Być może zbliżamy się do momentu, w którym obrzydzenie do FIFA osiągnie taki poziomu, że organizacja będzie musiała wytoczyć ciężkie działa, by udobruchać vox populi. Na przykład pozbywając się symbolu służalczości i korporacyjnej obślizgłości, jakim stał się jej prezes Gianni Infantino.
A może jednak nie. W końcu FIFA jako prywatna organizacja tak zmonopolizowała świat piłki nożnej, że państwom nawet przez myśl nie przechodzi, aby założyć sobie najpierw własną UEFA w ramach UE, a potem własną FIFA w ramach, dajmy na to, ONZ.
Dlatego nie przesadzałbym z optymizmem. Międzynarodowy ruch kibicowski jest niezorganizowany, histeryczny i wewnętrznie skłócony. W dodatku popada w obsesję teorii spiskowych, gdzie już nawet oczywiste faule (jak ten Marawana Attii z Egiptu na argentyńskim obrońcy Lisandro Martinezie) są wypierane w imię zakładania foliowej czapeczki. FIFA może więc spać spokojnie i planować kolejne zmiany. Na przykład dalsze rozszerzenie mundialu – z 48 do 64 drużyn.
Elitaryści kontra partycypanci
Oczywiście naiwnym byłoby sądzić, że sam pomysł wynika wyłącznie ze szlachetnych pobudek. Powiększenie mundialu to więcej pieniędzy i więcej głosów od krajowych delegatów związków piłkarskich dla obecnego kierownictwa. Sęk w tym, że nawet jeśli dana zmiana jest motywowana dość mało etycznymi pobudkami, to nie znaczy, że z definicji jest zła. W końcu cały współczesny świat poszedł do przodu także dlatego, że chciwe koncerny wynajdowały leki dla zysku, a wojsko, doskonaląc techniki zabijania ludzi, przy okazji ładowało miliardy w postęp techniczny.
Jednocześnie jestem w stanie przewidzieć, iż przeciwników powiększania mundialu – z i tak już ponoć rozdętego turnieju z 48 drużynami do 64 reprezentacji – będzie przybywać. To także nic nowego. Spór o rozszerzenie mundialu czy każdej innej imprezy sportowej – czy to przez zwiększenie liczby drużyn, czy zwiększenie liczby dyscyplin sportowych na igrzyskach – jest w istocie kolejną odsłoną sporu między „elitarystami” a „partycypantami”.
W pewnym uproszczeniu elitaryści uważają, że dobrem samym w sobie jest poziom sportowy, w tym przypadku piłkarski. A więc im mniej drużyn i ostrzejsza selekcja, tym poziom wyższy. „Partycypanci” przekonują z kolei, że dobrem samym w sobie jest uczestnictwo, a więc partycypacja w wydarzeniu sportowym. Że jego rola społeczna, polityczna, ideologiczna, wreszcie rozrywkowa, jest ważniejsza niż poziom samej gry i wygrana, będąca tylko efektem ubocznym udziału. W końcu wszystkie drużyny poza jednym zwycięzcą są, w myśl punktacji danej gry, przegranymi. Gdyby więc wynik traktować jako jedyne kryterium oceny zasadności gry, mielibyśmy do czynienia z wiecznymi igrzyskami przegrywów.
Dodatkowo jest pewną ułudą, że wysoki poziom sportowy dostarczy równie wysokich emocji. Kibice znają to pod pojęciem „piłkarskich szachów”, gdy obie strony grają na tak wysokim poziomie, iż szachują się nawzajem, a idealnie bezbłędny taktycznie mecz po obu stronach jest przecież meczem na 0:0. Zresztą mecze grupowe na obecnym mundialu pokazały, że trudno o regułę. Republika Zielonego Przylądka w grupie okazała się o wiele bardziej emocjonującą drużyną do oglądania niż Paragwaj, wieczny uczestnik mundiali, w meczu z Francją.
Elitarystów można więc sprowadzić do egoistycznego punktu widzenia, podczas gdy „partycypanci” wykazują się pewną empatią, nawet jeśli czasami podszytą cichą, egoistyczną nadzieją, że ich drużyna narodowa, na przykład Włochy, wreszcie się na mundial załapie.
W trosce o formę
Czasami jednak także u elitarystów mamy do czynienia z pewną empatyczną retoryką, w myśl której zbyt wiele meczów piłkarskich nie tylko obniży poziom, ale też narazi zdrowie piłkarzy.
W istocie nie chodzi jednak o zdrowie samych zawodników, a raczej o dyskomfort oglądania swoich gladiatorów w nienajlepszej formie albo nawet o ich niechcianą absencję. Owszem, problem zwiększania liczby meczów przez postępującą komercjalizację jest istotny, ale w przyszłości doprowadzi pewnie do możliwości wprowadzenia nieograniczonej liczby zmian, podobnie jak ma to miejsce w innych grach zespołowych (hokej, koszykówka, siatkówka). Niemniej już teraz, także dbając o zdrowie piłkarzy, można postulować poszerzenie kadry narodowej o dodatkowych 5-6 zawodników.
Można także zauważyć, iż większa liczba spotkań pozwoli wreszcie trenerom reprezentacji rotować składem. Dokładnie tak, jak robił to chociażby trener Norwegów. Zauważmy, że im mniejsza liczba zespołów, tym mniejsze pole do straty punktów; im trenerzy mniej rotują, tym częściej gra tzw. żelazna jedenastka.
Zresztą nawet na obecnym, rozdętym mundialu tacy piłkarze jak Martin Zubimendi czy Rayan Cherki nie grali w fazie pucharowej wcale albo prawie wcale. Dłuższy mundial (pod względem liczby spotkań, a nie odległości do pokonania) dałby więc możliwość uczestniczenia w grze większej liczbie piłkarzy. I także to jest zgodne z postulatami partycypacji. Tym razem pojedynczych piłkarzy, a nie tylko całych drużyn.
Fetysz elitarności to problem dla Polski
Wreszcie u elitarystów pojawia się pogląd, że nie da się całego tego mundialu oglądać, bo meczów jest za dużo. A do tego są nudne. Tyle że nie ma obowiązku oglądania wszystkich spotkań. To prawdopodobnie pozostałość po latach 90., gdy w telewizji, niechby i kablowej, nie było transmisji poszczególnych lig piłkarskich i wówczas rzeczywiście to mundial albo Euro dawały możliwość obejrzenia danego zawodnika na żywo.
Teraz już tak nie jest. Tak jak nie musisz oglądać wszystkich spotkań w Lidze Mistrzów, Lidze Konferencji czy Pucharze Polski, tak nie musisz oglądać wszystkich podczas mundialu. Zwłaszcza że akurat mecz Polska-Ekwador nie musi postronnym kibicom wydawać się ciekawy, nawet przy mundialu z małą liczbą drużyn.
Fetyszyzowane, elitarystyczne podejście do uczestnictwa w wydarzeniach sportowych jest strzałem w stopę polskiego, mocno słabującego sportu. Gdyby nie poluzowanie zasad w stronę awansu z drugiego miejsca (eliminacje do Euro) albo zwiększenie puli miejsc dla Europy (mundiale), polska reprezentacja podzieliłaby smutny los kadry z przełomu lat 80. i 90. A gdyby nie dodanie wspinaczki na czas do dyscyplin olimpijskich, nie byłoby ani jednego złota w Paryżu.
Polscy kibice, zwłaszcza piłkarscy, powinni to brać pod uwagę. Po odejściu pokolenia Lewandowskiego i Zielińskiego bez powiększenia mundialu do 64 drużyn o awans może być bowiem jeszcze trudniej. I nagle okaże się, że sama partycypacja bez szans na końcowe zwycięstwo też jest ważna.







!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!