Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Polska woli leczyć HIV niż mu zapobiegać, USA tnie wydatki, a Rosja wyłączyła się z systemu

Często mówimy o zakażeniach HIV w kontekście osób LGBT+, ale mamy ogromny problem z heteroseksualną większością – alarmuje szefowa Fundacji Edukacji Społecznej.

Man in a navy suit speaks into a microphone at a desk, with the U.S. flag and a blue banner behind him in a book-lined office. Rozmowa
Walka

Mateusz Witczak: Wróciłaś z Międzynarodowej Konferencji AIDS 2026 w Rio de Janeiro, gdzie poznaliśmy raport UNAIDS, czyli ONZ-owską agendę walki z HIV. Dostrzegam w nim paradoks: mamy najmniej zakażeń od 30 lat, ale w wyniku sytuacji geopolitycznej stoimy u progu kolejnej epidemii.

Dr Magdalena Ankiersztejn-Bartczak: Zwracam uwagę, że po raz pierwszy najwięcej wykrytych zakażeń zanotowano nie w Afryce, ale w centralnej Azji i Europie Wschodniej. Z wiadomych przyczyn Rosja jest wykluczona ze wspólnoty politycznej, jednocześnie jednak wyłączyła się ona ze wspólnych działań profilaktycznych – w efekcie tak naprawdę nie wiemy, jaka jest w niej sytuacja. Przed wojną oficjalnie mówiło się o milionie osób zakażonych, a nieoficjalnie: o dwóch milionach, przy czym rosyjskie Ministerstwo Zdrowia informowało, że tylko co trzecia z nich ma dostęp do leków antyretrowirusowych. Drugą niewiadomą jest Białoruś.

Na ile to efekt rosyjskiej polityki dokręcania śruby społeczności LGBT+?

Dostrzegam trzy problemy. Po pierwsze: stygmatyzację osób nieheteronormatywnych, którym za ujawnienie się jako MSM (mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami – przyp. red.) grożą w Rosji szykany, a nawet więzienie. Po drugie: wiele osób aktywistycznych zajmujących się queerem czy zdrowiem seksualnym musiało uciekać z kraju w związku ze swoją działalnością społeczną. Po trzecie, o czym już trochę powiedzieliśmy: Moskwa nie uczestniczy w międzynarodowych ustaleniach. Kiedy cały świat stawia na profilaktykę i nowoczesne leczenie, ona idzie swoją drogą. Nie ma w Rosji redukcji szkód: osobom uzależnionym nie podaje się metadonu ani nie wymienia się igieł i strzykawek.

Przez lata sytuację ratował The Global Fund, czyli ONZ-owski fundusz powołany do walki m.in. z HIV. Teraz środków z zewnątrz brakuje. Wiele z obaw, o których mówiło się w Rio, wynika z decyzji podjętej przez Donalda Trumpa tuż po zaprzysiężeniu: w styczniu ubiegłego roku prezydent USA ograniczył wydatki na walkę z HIV. Zakończył też współpracę z WHO, które musiało szukać innego źródła finansowania, bo Stany Zjednoczone były jego znaczącym płatnikiem.

Czytaj także Za Wojtyły Kościół narażał ludzi w Afryce na okrutną śmierć Katarzyna Jaremko

Fakt, że Trump obciął fundusze na The Global Fund i PEPFAR (The U.S. President’s Emergency Plan for AIDS Relief – dop. red.) oznacza zagrożenie życia dla wielu milionów osób, które straciły dostęp do leczenia. Efekt jest taki, że o ile przez lata wskaźniki zakażeń spadały, teraz idą w górę. Podobnie będzie z liczbą śmierci związanych z AIDS. Już teraz, pokazuje raport UNAIDS, na świecie jest 41 mln osób zakażonych HIV, ale 9 milionów ciągle nie ma dostępu do leków antywirusowych.

Być może sygnał wyszedł z USA, ale z raportu wynika, że cięcia wprowadziły niemal wszystkie kraje – światowe finansowanie walki z HIV spadło o 18 proc.

Organizacje pozarządowe od dłuższego czasu apelują do Unii Europejskiej o zwiększenie środków na profilaktykę HIV i innych STI-ów (infekcji przenoszonych drogą płciową – przyp. red.). W zeszłym roku zakończył się program EU for Health, w którym HIV był uwzględniany. W kolejnej edycji nie jest, co stwarza dla Polski duże problemy. Lepiej jest we Francji, Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, których rządy znacząco wspierają profilaktykę i leczenie; pamiętajmy jednak, że wiele krajów tnie teraz nakłady na zdrowie, przesuwając pieniądze z budżetu na obronność.

To krótkowzroczna polityka. Zakaźnicy przypominają, że wiele wojen wygrały nie armie, tylko choroby – przecież podczas kampanii w Italii wojsko króla Karola VIII mierzyło się z epidemią kiły, którą po zakończeniu działań zbrojnych zakażeni żołnierze przynieśli do swoich domów. Na pewno w wyniku cięć będziemy mieli mniej danych, mniej profilaktyki, mniej leczenia, a więcej zgonów i zakażeń.

Najwyższy wzrost tych ostatnich odnotowano w Afryce Subsaharyjskiej.

Dla krajów Afryki decyzja Trumpa była wyrokiem. Ich rządy nie mają dość pieniędzy, by wydawać je na leczenie osób z HIV. Wstrzymano też wiele badań naukowych prowadzonych w tym regionie.

Statystyki są nieubłagane również dla Polski: z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że o ile w 2020 roku odnotowano u nas niespełna tysiąc zakażeń, w zeszłym roku było ich 2755. Co właściwie wywołało ten (niemal trzykrotny!) wzrost?

Uwrażliwiam czytelników i czytelniczki, by nie ulegali dyskursowi, który pojawił się niestety w polskiej przestrzeni publicznej: to nieprawda, że osoby ze Wschodu są odpowiedzialne za epidemię HIV w Polsce, żadne dane tego nie potwierdzają. Wiele osób z Ukrainy, które do nas przyjechało, już wcześniej było leczonych i tylko kontynuowało swoje leczenie w Polsce, a przecież osoby poddane skutecznej terapii nie transmitują wirusa.

Liczba zakażeń systematycznie rośnie u nas od dawna, a jedyny spadek zanotowaliśmy w trakcie COVID-u – nie oznaczał on jednak mniejszej liczby zakażeń, tylko ich mniejszą wykrywalność. Ciągły wzrost wynika z faktu, że w kontekście profilaktyki niewiele się w Polsce zmienia. Nadal mamy środki na testowanie, głównie w punktach, ale to właściwie tyle.

Jako jeden z nielicznych krajów Unii Europejskiej nie prowadzimy bezpłatnego programu PrEP-u, czyli profilaktyki przedekspozycyjnej. Tymczasem przyjmowanie leków antyretrowirusowych przez osoby zdrowe zabezpiecza je przed wniknięciem HIV do organizmu: to rozwiązanie dedykowane szczególnie ludziom, którzy nie mogą używać prezerwatyw, często zmieniają partnerów seksualnych lub nie są pewni ich statusu serologicznego.

Czytaj także Śmiertelne skutki zinstytucjonalizowanej homofobii Jan Smoleński

Dane pokazują, że metoda jest skuteczna w niemal 100 proc. W ciągu ostatnich 15 lat większość europejskich krajów wprowadziło programy, które zapewniają darmowy dostęp do niej, co za każdym razem doprowadzało do spadków liczby zakażeń HIV, ale w Polsce temat nie istnieje. Można kupić sobie PReP samemu, tyle że nie każdego na to stać, bo nie jest on refundowany – miesięcznie to koszt ponad 200 zł, a do tego trzeba zapłacić za prywatną wizytę i testy. Jeszcze droższy jest PEP, czyli profilaktyka poekspozycyjna niezawodowa. Zakażenie HIV można dzięki niej zatrzymać, podając osobie leki (najlepiej do 48 godzin od ryzykownego kontaktu seksualnego), tyle że cena jednego opakowania wynosi tysiąc złotych.

Z niedawnego raportu Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób wynika, że zakażenia chorobami przenoszonymi drogą płciową osiągnęły najwyższy poziom od dekady: rzeżączka zanotowała wzrost o 303 proc., liczba zakażeń kiłą zwiększyła się ponad dwukrotnie. Na ile to efekt upowszechnienia PrEP-u?

To przede wszystkim efekt braku edukacji. PReP jest głównie stosowany w Europie wśród mężczyzn nieheteronormatywnych, tymczasem brakuje nam działań ukierunkowanych na osoby heteroseksualne, zwłaszcza młode. Wiele z nich uważa, że skoro kobieta bierze leki antykoncepcyjne, to przecież nie muszą się zabezpieczać w inny sposób.

Państwowe kampanie edukacyjne nie są szczególnie widoczne, a przez osiem lat w bardzo niewielu szkołach prowadzono zajęcia z edukacji seksualnej. W efekcie mamy dziś w Polsce sporo ludzi, którzy nie dysponują elementarną wiedzą o chorobach przenoszonych drogą płciową. Spada wśród nich używanie prezerwatyw, ponieważ zabezpieczają się oni przede wszystkim przed ciążą, a zagrożeń związanych z STI po prostu nie znają.

Czytaj także „Prezerwatywa? Po co? Przecież jestem zdrowy” Olga Wróbel

Jest jeszcze jeden powód wzrostów: poziom wiedzy lekarzy. Często kojarzą oni choroby przenoszone drogą płciową głównie z narządami płciowymi – jeżeli nie ma na nich zmian, to wydaje im się, że pacjent jest zdrowy. Laryngolog rzadko rozpoznaje kiłę w gardle, najczęściej myli ją z anginą, i takie też przepisuje leczenie.

Czy nie stoimy aby u progu kolejnej (po PrEP-ie) rewolucji? Tzw. Doxy-PEP wydaje się skutecznie zabezpieczać przed zakażeniem kiłą i chlamydią.

Jego skuteczność potwierdzają badania, ale pamiętajmy, że doksycyklina to nie tabletka witaminy C, tylko antybiotyk. Farmakologia powinna być dodatkową formą profilaktyki, a nie docelowym rozwiązaniem. To jedna z opcji zmniejszania ryzyka, ale i tak trzeba cały czas podkreślać, że najprostszą, najbardziej skuteczną metodą jest nadal używanie prezerwatyw.

Dodam, że nasze zachowania seksualne są inne niż jeszcze 10 czy 20 lat temu. Wystarczy spojrzeć na liczbę rozwodów – ludzie są w coraz mniej stałych związkach i zdecydowanie częściej zmieniają partnerów seksualnych, czego konsekwencją mogą być również choroby. Są kraje, które wychodzą tym zmianom naprzeciw: przykładowo w Wielkiej Brytanii dostęp do poradni zdrowia seksualnego czy poradni STI jest wszechobecny. Tymczasem jeśli ktoś żyje w Polsce i podejrzewa u siebie chorobę przenoszoną drogą płciową, to – jeżeli nie mieszka w dużym mieście – często nie wie nawet, gdzie powinien iść się przetestować.

Czytaj także Obietnice szczepionek na HIV to wciąż gruszki na wierzbie Denis Chopera

Po swoich queerowych znajomych widzę tendencję do bagatelizowania chlamydii, kiły czy rzeżączki. HIV to, wiadomo, poważna sprawa, ale inne zakażenia da się przecież wyleczyć.

Teoretycznie można leczyć kiłę 4-5 razy w roku, ale pamiętaj, że ty i ja żyjemy w warszawskiej bańce. Dostępność opieki prywatnej jest w stolicy duża, wiele osób ma wykupione pakiety medyczne, mamy też wyższy poziom świadomości. Największą wiedzą dysponują zresztą osoby ze społeczności LGBTQ+, które przez lata były wręcz bombardowano dedykowaną sobie edukacją seksualną. Wykrywalność jest wśród takich osób wyższa niż w ogóle populacji, częściej też przychodzą one do punktów, dzięki czemu o zakażeniach dowiadują się dość szybko.

Choć choroby przenoszone drogą płciową są w większości przypadków dość łatwo wyleczalne, to jednak w którymś momencie antybiotyki przestają działać. Podstawą powinna być edukacja – w przestrzeni społecznej słabo funkcjonuje np. wiedza o chemseksie.

Kościół wiele zrobił, by wprowadzić temat pod strzechy. W ostatnich latach sporo słyszeliśmy przecież o księżowskich „grupówkach” pod wpływem mefedronu.

Tyle że nazwa „chemseks” w takich publikacjach nie padała, media skupiały się głównie na sensacyjnej otoczce obyczajowej. Nie możemy tego zjawiska demonizować. Substancje psychoaktywne – od alkoholu począwszy – są używane podczas seksu od zawsze i od zawsze powodują, że podejmujemy bardziej ryzykowne zachowania. Jeżeli ktoś jest pod wpływem substancji, zdecydowanie rzadziej sięga po prezerwatywę, mniej kontroluje, z kim ma kontakt, łatwiej też przełamuje swoje bariery dotyczące przygodnego seksu.

Znów wracamy do braku edukacji: owszem, w szkole mówi się o uzależnieniach, ale rzadko kiedy łączy się w niej substancje z zachowaniami seksualnymi. Z młodzieżą trzeba otwarcie o tym rozmawiać, ale na taką rozmowę ciągle nie ma w Polsce miejsca. Wielu ludzi uważa, że chemseks to nowe zjawisko, które dotyczy wyłącznie mężczyzn mających seks z mężczyznami, seksuolodzy od lat zwracają jednak uwagę, że staje się on coraz popularniejszy wśród osób hetero (np. w grupach swingersów), które nie zdają sobie sprawy z zagrożeń.

Skupianie się na osobach LGBT+ to błąd?

Często mówimy o zakażeniach w kontekście MSM-ów, ale mamy ogromny problem z heteroseksualną większością, która w ogóle się nie testuje – to w tej grupie widzimy późno wykryte zakażenia i, co gorsza, zgony. To także efekt braku świadomości w ochronie zdrowia. Do naszej fundacji trafiają osoby ze znaczącymi spadkami wagi i grzybicą układu pokarmowego albo chłoniakami, które o zakażeniu dowiadują się po wielomiesięcznym chodzeniu od lekarza do lekarza. Pamiętam 45-letnią kobietę, której mąż umarł wcześniej na zapalenie płuc. Nikt nie zlecił jej testu w kierunku HIV, w momencie wykrycia zakażenia miała już chłoniaka i, mimo leczenia, zmarła.

Nasz poziom wiedzy nie zmienił się znacząco od lat 90., a grupa heteroseksualna wydaje się w ogóle pozostawiona sama sobie. Przerażające że w Polsce, gdzie mamy dostęp do najnowocześniejszych leków, a opieka medyczna nad pacjentami z HIV jest na europejskim poziomie, ludzie umierają na AIDS. Takich zgonów notujemy dużo więcej niż kiedyś, a zakaźnicy wprost mówią, że ludzie trafiają do nich późno, z poważnymi powikłaniami. Nie są to tylko osoby imigranckie, ale także Polki i Polacy.

Co powinniśmy zrobić, by tę sytuację zmienić?

Powinniśmy zacząć działać. Potrzebujemy skojarzonej profilaktyki, którą Europa wprowadziła ponad 10 lat temu. Chodzi o to, by dostosowywać metody testowania do odbiorcy i dać mu możliwość wyboru.

W Polsce można się przetestować w punkcie konsultacyjno-diagnostycznym, ale wiele osób do nich nie chodzi, bo np. boi się opowiedzieć komuś o swoich zachowaniach seksualnych. Dlatego tak ważna jest dostępność testów do samodzielnego wykonania. Na konferencji w Rio trafiłam na stoisko Ministerstwa Zdrowia Brazylii, która rozdaje testy ślinowe i z krwi każdemu. Spytałam, czy jakoś tych ludzi weryfikują, ile mają odpowiedzi zwrotnych, jak wiele osób otrzymuje wynik dodatni. Odparli, że nie jest to ważne. Ważne, żeby obywatele Brazylii mieli szybki, łatwy dostęp do testów.

Czytaj także AIDS towarzyszyła panika i lęki, które ujawniają się również teraz Radosław Korzycki

To problem, z którym borykamy się również my. W 2020 r. zaoferowaliśmy testy do samodzielnego wykonania, które sfinansowaliśmy ze środków fundacji. Od 6 lat sami próbujemy nasz program utrzymać – musimy ratować się publicznymi zbiórkami, bo rząd nie przelewa na ten cel ani złotówki. Tymczasem zainteresowanie jest ogromne – takie testy w ponad 80 procentach zamawiają osoby, które nigdy wcześniej nie sprawdzały swojego statusu serologicznego, głównie zresztą kobiety. A mamy w Polsce jeden z najniższych odsetków osób, które kiedykolwiek zrobiły test na HIV, od lat wynosi on ok. 10 proc. dorosłych obywateli. W 2025 r. zrobiliśmy jednak krok w dobrą stronę: od maja zeszłego roku lekarz rodzinny może zlecić w ramach NFZ bezpłatny test na HIV.

Nadzieją na poprawę sytuacji wydawała się także nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, która miała umożliwić diagnostykę nawet osobom nieubezpieczonym.

Dzięki środkom z rządowego Programu Leczenia Antyretrowirusowego leki są w Polsce darmowe dla wszystkich. Problem w tym, że do bezpłatnej wizyty w poradni chorób zakaźnych jest potrzebne ubezpieczenie, osoby nieubezpieczone muszą za wizytę zapłacić. Ustawa miała tę sytuację naprawić, ale prezydent zawetował ją ze względu na wrzutkę do projektu, z której treścią się nie zgodził. Proces legislacyjny zaczął się więc od nowa.

Uzasadniając weto, Karol Nawrocki podkreślił jednak: „Nie mam żadnych wątpliwości, że rozwiązania poprawiające dostęp do leczenia osób żyjących z HIV (…) są potrzebne i powinny zostać jak najszybciej wprowadzone”.

Wszystko wskazuje na to, że jeszcze w tym roku uda się przyjąć nową wersję ustawy. Bardzo na nią czekamy, bo liczba osób, które nie otrzymują w Polsce leków antyretrowirusowych, jest duża. Równolegle Ministerstwo Zdrowia pracuje nad zmianami w Krajowym Programie Zapobiegania Zakażeniom HIV i Zwalczania AIDS, a powołany przez resort zespół ekspertów i ekspertek, w którym zasiadam, pracuje nad Krajową Strategią Zapobiegania Zakażeniom Przenoszonym Drogą Płciową. Staramy się stworzyć kompleksowy system wsparcia, opieki i profilaktyki – pytanie tylko, czy znajdą się pieniądze, by go sfinansować? Osobiście bardzo mnie cieszy, że po wielu latach rzeczywiście coś się u nas ruszyło, ale obawiam się jednego: proces legislacyjny jest w Polsce czasochłonny.

A za rok wybory.

Seksualność i zdrowie powinny funkcjonować poza polityką. Tak niestety nie jest. Niedawno Przemysław Czarnek złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek, który ma zablokować edukację seksualną jako komponent edukacji zdrowotnej. To bardzo zła wiadomość, bo najlepszą profilaktyką jest właśnie edukacja.

Na pewno pamiętasz też „raport Kalety” z kampanii Andrzeja Dudy. Poseł Suwerennej Polski straszył, że Warszawa rozdaje prezerwatywy, a edukatorzy promują „dewiacje seksualne z użyciem narkotyków”.

Redukcja szkód nie jest „promowaniem” przyjmowania substancji, ale formą profilaktyki chorób wenerycznych. Raport UNAIDS podnosi ponadto, że kryminalizacja seksworkingu i posiadania substancji nie przynosi pozytywnych efektów, co innego dekryminalizacja i objęcie seksworkerów i osób uzależnionych systemową opieką państwa.

Przeciwdziałanie HIV i innym chorobom zakaźnymi to kwestia zdrowia publicznego, a dotychczasowa bierność Polski jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Dlaczego Ministerstwo Zdrowia nie stanie po stronie nauki i nie wprowadzi skojarzonej profilaktyki? Przecież to się państwu po prostu opłaca; skupiamy się na testowaniu, ale lepiej (i taniej!) przeciwdziałać zakażeniom, niż je później wykrywać i leczyć.

**

Dr Magdalena Ankiersztejn-Bartczak – pedagożka, socjolożka, edukatorka seksualna. Prezeska Fundacji Edukacji Społecznej, członkini International AIDS Society, European AIDS Clinical Society i Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS. Współautorka Polskich Rekomendacji „Zasady opieki nad osobami zakażonymi HIV”, koordynatorka Punktów Konsultacyjno-Diagnostycznych, Mobilnego Serwisu Redukcji Szkód oraz Akademii Pozytywnego Życia. 

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x