzianą dynamiką.

Pakt trzech

Kolejne wojny i pomniejsze konflikty skłaniają do poszukiwania nowych form współpracy. Większość pomysłów rozbija się o sprzeczne interesy, które uniemożliwiają faktyczne zbliżenie, wykraczające poza coroczne szczyty w zmiennych lokalizacjach. Z tego powodu grupa BRICS czy Szanghajska Organizacja Współpracy jeszcze długo nie staną się przeciwwagą dla struktur zachodnich, które mają bardzo wyraźną przewagę instytucjonalną. NATO i Unia Europejska posiadają własne organy, którym do codziennego funkcjonowania niepotrzebne są regularne zjazdy liderów państw członkowskich.

Z pojawiających się co rusz nowych formatów w przyszłości może się jednak wykluć coś, z czym świat lub przynajmniej region będzie musiał się liczyć. Agresywna polityka Rosji, wzrost asertywności Chin i destrukcja zaufania do Stanów Zjednoczonych łącznie tworzą zupełnie nowe okoliczności, a nic tak nie zbliża, jak wspólnie odczuwane zagrożenie. Z tego powodu trzy państwa sunnickiego islamu postanowiły zmierzyć się z nowymi wyzwaniami ręka w rękę.

Czytaj także Ty też zapłacisz za ten kryzys. Wojna z Iranem uderza w rolnictwo Piotr Wójcik

Na początku sierpnia w najświętszym miejscu islamu, saudyjskiej Mekce, Pakistan, Turcja i Arabia Saudyjska podpisały Mekkańskie Porozumienie o Wspólnej Obronie. Świeżo upieczeni sojusznicy zadeklarowali przy tym, że każdy atak na jednego z sygnatariuszy paktu będzie traktowany jak atak na wszystkich trzech. Trudno nie uznać tego za doniosłe wydarzenie – siły łączą mocarstwo atomowe, „druga armia w NATO” oraz naftowy gigant. Na papierze wygląda to jak niezwykle silny triumwirat, który zamiesza na globalnej scenie.

Jak na razie nowe porozumienie cierpi jednak na wszystkie bolączki raczkujących aliansów. Nie utworzono żadnych formalnych struktur regularnej współpracy, a nawet nie przedstawiono treści porozumienia. Tego ostatniego może w ogóle jeszcze nie być, co pokazuje, że zawarcie sojuszu było dla Ankary, Rijadu i Islamabadu niewiele mniejszym zaskoczeniem, niż dla państw trzecich. Z drugiej strony deklaracja o wzajemnej obronie, wymową przypominająca 5 art. Paktu Północnoatlantyckiego, ma dużą wagę.

Szczególnie istotny jest fakt, że trzy państwa zawarły alians z różnych powodów. Każde z nich największego zagrożenia upatruje w innym rywalu. Saudów najbardziej niepokoi Iran, który ostrzeliwuje ich terytorium przy okazji wojny z USA, a także wspiera Hutich w Jemenie, z którymi Rijad odbywa regularne potyczki. Dla Turcji zagrożeniem staje się agresywna polityka Tel Awiwu, który przestał stawiać sobie jakiekolwiek granice – dla Izraela nawet fundamentalny humanitaryzm poszedł w odstawkę. Leżący daleko poza Bliskim Wschodem Pakistan toczy pełzające wojny z Indiami oraz Afganistanem.

O święty spokój

Różne źródła głównych zagrożeń nie muszą wcale przekreślać Porozumienia Mekkańskiego. Trójstronny sojusz może mieć charakter wzajemnego ubezpieczenia – my was wesprzemy w jednym miejscu, oczekując w zamian pomocy w innym. Do zbliżenia czasem wystarczy tylko podobny ogląd spraw międzynarodowych i analogiczna sytuacja geopolityczna. Wszystkie trzy państwa utrzymują bliskie relacje z USA i szerzej Zachodem, co w przypadku państw muzułmańskich nie jest regułą. Turcja jest w NATO, Saudowie prowadzą interesy z USA i Europą (są przecież udziałowcem gdańskiej rafinerii), a Pakistan stał się pośrednikiem w negocjacjach między Waszyngtonem a Teheranem.

Łączy ich też głębokie przeświadczenie, że w pobliskich regionach świata powinien zapanować wreszcie święty spokój. Samo w sobie nie tworzy to szczególnie silnej więzi, gdyż deklaratywnie właściwie każda stolica docelowo dąży do pokoju (z Moskwą i Phenianem włącznie), ale wszyscy trzej sygnatariusze faktycznie leżą w miejscach nieustannie targanych konfliktami – i każdy z nich jest tam mocarstwem regionalnym. Świadczone wzajemnie wsparcie wojskowe może istotnie zwiększyć ich bezpieczeństwo. Atak na Rijad będzie znacznie bardziej ryzykowny, jeśli wśród potencjalnych konsekwencji znajdzie się uderzenie jądrowe ze strony Pakistanu – nawet jeśli czysto teoretyczne.

Zaletą porozumienia jest to, że każdy z sygnatariuszy wnosi „kapitał zakładowy” o nieco innym charakterze. Pakistan ma broń jądrową, co jest istotnym atutem, nawet jeśli brakuje mu zdolności uderzeń dalekiego zasięgu. Turcja posiada natomiast rozwinięte siły konwencjonalne, chociaż w części przestarzałe lub nieskuteczne. Przykładowo, w zamian za możliwość zakupu myśliwców F-35 Ankara prawdopodobnie będzie musiała zezłomować swoje rosyjskie systemy S-400, gdyż nikt ich nie chce odkupić. Arabia Saudyjska gwarantuje pieniądze i dostęp do paliw, ale jedno i drugie powoli szejkom się kończy, dlatego też desperacko poszukują nowych sposobów generowania zysków. Obecnie przejmują kanadyjsko-amerykańskiego giganta gamingu Electronic Arts, chociaż ich dotychczasowe wyczyny w tym obszarze (np. legendarnie wręcz nieudany Arab Drift Cars) zwiastują spektakularny upadek słynnej firmy.

Czytaj także Nie odwracajmy wzroku od atomowego grzyba. O zagrożeniu nuklearnym Aleksander Kamkow

Co łączy Izrael z Iranem

Porozumienie Mekkańskie może budzić niepokój w różnych miejscach globu. Być może Tel Awiw zahamuje swoje „ambitne projekty dezurbanizacyjne i depopulacyjne”, jeśli Ankara i Rijad wspierane przez Islamabad wyraźnie dadzą mu do zrozumienia, by dał sobie wreszcie na wstrzymanie. Oczywiście Izrael jest wspierany przez USA, tylko że amerykański parasol bezpieczeństwa nie zatrzymał dronów spadających na Emiraty, Bahrajn czy Saudów właśnie. Poważanie potęgi Amerykanów w regionie uległo drastycznej erozji, więc argument „Waszyngton to nasz sojusznik” nie ma już takiej wagi, jak jeszcze kilka lat temu (co w Warszawie powinno odpalić wszystkie dzwonki alarmowe).

Dobrą minę do złej gry robi Teheran, który oficjalnie uznał nowy alians za niezagrażający jego pozycji. Wzmocnienie Rijadu utrudni jednak Republice Islamskiej czerpanie korzyści z nieoczekiwanego wyjścia z tarczą ze starcia z USA. Saudom nie w smak blokowanie cieśniny Ormuz przez Iran i Bab al-Mandab przez wspieranych przez niego Hutich. Amerykanie zamieszkują drugi koniec globu i mają swoje interesy na całym świecie, więc siłą rzeczy nie są w stanie zaangażować się w wojnę z ajatollahami na pełną skalę. Wzięcie w kleszcze przez leżące niedaleko trzy silne armie może mieć dla Iranu dużo poważniejsze konsekwencje. Wojna z Irakiem z lat 1980-1988 była dla Iranu o wiele trudniejsza i przyniosła znacznie więcej strat niż tegoroczne amerykańskie naloty.

Najmniejsze korzyści wydaje się czerpać Pakistan. Trudno oczekiwać, że jego największy rywal, czyli Indie, przestraszy się Saudów albo Turków. Do partyzanckich zmagań z talibami z Afganistanu nie potrzeba mu natomiast szczególnego wsparcia ani jednych, ani drugich. Być może porozumienie z Mekki wzmocni jednak pozycję Pakistanu w Azji Centralnej, której Islamabad zapewnia wyjście na Morze Arabskie poprzez dostęp do swoich portów, szczególnie w Gwadarze. Państwa Azji Środkowej, tradycyjnie kontrolowane pośrednio lub bezpośrednio przez Moskwę, stopniowo wybijają się na niezależność, lawirując między Rosją i Chinami, a czasem nawet Zachodem (Kazachstan). Jeśli Pakistan dzięki aliansowi z Turcją i Arabią stanie się ważnym podmiotem w regionie Azji Centralnej, to straci na tym Rosja, ale póki co to wróżenie z fusów i czyste gdybanie.

Chociaż porozumienie trzech mocarstw sunnickich zawarto symbolicznie w Mekce, to paradoksalnie wymiar religijny odgrywa tu najmniejszą rolę. Nawet wśród państw muzułmańskich religia stopniowo traci swój wpływ zarówno na politykę międzynarodową, jak i relacje społeczne. W Arabii Saudyjskiej wskaźnik dzietności (TFR), jeszcze w latach siedemdziesiątych sięgający 7 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym, spadł już do poziomu ok. 2,5. Rośnie za to wskaźnik zatrudnienia kobiet, który dobija do 30 proc. Konserwatywna polityka Erdogana nie zatrzymała zmian społecznych w Turcji (szczególnie na zachodzie kraju i w dużych miastach), która pod względem dzietności (ok. 1,5) nawet w UE plasowałaby się gdzieś w środku. Poza tym podziały polityczne między sunnitami a szyitami się zacierają. Szyicki Iran wspiera sunnicki Hamas i utrzymuje neutralne relacje z sunnicką Turcją. Szyicki Hezbollah współpracuje z Hamasem. Sunnicka Arabia Saudyjska zwalcza sunnickie Bractwo Muzułmańskie, które uznaje za organizację terrorystyczną.

Podziały religijne służą tam przede wszystkim do uzasadniania swojej polityki międzynarodowej, ewentualnie mogą sprzyjać zawieraniu aliansów, ale nie są ich główną treścią.

Od Bałtyku po Pacyfik

Porozumienie Mekkańskie jest najbardziej interesujące w szerszym wymiarze procesów zachodzących na całym świecie. Ekspansja zbrojeń, kolejne konflikty i destrukcja zaufania do tradycyjnych patronów zachęcają do tworzenia nowych struktur, które nawet jeśli nie zastąpią starych, to mogą się stać przynajmniej ich uzupełnieniem. Intensywne procesy integracyjne zachodzą w regionie Morza Bałtyckiego i w Europie Północnej, gdzie trudno już zliczyć wszystkie pojawiające się formaty o charakterze militarnym lub politycznym – NB8 (jak również NB8+), Rada Nordycka, NORDEFCO, Grupa Północna czy Rada Państw Morza Bałtyckiego to tylko kilka z brzegu. Litwa, Łotwa i Estonia tworzą Bałtycką Linię Obrony, która według zamierzeń powinna się zintegrować z polską Tarczą Wschód. W 2025 roku ministrowie obrony Polski, Danii, Estonii, Finlandii, Litwy, Łotwy, Niemiec i Szwecji podpisali Deklarację Bałtycką, której celem jest rozwinięcie architektury bezpieczeństwa w Europie Północno-Wschodniej.

Czytaj także Globalne Południe nie będzie miało swojego anty-NATO. Oto powody Piotr Wójcik

Coraz bliższa współpraca łączy także Japonię z Koreą Południową, między którymi istnieją bardzo głębokie podziały historyczne i wzajemna nieufność – łączy zaś strach przed pozostawieniem na pastwę losu przez Amerykanów, którzy do tej pory gwarantowali im bezpieczeństwo. W 2023 roku zawarto zresztą porozumienie trójstronne w Camp David, jednak trudno przewidzieć, czy administracja Donalda Trumpa będzie je respektować. Paradoksalnie, może to skłonić Tokio i Seul do zacieśnienia więzi w imię wspólnej rywalizacji z duetem Pekin-Phenian.

Potencjalne alianse nie muszą mieć charakteru regionalnego. W obliczu egoistycznej polityki Waszyngtonu premier Kanady Mark Carney zaapelował o powstanie „sojuszu państw średnich”, czyli platformy współpracy 12 państw CPTPP (Kompleksowe i Progresywne Porozumienie na rzecz Partnerstwa Transpacyficznego – Australia, Brunei, Chile, Japonia, Kanada, Malezja, Meksyk, Nowa Zelandia, Peru, Singapur, Wietnam) z Unią Europejską, Wielką Brytanią i Norwegią. Większość z tych formatów jest wciąż patykiem na wodzie pisana, jednak kolejne wyczyny liderów światowych mocarstw będą doskonałą motywacją, by zamienić je w trwałe struktury. Tracące powagę mocarstwa trzeba przecież czymś zastąpić.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x