W Ngong pod Nairobi zawalił się ośmiopiętrowy budynek, a spod gruzów przez cztery dni wydobywano ciała robotników. Można napisać, że to kolejna budowlana katastrofa w Kenii. Ale słowo „kolejna” za bardzo ją oswaja. Bo w Nairobi i jego satelickich miejscowościach zawalenia nie są wypadkiem przy pracy szybko rosnącego miasta – są jednym z kosztów jego wzrostu. Miasta, które rozbudowuje się szybciej, niż państwo potrafi je skontrolować, i szybciej, niż jego mieszkańców stać na bezpieczny dach nad głową.
Zanim ratownicy weszli na rumowisko, musieli ocenić, czy to, co jeszcze stoi, za chwilę nie runie na nich. Obok zawalonego budynku w Ngong stały kolejne – równie wysokie, równie ciasno wbite w siebie, równie podejrzane. Koparka mogła pomóc, ale mogła też uruchomić następną katastrofę. Dlatego beton rozbierano rękami, kawałek po kawałku, przy asyście licznych gapiów.

— To była prawdziwa operacja ratownicza, nie ćwiczenie – mówi Albert Kościński, polski instruktor Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), który był na miejscu i wspierał działania ratowników. Ale katastrofa przypominała też, że dzisiejsze Nairobi rośnie za cenę, którą najpierw płacą najbiedniejsi.
Ofiary pod gruzami
Pod gruzami ośmiopiętrowca wciąż znajdowali się ludzie. Zespół USAR (Urban Search and Rescue) – wyspecjalizowana grupa ratowników miejskich, szkolonych przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych RP i złożona ze strażaków z Nairobi i Kiambu – wiedział, że liczy się każda minuta. Pracowali dzień i noc, w warunkach, które nawet dla doświadczonych strażaków były skrajnie niebezpieczne.
– Mieliśmy prawdziwe ofiary, prawdziwe zagrożenia i ogromną presję społeczną – wspomina Kościński. Wokół katastrofy gromadzili się mieszkańcy, rodziny ofiar i przedstawiciele lokalnych władz.
Strażacy postanowili wykonać dodatkowe, utrzymujące nadwyrężoną konstrukcję podpory z drewna, co pozwoliło bezpiecznie kontynuować prace. Gideon Owiti, lider zespołu USAR z Nairobi, wspomina, że nie mieli nawet planów konstrukcyjnych budynku.
– Musieliśmy polegać na informacjach od mieszkańców. Każdy szczegół mógł pomóc ustalić, gdzie byli robotnicy – mówi Owiti.
Cena błyskawicznej urbanizacji
Kenijskie media i organizacje pozarządowe od lat alarmują o powtarzających się katastrofach budowlanych, jednak nikt nie zbiera skrupulatnych danych na temat skali zjawiska, a doniesienia zawsze skupiają się na jednej konkretnej katastrofie i jej ofiarach. Z pewnością jednak mowa o dziesiątkach osób rocznie, a liczba ta zdecydowanie odbiega od normy.
– Polska, ale i w UE jest tak samo, jeśli dochodzi do katastrofy budowlanej, to gdy mowa o ofiarach to są to pojedyncze przypadki. Oczywiście znamy przypadki masowych zdarzeń jak ta z Gdańska w 1995 roku (22 ofiary śmiertelne) czy Chorzowa z 2006 roku (65 ofiar). Jednak, gdy mowa o takich częstszych zdarzeniach, by nie mówić regularnych, to ofiar jest bardzo mało, a przyczyną głównie są wybuchy gazu. W Keni te budynki w większości przypadków walą się z przyczyn technicznych co w Polsce prawie w ogóle nie ma miejsca – mówi Rafał Własinowicz, który jest jednym z twórców kenijskiego zespołu USAR.
Przyczyny są różne: nielegalne nadbudowy, słabe fundamenty, korupcja przy wydawaniu pozwoleń, a czasem po prostu pośpiech albo próba wiązania końca z końcem przez mieszkańców. Tak jak w czerwcu, gdy zawalił się częściowo spalony budynek w Gikomba we wschodnim Nairobi, który pogrzebał dwóch chłopaków w wieku 14 i 17 lat. Najprawdopodobniej chcieli odzyskać pręty ze zbrojeń, żeby potem je sprzedać.
Tylko w ostatnich latach w regionie Nairobi doszło do dziesiątek podobnych wypadków. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej zawaliły się inne budynki w South C i przy Ngong Road, w sumie raniąc i zabijając kilkanaście osób.

Katastrofa w South C jest emblematycznym przykładem. Pracownicy z Architectural Association of Kenya wskazywali na poważne zaniedbania w zatwierdzeniach, nadzorze i egzekwowaniu przepisów, nazywając zawalenie „tragedią, której można było uniknąć”. Inna instytucja, National Construction Authority, w audycie przeprowadzonym w 2015 roku wskazywała, że 58 proc. budynków w Nairobi nie nadawało się do zamieszkania.
Nic nie wskazuje, że miało się to zmienić, ponieważ Nairobi rośnie w tempie, które wyprzedza planowanie. Według danych UN-Habitat nawet 75 proc. mieszkańców miasta żyje w osiedlach nieformalnych, gdzie zabudowa powstaje bez nadzoru i często z materiałów niskiej jakości. Co ciekawe, ten sam raport podkreśla, że te osiedla stanowią jedynie 5 proc. powierzchni całego miasta.
Tylko od początku 2026 roku ratownicy szkoleni przez Polaków uratowali już ponad dwadzieścia osób z zawalonych budynków czy studni. Szkolenia obejmują nie tylko wykorzystanie sprzętu, ale też zarządzanie logistyką, komunikacją i bezpieczeństwem na miejscu katastrofy. To elementy, które w Kenii wciąż wymagają systemowego wsparcia.
Pierwszy taki zespół w Afryce wschodniej
Właśnie w takich realiach powstał w Kenii zespół USAR. Polscy instruktorzy przygotowali ekipę do działań w gruzowiskach, stosując standardy międzynarodowe zgodne z metodami ONZ. Pierwszego taki zespół, Zaledwie kilka dni wcześniej w Kiambu, gdzie znajduje się centrum treningowe straży pożarnej, oficjalnie zainaugurowano utworzenie pierwszego zespołu.
– Projekt ten pokazuje, jak polska współpraca rozwojowa przekłada się na konkretne, ratujące życie rozwiązania. Dzięki wieloletniemu zaangażowaniu polskich instruktorów mogliśmy przekazać praktyczne doświadczenie, standardy operacyjne i systemy szkoleniowe, które są obecnie wdrożone w kenijskich służbach ratowniczych. Co istotne, jest to pierwsza tego typu wyspecjalizowana jednostka USAR w Kenii i jedna z pierwszych w regionie Afryki Wschodniej, wyznaczająca standard, który może zostać wykorzystany przez inne kraje – powiedział zaledwie kilka dni wcześniej Wojtek Wilk, prezes Fundacji PCPM, inaugurując działalność jednostki.
Światełko w tunelu?
– To ogromny sukces całej operacji – podkreśla Oliver Tambo po zakończeniu akcji ratowniczej w Ngong. Często, gdy zespół USAR przyjeżdżał na miejsce katastrofy, budynek był w całości zawalony, w tym przypadku było to częściowe. Mimo to zespół zabezpieczył odpowiednio budynek, wyciągnął ofiary samemu wychodząc bez szwanku mimo, że ryzyko było spore.

A dla Pamphilii Naswy, jednej z nielicznych kobiet uczestniczących bezpośrednio w działaniach technicznych, to także lekcja równości: kobiety też chcą pracować w gruzowisku, obsługiwać sprzęt i zdobywać doświadczenie. Nie można mówić o jednym zespole, jeśli część ludzi nie dostaje szansy, by pokazać swoje umiejętności.
Jednak USAR jest odpowiedzią na skutki, a nie na przyczynę, która trapi Nairobi. Kenijskie władze nie pozostają całkowicie bierne: po kolejnych katastrofach zarządzają audyty, wszczynają inspekcje, zawieszają prace na części budów i zapowiadają egzekwowanie norm. Problem polega na tym, że działania te wracają falami po następnych zawaleniach, podczas gdy ustalenia śledczych i nadzoru wciąż pokazują te same zaniedbania – brak zatwierdzonych planów, słaby nadzór i nieskuteczne egzekwowanie prawa.
Miasto się rozlewa, bo przybywa ludzi szukających pracy, o którą coraz trudniej na prowincji czy w mniejszych ośrodkach. Na wewnętrzną migrację wpływa też katastrofa klimatyczna, gdyż w biedniejszych państwach ciężej o adaptację do nowych warunków. Widzimy to na co dzień w Europie, gdzie wydajemy miliardy na adaptację: od budowy zbiorników po montowanie fotowoltaiki. W Kenii tych miliardów nie ma.
Dlatego katastrofy budowlane nie ustąpią, a śmiem twierdzić, że będzie ich coraz więcej. I niewielkim pocieszeniem jest fakt, że teraz poszkodowani w wyniku zawalenia mogą liczyć na pomoc ratowników, którzy niestety bardzo szybko zdobywają doświadczenie.
**
Jan Wysocki – miłośnik Bliskiego Wschodu i Dolnego Śląska. Zajmuje się polityką zagraniczną ze szczególnym uwzględnieniem Maszreku oraz zagadnieniami społecznymi. Z dziennikarstwem związany od 2019 roku, zawodowo pracuje w sektorze humanitarnym. Pisze reportaże. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim. W wolnej chwili z ekologicznym zacięciem urbanisty-społecznika aktywnie przeciwstawia się szerzeniu paradygmatu świętej przepustowości i pisze książki, których nigdy nie wydaje.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!