Kilkanaście lat temu reżyser dokumentalista Maciej Cuske wyjechał na wakacje ze swoim synem i dwójką jego przyjaciół. Zabrał kamerę, bo chciał nauczyć chłopaków, jak działa kino i jak powstają filmy, pokazać im swój zawód i pasję. W efekcie powstał amatorski horror Kandydaci śmierci. Filmowy wyjazd stał się coroczną tradycją tej czwórki, a Kandydaci doczekali się kilkunastu sequeli.
W swoim dokumencie także zatytułowanym Kandydaci śmierci, który od piątku można zobaczyć w kinach, Cuske próbuje podsumować doświadczenia tych kilkunastu lat. Film zaczyna się w momencie, gdy trójka chłopców ma już po dwadzieścia kilka lat. Młodzi mężczyźni coraz mocniej wchodzą w dorosłe role społeczne. I choć kolejnego lata znów wyruszają na plan, reżyser ma wątpliwości, czy chcą podtrzymać filmową tradycję – a zwłaszcza jeden z nich, mający coraz więcej wyzwań związanych z pracą zawodową.
Obrazy z dwóch takich wyjazdów montowane są materiałami z archiwum Cuskego. Widzimy dorosłych dziś mężczyzn, gdy jako młodzi chłopcy, jeszcze przed okresem dojrzewania, stawiają pierwsze kroki na filmowym planie. Oglądamy fragmenty stworzonych przez nich filmów – sceny, w których bronią się przed atakiem żywych trupów czy zmutowanych potworów, granych przez aktorów w gumowych maskach z odpustu.
Cuske dotyka w swoim filmie momentu, gdy jego bohaterowie mają świadomość, że coś ważnego w ich życiu dzieje się najpewniej po raz ostatni, gdy ostatecznie kończy się ich dzieciństwo i zaczyna nowy etap. Nadaje to dokumentalnym obrazom z Kandydatów głęboko melancholijny charakter: obserwujemy teraźniejszość, która natychmiast staje się obiektem nostalgii za samą sobą.
Podobnie jak kręcone na przestrzeni długich lat dokumenty Czeszki Heleny Třeštíkovej, w których reżyserka towarzyszy swoich bohaterom, czy Boyhood Richarda Linklatera, Kandydaci pozwalają odczuć upływ czasu jako żywiołu, w którym kształtują się ludzkie losy i biografie. Dorośli młodzi mężczyźni wracają do aktywności z dzieciństwa, a dzięki montażowi ich współczesne twarze „przeglądają” się w twarzach dzieci.
Czas, przemijanie i nostalgia nie są jednak tym, co najbardziej interesuje reżysera. Kandydaci śmierci są bowiem przede wszystkim filmem o relacjach – między trójką przyjaciół znających się od przedszkola; między synem a ojcem; dojrzałym mężczyzną a dwójką przyjaciół jego syna, dla których staje się mentorem, nie tylko w sprawach filmowych. Dwa wakacyjne wyjazdy, które obserwujemy, są dla mężczyzn przestrzenią, w której mogą mówić o swoich emocjach, problemach i relacjach.
Reżyser i jego syn Staszek krążą w swoich interakcjach wokół tematu rozwodu, który podzielił małżeństwo rodziców młodego mężczyzny i, jak można sądzić, nie był łatwy. Jeden z przyjaciół Staszka w pewnym momencie zupełnie wyłącza się mentalnie z filmowego planu, gdy dzwoni do niego matka z informacją, że ojciec alkoholik znów zaczął pić.
Ta rozmowa o męskich emocjach często przebiega w półsłówkach, między długimi chwilami mniej lub bardziej niezręcznego milczenia. Otaczają ją stereotypowo męskie aktywności: by nakręcić kolejny odcinek horroru, bohaterowie chodzą po górach, budują tratwę, spływają nią potokiem, siedzą przy ognisku albo walczą, by nie utonąć w błocie, kiedy kręcą scenę w kosmicznych skafandrach, mającą zapewne rozgrywać się na jakiejś obcej planecie. A jednak w tych wypowiedzianych jakby z trudem zdaniach, w rozmowach, gdzie pozornie niewiele zostaje powiedziane, a przede wszystkim w chwilach bycia razem, dzieje się coś ważnego dla wszystkich bohaterów.
Cuske i jego operator Tomasz Pawlik doskonale umieją uchwycić te wszystkie wrażliwe momenty zgodnie z najlepszymi tradycjami polskiego humanistycznego dokumentu obserwacyjnego. Zaś użycie archiwów i bardzo osobista perspektywa reżysera nadają Kandydatem szczególną formę, łączącą dokumentalną obserwację z tonem osobistego wyznania.
W tle tego wszystkiego są pytania o to, co dziś znaczy być mężczyzną i pełnić takie społeczne role jak ojciec czy syn. Reżyser mówi w pewnym momencie trójce chłopaków, jak bardzo był niegotowy, gdy mniej więcej w ich wieku dowiedział się, że jego żona jest w ciąży, i że od swojego ojca usłyszał wtedy tylko: „kosmici ci dziecka nie zrobili, musisz wziąć odpowiedzialność”. I w zasadzie cały film jest próbą odpowiedzi na postawione sobie przez reżysera pytanie, czy tej odpowiedzialności sprostał.
Na ekranie opowiada o specyfice swojego zawodu, o braku czasu dla rodziny, braku pieniędzy na to, by robić, to co naprawdę chciał robić. W jednej ze scen Maciej Cuske gdzieś na górskich ścieżkach kręci ujęcia do kolejnej części wakacyjnego horroru, a jego syn Staszek – dziś już uznany operator kamery, pracujący przy hollywoodzkich produkcjach – zwraca uwagę ojcu, że nie wyostrzył ujęcia, jak powinien, zgodnie z regułami sztuki. Na ekranie dokonuje się jakieś wzruszające przekazanie pokoleniowej pałeczki, syn zaczyna uczyć ojca, a ten z dumą czuje, że jego rodzicielski wysiłek nie poszedł na marne.
Kandydaci mają premierę w momencie, gdy dyskusja wokół męskości, praw mężczyzn, kultury zostawiającej mężczyzn i chłopców w tyle przybiera wyjątkową temperaturę, często zmieniając się w kolejny front kulturowej wojny. Film Cuskego jest tak daleki od wojennych emocji, jak tylko można to sobie wyobrazić. Nie w nim cienia mizoginicznego resentymentu, a przy tym dokument jest czymś w rodzaju bezpiecznej przestrzeni dla mężczyzn i chłopców, pozytywną propozycją męskości, daleką od toksyn manosfery, idealnym filmem dla synów do obejrzenia w towarzystwie ojców.
Wszystko to zostaje nam w dodatku podane bez publicystycznych tez, polemicznego czy pedagogicznego zacięcia, w filmowej formie, na którą nie sposób głęboko emocjonalnie nie odpowiedzieć.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!