W ubiegłą sobotę byliśmy całą rodziną na berlińskim Christopher Street Day: tęcza, muzyka, tłum, znajomi, dzieci. Mój zwykły Berlin w swojej najbardziej berlińskiej wersji. Chaotyczny, uśmiechnięty, głośny i przekonany, że każdy może tu być tym, kim jest.
Kilka godzin po tym, jak opuściliśmy wydarzenie, 21-letni Abdul Ballout wjechał samochodem w ludzi w Tiergarten. Zginęła 65-letnia Polka, która przyjechała na paradę z córką. 29 osób zostało rannych. Ballout został zastrzelony podczas policyjnej obławy. Na jego telefonie znaleziono nagranie, na którym zamaskowany mężczyzna – według prokuratury najprawdopodobniej sam zamachowiec – składa przysięgę wierności „Państwu Islamskiemu”.
Od tego czasu dostaję sporo wiadomości z pytaniem o to, czy w końcu „połączyłam kropki”. Czy wreszcie widzę związek między przyjmowaniem uchodźców do Europy a zamachami terrorystycznymi?
No więc: kropki łączę. Tylko trochę inne.
Pierwsza kropka jest taka: Abdul Ballout nie przyjechał do Niemiec podczas „kryzysu uchodźczego”. Urodził się w Berlinie. W Berlinie się wychował. Był obywatelem Niemiec, choć jego rodzina ma libańskie korzenie. Chodził do niemieckiej szkoły, mówił po niemiecku, mieszkał w Schönebergu. Kiedy Angela Merkel wypowiadała swoje słynne „Wir schaffen das”, on był dzieckiem.
A jednak się zradykalizował. Tu zaczyna się rozmowa dużo ciekawsza – i znacznie bardziej niewygodna – niż kolejne wezwania do zamknięcia europejskich granic.
Państwo niemieckie wiedziało
Ballout nie pojawił się na radarze niemieckich służb w sobotę wieczorem. W 2022 roku sąd dla nieletnich skazał go za pobicie i rozbój – czyny, których dopuścił się jeszcze jako nastolatek. W czerwcu 2024 roku dwukrotnie umieścił na Instagramie zakazaną propagandę „Państwa Islamskiego”. W drugiej połowie 2025 roku podjął próby przyłączenia się do walki zbrojnej. W maju próbował wyjechać z Niemiec, a następnie poleciał przez Turcję do Libanu, zamierzając przedostać się dalej do Syrii, by dołączyć do ISIS. W Libanie kontaktował się z ludźmi, których uważał za członków organizacji. W lipcu został tam aresztowany, stanął przed sądem wojskowym i spędził trzy miesiące w więzieniu. Po powrocie do Niemiec w listopadzie 2025 roku zatrzymano go na lotnisku BER.
12 maja 2026 roku sąd w Berlinie skazał go na rok i dziesięć miesięcy za planowanie dopuszczenia się ciężkiego przestępstwa zagrażającego państwu oraz rozpowszechnianie propagandy ISIS. Decyzja została odroczona na sześć miesięcy, areszt uchylono i objęto Ballouta między innymi nadzorem kuratora. Prokuratura się odwołała, żądała wyższej kary i dalszego aresztu. 3 lipca, trzy tygodnie przed zamachem, policja znowu przeszukała jego mieszkanie – tym razem wobec podejrzenia naruszenia ustawy o posiadaniu broni. Znaleziono zabawkowy pistolet i postępowanie umorzono.
Według informacji „Tagesspiegla” jeszcze pod koniec maja niemieckie centrum antyterrorystyczne GTAZ kwalifikowało Ballouta jako osobę wysokiego ryzyka (kategoria czerwona). Ballout nawiązał także kontakt z Violence Prevention Network, organizacją pracującą z ludźmi wychodzącymi ze środowisk ekstremistycznych. Doradcy zapamiętali go jako człowieka bardzo opanowanego, ostrożnego, kontrolującego się i uprzejmego.
A potem wsiadł do samochodu.
Jak to możliwe, że młody człowiek, który publikował propagandę ISIS, próbował dołączyć do ISIS, został aresztowany za granicą, wrócił do Niemiec w kajdankach, spędził miesiące w areszcie, został skazany za przygotowywanie ciężkiego przestępstwa zagrażającego państwu, znajdował się na radarze służb i miał kontakt z programem deradykalizacyjnym – kilka tygodni później mógł dokonać zamachu w samym centrum Berlina?
Terrorysta nie zawsze przekracza granicę
Od lat pracuję w obszarze radykalizacji, z ludźmi, którzy są na nią szczególnie podatni. Radykalizacja może być islamistyczna, chrześcijańska, skrajnie prawicowa albo skrajnie lewicowa. Ideologie są różne. Nie chcę ich ze sobą zrównywać, bo mają różne historie, cele, inna jest skala przemocy. Ale pewien mechanizm się powtarza.
Coraz bardziej fundamentalistyczne poglądy. Coraz szczelniejsze zamknięcie na inne perspektywy. Podział świata na „nas” i na „nich”. Poczucie krzywdy. Przekonanie o swojej moralnej wyższości. W końcu: zgoda na przemoc jako metodę działania. To nigdy nie kończy się dobrze. Niezależnie od tego, czy radykał trzyma w ręku Koran, Biblię, manifest polityczny czy flagę.
Radykalizacji można zapobiegać. Można ograniczać prawdopodobieństwo, że młody człowiek w ogóle wejdzie na tę ścieżkę. Zamknięcie granic nie rozwiąże problemu z osobami, które radykalizują się już tutaj, na miejscu.
Niedawno rozmawiałam o tym z amerykańskim reporterem Jacobem Kushnerem, autorem książki Biały terror. Neonaziści w Niemczech. Powiedział mi coś, co po zamachu w Berlinie uderza jeszcze mocniej: – W Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w Niemczech, Wielkiej Brytanii i prawdopodobnie również w Polsce, większość dzisiejszych aktów terroryzmu jest popełniana przez krajowych ekstremistów.
Znacznie łatwiej wyobrażać sobie terrorystę jako kogoś, kto przychodzi z zewnątrz. Przekracza granicę, przepływa morze, wysiada z pociągu. Ma inny paszport, inny kolor skóry, inne nazwisko.
Co jednak zrobić z terrorystą, który urodził się trzy przystanki od nas? Co zrobić z neonazistą z Turyngii? Co zrobić z Niemcem, który w Hanau w 2020 roku zamordował dziewięć osób o migranckich korzeniach? Albo ze skrajnie prawicowym zamachowcem z Halle, który w święto Jom Kippur w 2019 roku usiłował wedrzeć się do synagogi, a kiedy to się nie udało, zabił przypadkowe osoby? Co zrobić z NSU – niemiecką organizacją neonazistowską, która przez lata mordowała ludzi przede wszystkim dlatego, że miała ich za obcych?
Po wspomnianych zamachach nikt nie sugerował, że rozwiązaniem problemu terroryzmu byłaby deportacja wszystkich białych niemieckich mężczyzn. Natychmiast rozumiemy, że to idiotyzm. Rozumiemy, że odpowiedzialność za zamordowanie dziewięciu osób ponosi sprawca, jego ideologia, środowisko radykalizacji i – tam, gdzie zawiodły – instytucje państwa. Nie miliony ludzi mających taki sam jak on kolor skóry.
Dlaczego więc ta oczywista zasada przestaje być oczywista, kiedy terrorysta okazuje się być muzułmaninem? Nasz przestępca jest jednostką. Ich przestępca jest kulturą. To jedna z najciekawszych sztuczek, jakie wykonuje nasz mózg: kiedy przestępstwo popełnia ktoś, kogo uznajemy za „swojego”, szukamy przyczyn indywidualnych: był pijany, agresywny, miał zaburzenia, pochodził z marginesu. On. Grupa pozostaje niewinna.
Kiedy sprawcą jest ktoś należący do grupy, którą wcześniej uznaliśmy za „obcą”, bardzo łatwo przeskakujemy z jednostki na zbiorowość. Muzułmanin dokonuje zamachu: winny staje się islam. Ukrainiec popełnia przestępstwo: winna jest ukraińska diaspora. Migrant dopuszcza się przemocy: dyskutujemy o migracji i zamykaniu granic.
To działa również w drugą stronę – wobec ofiar.
Gdy dowiedzieliśmy się, że kobietą zamordowaną w Berlinie była Polka, dla wielu osób w Polsce ta śmierć natychmiast stała się bliższa. Rozumiem to. Tak działa identyfikacja. „Nasza” ofiara ma imię, wiek, córkę, miasto, historię. Problem zaczyna się, kiedy „obca” ofiara staje się już tylko kategorią. Syryjczyk. Afgańczyk. Migrant. Muzułmanin. Uchodźca.
Przez lata mordowano w Niemczech ludzi o migranckich korzeniach, a policja bardzo długo szukała wyjaśnień w ich własnych środowiskach. Po zamachu bombowym NSU na Keupstraße w Kolonii śledczy początkowo rozważali terroryzm. Kiedy jednak okazało się, kim są ofiary, ciężar podejrzeń przesunął się w stronę „mafijnych porachunków”. Zmieniła się tożsamość ofiar, zmieniło się wyobrażenie o sprawcy. W jednej ze spraw świadkini mówiła nawet o dwóch białych mężczyznach odjeżdżających na rowerach. Jeden ze śledczych miał odrzucić trop pytaniem: kto widział nazistę na rowerze? Okazało się, że naziści jednak jeżdżą na rowerach. To zabawna anegdota, ale tylko do momentu, w którym przypomnimy sobie, że ta ślepota kosztowała ludzi życie.
Najpierw jest szesnastolatek
Kilka miesięcy temu rozmawiałam z wysokim rangą berlińskim policjantem o przestępczości wśród młodych osób z migracyjnym pochodzeniem. Mówił o ludziach przyjeżdżających z terenów objętych konfliktami, czasem bez rodziny, nierzadko z głęboką traumą. O chłopcach, którzy Europy po raz pierwszy doświadczają na granicy, gdzie z góry są traktowani jak zagrożenie. Potem w ośrodkach, przez lata czekania na decyzję o własnym pobycie lub połączenie z rodziną.
Bardzo szybko dostają od społeczeństwa lekcję: jesteś obcy, jesteś problemem i najlepiej byłoby, gdybyś wrócił „do siebie”. W internecie jest jeszcze gorzej. Czytają, że są gwałcicielami. Pasożytami. Podludźmi. Że obcują z kozami. Że nic nie znaczą. Że Europa byłaby lepsza bez nich.
Wyobraźmy sobie szesnastolatka, którego zjada wściekłość i poczucie niesprawiedliwości, który czuje się bezwartościowy. Nie wie, gdzie ani do kogo należy, nie radzi sobie z własnymi emocjami. Wtedy ktoś mówi: bracie, ja wiem, kim jesteś. Nie jesteś nikim. Jesteś ważny. Nie jesteś zagubiony, jesteś wojownikiem. Nie jesteś upokorzony. Jesteś jednym z wybranych. A oni? Gardzą tobą, bo są twoimi wrogami.
Organizacje ekstremistyczne nie mogłyby wymarzyć sobie żyźniejszego gruntu. Islamistyczne czy neonazistowskie – wszystko jedno. Radykalizacja daje coś, czego temu młodemu człowiekowi dramatycznie brakuje: tożsamość, wspólnotę, znaczenie oraz winnego.
Nie próbuję usprawiedliwić przemocy, nie szukam dla niej wymówek. To próba zrozumienia – bez tego utkniemy jako społeczeństwo. Rozumienie nie oznacza rozgrzeszania. Lekarz, który chce zatrzymać chorobę, też musi wiedzieć, skąd się ona bierze. Nie oznacza to, że kibicuje wirusowi czy nowotworowi. Jeżeli naprawdę chcemy zapobiec kolejnym zamachom, musimy interesować się tym, co dzieje się na długo przed chwilą, w której człowiek wsiada do samochodu i jedzie zabijać.
Skrajna prawica po każdym islamistycznym zamachu mówi: oto dowód, że mieliśmy rację. Migranci są zagrożeniem. W tym samym czasie islamiści szepczą młodym muzułmanom: widzicie? Oni was nienawidzą i nigdy nie zaakceptują. Możecie się urodzić w Berlinie, mówić doskonałym niemieckim, mieć niemieckie obywatelstwo – dla nich zawsze będziecie nikim.
Każdy rasistowski komentarz jest dla islamisty materiałem rekrutacyjnym. Każdy islamistyczny zamach jest dla skrajnej prawicy spotem wyborczym. Jedni mówią: oni nigdy was nie zaakceptują. Drudzy: nigdy nie będziecie jednymi z nas. Pomiędzy nimi stoi nastolatek wpatrzony w ekran telefonu.
Asymetria języka
Kushner zwrócił mi uwagę na jeszcze jeden problem: asymetrię języka. Zanim jednak zaczniemy analizować słowa, warto przyjrzeć się czemuś jeszcze bardziej podstawowemu – asymetrii uwagi.
Badanie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazało, że zamachy terrorystyczne dokonane przez muzułmanów otrzymywały średnio o 357 proc. więcej zainteresowania mediów niż ataki sprawców kierujących się innymi ideologiami.
To nie znaczy, że media powinny mniej pisać o islamistycznych zamachach. Powinny informować o nich rzetelnie i bez przemilczeń. Problem zaczyna się wtedy, gdy sposób relacjonowania rzeczywistości tworzy w naszych głowach fałszywą statystykę. Skoro na pierwszych stronach gazet i w paskach serwisów informacyjnych najczęściej widzimy terrorystę-muzułmanina, zaczynamy wierzyć, tym bardziej wydaje nam się on reprezentatywny.
Dlatego zbyt łatwo rozpoznajemy terroryzm tam, gdzie pasuje do naszej opowieści, a zbyt późno dostrzegamy go tam, gdzie tę opowieść burzy. Kushner ujął to bardzo precyzyjnie: „Problem zaczyna się wtedy, gdy jedne motywacje są stale podkreślane, a inne pozostają niewidzialne”.
Islamistyczny charakter ataku Ballouta trzeba więc nazwać. Bez „ale”. Nie ukrywać jego pochodzenia. Nie udawać, że ISIS nie ma nic wspólnego z islamistycznym fundamentalizmem. Nie rozwadniać odpowiedzialności sprawcy. Ale trzeba zrobić jeszcze jedną rzecz: stosować dokładnie tę samą miarę wobec wszystkich ekstremizmów.
Jeżeli terrorystą nazywamy islamistę mordującego ludzi w imię swojej ideologii, tak samo powinniśmy nazywać białego suprematystę zabijającego dlatego, że ktoś jest Żydem, muzułmaninem albo ma ciemniejszy kolor skóry. Jeżeli mówimy o islamistycznym terroryzmie, mówmy również o terroryzmie skrajnej prawicy. Nie dlatego, że oba zjawiska są identyczne, lecz dlatego, że wobec przemocy motywowanej ideologią nie powinniśmy zmieniać definicji w zależności od tego, kto pociąga za spust.
I co teraz?
Co możemy zrobić? Inwestować w szkoły i edukację. Uczyć dzieci, że świat nie jest czarno-biały. Rozwijać programy zapobiegania radykalizacji i wychodzenia ze środowisk ekstremistycznych. Dawać nauczycielom, pedagogom, policjantom i pracownikom socjalnym narzędzia potrzebne do rozpoznawania momentu, kiedy radykalizacja dopiero się zaczyna. Pracować z rodzinami. Zapewniać młodym ludziom pomoc psychologiczną. Wymagać od służb wymiany informacji. A także bardzo poważnie zastanowić się nad odpowiedzią na pytanie, dlaczego człowiek uznawany za jednostkę wysokiego ryzyka znalazł się na wolności kilka tygodni przed zamachem. To wszystko jest kwestią bezpieczeństwa.
Kwestią bezpieczeństwa jest także to, żeby dziecko urodzone w Niemczech nie dowiadywało się przez całe życie, że tak naprawdę nigdy Niemcem nie będzie.
Każda stanowcza reakcja na język pogardy odbiera radykałom nieco paliwa. Każda szkoła, w której dziecko czuje, że naprawdę przynależy. Każdy policjant, który potrafi jednocześnie egzekwować prawo i traktować człowieka z godnością. Każdy streetworker. Każdy psycholog. Każdy mądry program deradykalizacyjny. Każde państwo, które potrafi zareagować wtedy, kiedy człowiek przestaje być tylko zagubionym nastolatkiem, a staje się realnym zagrożeniem.
Jacob Kushner powiedział mi też, że w ostatnich latach coraz mniej interesuje go pytanie, skąd bierze się ekstremizm, a coraz bardziej to, dlaczego społeczeństwa tak często nie chcą ekstremizmu dostrzec, nawet kiedy mają go przed oczami.
Nienawiść nie jest żywiołem, nad którym nie mamy kontroli. Radykalizacja nie spada z nieba ani nie przypływa pontonem – to proces społeczny i psychologiczny. Żeby go przerwać, najpierw trzeba przestać udawać, że zaczyna się na granicach. Czasem zaczyna się w europejskiej szkole, w niemieckim mieszkaniu. Na Instagramie. W poczuciu odrzucenia, w poczuciu bezkarności, w zaniedbaniu.
Najniebezpieczniejsza granica nie zawsze przebiega między państwami. Czasem przebiega między człowiekiem a społeczeństwem, do którego przestaje wierzyć, że należy.
**
Anna Alboth – dziennikarka, aktywistka i ekspertka od mediów, migracji i praw człowieka. Od ponad 15 lat pracuje na europejskich granicach i w miejscach kryzysów humanitarnych, łącząc reportaż z rzecznictwem i odpowiedzialnym opowiadaniem o ludziach. Global Media Officer w Minority Rights Group, współinicjatorka Grupy Granica i Civil March for Aleppo. Mieszka między Warszawą a Berlinem.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!