Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Bezdomne, wolno żyjące i wypuszczane. Konflikty kociarskich plemion, w których cierpią koty

Jedni chcą koty bezdomne nazywać wolno żyjącymi, drudzy – wolno żyjące bezdomnymi, jeszcze inni – wolno żyjące wychodzącymi. Są też tacy, którzy nazywają wychodzące szczęśliwymi. Sytuacja kotów jest skomplikowana, a bogate polskie tradycje myśliwskie tylko ją pogarszają.

Pięć kotów-dachowców podczas jedzenia na miejskim chodniku
2
Walka

Według danych Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) każdego roku ofiarą kotów pada 631 mln ssaków i 144 mln ptaków. Nawet te przerażające, abstrakcyjne liczby w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwiają jednak przemocy względem kotów, która znajduje rzekomą legitymizację w mylnym przeświadczeniu o obecności Felis catus na liście Inwazyjnych Gatunków Obcych UE, a niekiedy nawet systemowej eksterminacji kotów prowadzonej na świecie.

Gatunek inwazyjny? Tak, ale chroniony przez prawo

Kwestię IGO w naszym kraju regulują specjalna ustawa z 2021 roku o gatunkach obcych oraz rozporządzenia rady ministrów stanowiące odbicie unijnej wykładni przepisów w tej kwestii. Wobec zwierząt i roślin znajdujących się na liście IGO mogą być podejmowane brutalne kroki ograniczające ich wpływ na środowisko. W eliminacji gatunków mają przodować samorządowcy – wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast. Metody zwalczania, dostosowane do specyfiki gatunku, określa Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Na liście gatunków stwarzających zagrożenie dla Polski jest 31 pozycji. Wśród nich bizon, bóbr kanadyjski czy szczeżuja chińska, ale nie kot domowy.

Jak wskazuje działacz Rafał Maciaszek, który zwrócił się z prośbą o ekspertyzę do Komisji Europejskiej, kot domowy ma status inwazyjnego gatunku obcego ze względu na fakt, że jako zwierzę udomowione nie posiada swojego naturalnego habitatu w UE. Podkreślam jednak, że na liście – ani ogólnej unijnej, ani polskiej – kota nie ma. Oznacza to, że nie stosuje się wobec niego procedur odłowu czy eliminacji.

Czytaj także Szczur, czyli życie niegodne życia. Jak zakończyć barbarzyństwo? Jacek Adamiec

Kot faktycznie figuruje w spisie gatunków inwazyjnych, ale tym sporządzonym przez Instytut Ochrony Przyrody PAN. To potwierdza jego destrukcyjny wpływ na ekosystem, ale nie ma konsekwencji prawnych.

Tymczasem w Polsce żyje mnóstwo osób, które tylko czekają, by chwycić za wiatrówkę, karabin myśliwski czy czarnoprochowiec. W ich sercach pobrzmiewają echa wspaniałego okresu w dziejach polskiego łowiectwa, który trwał od 2002 do 2011 roku.Wtedy na terenie obwodów łowieckich można było strzelać do kotów i psów, gdy te znajdowały się przynajmniej 200 metrów od zabudowań. Pan Aleksander z Facebooka z rozrzewnieniem wspomina te czasy. Pan Piotr przypomina, że w Czechach „kot 150 m od zabudowań robi za tarcze strzelecką, tam się je bezlitośnie tępi”, a pan Ireneusz zapewnia, że u niego już koty wystrzelali. Pan Wiesiek sugeruje działalność skrytobójczą: „Trza dachowców po cichu się pozbywać”. Wszystkie te komentarze znalazłem na stronie Opolskiego Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Avi”.

Krwawe sny

Niektórym śni się ostateczne rozwiązanie. Pan Rafał ma nadzieję, że „wprowadzą u nas szybko to, co w Australii i Nowej Zelandii, wtedy skończy się wypuszczanie kotów samopas przez patokociarstwo”. W Australii do kotów strzela się obecnie dla sportu, organizowane są zawody dla dzieci w tej dyscyplinie (a nawet polowania charytatywne!), nagradza się zabójców największych osobników. Koty giną nie tylko od kul. Są też kiełbaski z trucizną i wymyślne urządzenia takie jak Felixer, które rozpoznają zbliżającego się kota i spryskują go zabójczą substancją. Zwierzę, które zaczyna się myć, umiera w kilka godzin na skutek niewydolności oddechowej.

Do 2020 roku Australijczycy planowali zabić 2 miliony kotów. W ambitnych planach Nowozelandczyków jest eksterminacja wszystkich kotów wolno żyjących do 2050 roku. Na gruncie moralnym rodzą się pytania – ile zwierząt możemy zabić dla ochrony innych zwierząt? Czy można wybijać istniejące wielkie populacje dla ochrony populacji niewielkich oraz tych, które trzeba reintrodukować?

Bezdomny albo wolno żyjący

W świetle prawa UE kot cieszy się pełnią praw do egzystencji. Stanowi o tym przede wszystkim ustawa z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt. Za znęcanie się nad zwierzęciem i zabicie go grozi od trzech do pięciu lat więzienia. Co więcej, deweloper czy spółdzielnia nie mają prawa przeganiać kotów czy utrudniać im dostępu do miejsc bytowania.

Zgodnie z ustawą zwierzęta wolno żyjące, czyli też koty, „stanowią dobro ogólnonarodowe i powinny mieć zapewnione warunki rozwoju i swobodnego bytu”. Za wolno żyjące uznaje się „zwierzę nieudomowione, żyjące w warunkach niezależnych od człowieka” (tu pojawia się poważna wątpliwość, bo kot został udomowiony przed tysiącami lat). Czym natomiast jest zwierzę bezdomne? To takie, które „zabłąkało się, uciekło lub zostało porzucone przez człowieka, a nie ma możliwości ustalenie właściciela lub opiekuna”.

W praktyce status kota często budzi wątpliwości, a poszczególne strony posługują się różnymi interpretacjami przepisów, żeby przerzucić odpowiedzialność na innych. Gmina, która uzna, że konkretne koty są kotami wolno żyjącymi, a nie bezdomnymi, nie musi wyłapywać ich do schroniska. Zgodnie z ustawą zapewnia im sterylizację lub kastrację (a przynajmniej powinna) oraz leczenie, ale po sterylizacji wypuszcza z powrotem na ulicę. Niekiedy organizuje też żywność, którą przekazuje opiekunom-wolontariuszom.

Z drugiej strony gmina może uznać, że koty wolno żyjące są kotami właścicielskimi. Kilka lat temu gmina Tuliszków odmówiła pomocy stadu 10 kotów, które zaczęły bytować w ogrodzie i piwnicy pewnej żyjącej z zasiłku schorowanej kobiety, ponieważ urzędnicy zarzekali się, że to koty właścicielskie, udomowione. Ostatecznie pomogła fundacja. Także z dostępnością opłacanej przez gminę sterylizacji poza dużymi miastami mogą być kłopoty. W przypadku mniejszych miejscowości weterynarz może przyjmować w sąsiedniej wsi, co rodzi problemy związane z wykluczeniem komunikacyjnym. Budżet na pomoc zwierzętom wolno żyjącym uchwalany jest każdego roku do końca marca, a gmina sterylizuje jedynie do wyczerpania środków.

Czytaj także Pies w celi. Bezdomne zwierzęta zamieszkają w zakładach karnych? Aleksandra Wiśniewska

Samo sformułowanie „kot wolno żyjący’ doprowadza do białej gorączki setki facebookowiczów, jakby nie było terminem opisowym, lecz waloryzującym i oznaczało „koty powstające z kolan i z dumą kultywujące swoją wolność” albo „koty równe żbikom”. A kot bezdomny to po prostu kot, który stracił dom. Kot wolno żyjący to taki, który nie miał nigdy domu, jest potomkiem kota bezdomnego lub innego wolno żyjącego. Jest zdziczały – owszem, zdziczały – choć i ten termin sceptycy chcą zarezerwować wyłącznie dla dzikich krewnych dachowca.

Rozsądnym argumentem wydaje się ten, że dorosły kot wolno żyjący nie poradzi sobie w zamknięciu w schronisku, może nawet w domu tymczasowym lub stałym. A co z kociętami? Takie zwierzę może być zarówno kotem wolno żyjącym, jak i domowym, jeśli odpowiednio szybko zostanie przysposobione. Niestety, w świetle prawa jako wolno żyjące kocięta nie mogą być zabierane z ich „naturalnego” środowiska. Mają dożyć swoich dni na ulicy, narażone na pasożyty wewnętrzne i zewnętrzne, koci katar, białaczkę i FIV, przedwczesną utratę zębów, węchu, smaku i słuchu na skutek przebytych infekcji.

Miasto dla wolno żyjących

Warszawa, Gdańsk, Poznań i wiele innych miast prowadzi kampanie informacyjne dbające o PR kotów żyjących na ulicach. Niekiedy nawet zachęcają mieszkańców do wstępowania w szeregi wolontariuszy dokarmiających i kontrolujących populacje żyjących na ulicach mruczków.

Oboje należymy do Kociej Opieki Terenowej w Poznaniu (KOT). W ramach działalności przez kilka lat dokarmialiśmy starą kotkę żyjącą na ulicy, uszczelnialiśmy jej domek itd. Gdy pojawił się nowy kot – zdradzający cechy zwierzęcia bezdomnego – zabraliśmy go do domu. Został do teraz. Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że dokarmiając kotkę przyczynialiśmy się do tragedii ptaków. Odpowiem, że ptakami również się opiekowaliśmy.

Niestety, zdarzało się, że gdy wyłapywaliśmy koty wolno żyjące do leczenia i kastracji, spotykaliśmy się z oddolnym oporem. Nieufność względem instytucji – w wielu przypadkach uzasadniona – przekłada się na kwestie związane z samorządowymi programami opieki nad kotami. Bywało, że mieszkańcy pobliskich bloków utrudniali znalezienie kota wymagającego pomocy i opieki dlatego, że nie byliśmy z fundacji, tylko z miasta. Wystarczyło dodać, że kot na leczenie pojedzie do schroniska, i oto mamy pełny obraz opresyjnej władzy, której należy się sprzeciwiać. Dlaczego jednak obciążać kosztami leczenia fundacje, skoro może pokryć je miasto? Nie zawsze też jest czas, by szukać pomocy wolontariuszy, czasem trzeba działać szybko, według schematów.

Zwaśnione kociarskie plemiona

Czy kociarze nie mogą żyć w zgodzie? Po jednej stronie barykady są ci, którzy chcieliby, żeby koty wolno żyjące zniknęły zarówno z porządku prawnego, jak i polskich ulic. To m.in. osoby zajmujące się ochroną przyrody. Jednak gdyby wszystkie koty żyjące na wolności zostały uznane za bezdomne, to czy powinny trafić do schronisk? Ile zostałoby poddanych eutanazji? Zbiorową wyobraźnię przejmuje idea altruistycznego zrywu fundacyjnego. Piękna wizja, w której koty z ulicy trafiają do kochających ludzi i z miejsca stają się domowe. Co z 9-letnimi kotami żyjącymi na śmietniku, w jakich mieszkaniach się odnajdą? I czy nagłe zamknięcie nie byłoby formą przemocy?

Czytaj także Latające szczury, skrzydlate demony. O nienawiści do gołębi Jacek Adamiec

Po przeciwnej stronie umocnili się obrońcy kotów żyjących w miastach, często korzystający z miejskiej pomocy w kwestii kastracji i dokarmiania podopiecznych. To ludzie, dla których koty są integralną częścią miejskiego ekosystemu. Możemy wyróżnić tu frakcję szukającą oparcia w samorządach oraz frakcję anarchistyczną.

Część orędowników kotów wolno żyjących idealizuje kocią wolność i tak jak ludzie w XIX wieku jak ognia unikali szpitali, tak oni przeklinają miejskich weterynarzy. Wolą niekiedy, żeby zwierzę umarło w naturze, choćby z głodu i w bólu, niż trafiło do miejskiego doktora Mengele czy zwierzęcego obozu koncentracyjnego. Albo ulica, albo fundacja – stawiają sprawę zero-jedynkowo, nie dopuszczając myśli, że w sytuacji zagrożenia życia w pierwszej kolejności trzeba myśleć o leczeniu, a później dopiero o komfortowych warunkach bytowych. Wypierają myśl, że w pewnych przypadkach uśpienie kota jest najlepszym rozwiązaniem.

Są w końcu – szczęśliwie w mniejszości – „patokociarze”, czyli przeciwnicy kastracji jako ingerencji w naturę, która ma dążyć do samoregulacji. Tymczasem w Lubinie w piwnicy pewnego bloku bezzębna stara kotka rodziła kolejne mioty. Kocięta spadały jej z półki, a że nie mogła ich przenosić, bo wylatywały z pozbawionego uzębienia pyszczka, umierały na betonowej posadzce. Wolontariusze z fundacji znaleźli kocią królową-matkę i kilka pokoleń kotów w różnym stopniu rozkładu. Ludzie przez lata korzystali z piwnicy i nikt nie pomyślał o sterylizacji kotki.

Jak pomóc miejskim kotom?

Sterylizacja i kastracja to nie tylko narzędzia regulacji populacji kotów wolno żyjących, ale też realna szansa na poprawienie jakości i długości ich życia. To jedyny sposób na humanitarne ograniczenie populacji kotów miejskich (i wiejskich). Dzięki wsparciu wolontariuszy i gmin mogłyby one dożyć swoich dni we względnym zdrowiu i komforcie, nie pozostawiając potomstwa. Oprócz wolontariuszy potrzebni są jednak także „cywile”, ludzie, którzy na widok chorego kota są w stanie pomagać sami z siebie, nie czekając na wsparcie z zewnątrz – ubrudzić się, poranić w krzakach, zedrzeć kolana i dać się podrapać, zamiast kazać wszystkim „zabezpieczać kota” na grupach na Facebooku. Choć i taka presja nie jest bez znaczenia.

Uliczne dachowce należy chronić przed nienawiścią, która spada na nie z powodu właścicieli świadomie wypuszczających swoje koty. Jedynym rozwiązaniem tego problemu wydają się czipowanie i wysokie kary finansowe, a także edukacja. Przykro mi, fellow miłośnicy przyrody – jeśli chcemy ograniczyć ilość wypuszczanych na żery kotów właścicielskich, lepsze rezultaty przyniesie kampania ukazująca makabryczne obrazki z jezdni niż statystyki zabitych ptaków, wiewiórek i nietoperzy. Strach przed utratą zwierzęcia jest silniejszym motywatorem niż troska o bioróżnorodność.

W idealnym świecie doczekalibyśmy się też potrzebnych zmian legislacyjnych. Na początek należałoby się zająć kwestią nielegalności udomowienia kotów zrodzonych z wolno żyjącej matki. Dalej trzeba by dopuścić możliwość prób udomawiania tych, które przejawiają skłonność do przebywania w bliskości człowieka – tu do wykonania byłby ogrom pracy behawioralnej. Należy w końcu nachylić się nad pojęciami z ustawy, które rodzą niejasności i skłaniają niektórych do kontestowania przepisów – choćby warunku nieudomowienia jako koniecznego, by uznać zwierzę za wolno żyjące.

Na razie wojenki między przeciwnikami i sympatykami kotów – jak również tarcia w obozach zwolenników – nie słabną. Kot jednak nie powinien być przyczyną polaryzacji światopoglądowych. To po prostu zwierzę, którego sytuacja w miastach wymaga konkretnych rozwiązań: etycznych, zgodnych z aktualną wiedzą naukową i behawioralną, a przy tym legalnych i powszechnie egzekwowanych.

Kot ulicznik w najlepszym wypadku przeżyje połowę życia kanapowca, w drastycznie gorszych warunkach. Niech tego czasu nie skracają i nie czynią jeszcze trudniejszym strach, śrut czy trucizna.

**

Aleksandra Żołędź – kulturoznawczyni, petsitterka, autorka niezliczonych tekstów, pod którymi nie może podpisać się własnym nazwiskiem.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
2
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x