Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Dlaczego Polacy nie ufają sobie nawzajem?

Czy PRL zniszczył polski kapitał społeczny? Historyk przekonuje, że wojna, przesiedlenia i państwo podporządkowujące sobie oddolne inicjatywy stworzyły społeczeństwo pełne lęku i nieufności.

Black-and-white photo of a man in a suit sitting at a desk with papers, facing left; a blurred sign with faded text is behind him. Rozmowa
Serce

1

Michał Sutowski: W książce Wielkie rozczarowanie piszesz, że w czasie karnawału »Solidarności« rozpadały się mury dzielące społeczeństwo, a ludzie wcześniej sobie obcy zaczynali ze sobą rozmawiać. Czy to znaczy, że na co dzień nominalnie równościowe i kolektywistyczne społeczeństwo PRL było raczej zbiorowością zatomizowanych jednostek nieufnych wobec obcych?

Marcin Zaremba: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zajrzeć głęboko w przeszłość. Od drugiej połowy XIX wieku mamy w Europie i Ameryce Północnej prawdziwy boom na zrzeszanie się – w każdym chyba miasteczku Anglii czy Niemiec powstaje towarzystwo kajakowe, krajoznawcze czy miłośników tego lub innego. Ten trend dociera również do nas. Historyk Zygmunt Klukowski wyliczał organizacje w prowincjonalnym przecież Szczebrzeszynie: było ich kilkadziesiąt, od Stowarzyszenia Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo i Katolickiego Stowarzyszenia Polek przez „Sokoła”, „Strzelca” i straż ogniową aż po Ligę Morską i Kolonialną oraz Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, a w ogóle nie wymieniam stowarzyszeń czysto politycznych i niepolskich.

Ale to było przed wojną…

No właśnie – potem przychodzi wojna i niszczy cały ten kapitał społeczny, który powstawał przez lata. Do tego miliony Polek i Polaków przenoszą się ze wsi do miast, ale przede wszystkim ze wschodu na zachód. Co najmniej od Roberta Putnama i jego Samotnej gry w kręgle wiemy, jak ważne dla społeczności są odziedziczone struktury i tradycje, a przecież tzw. ziemie odzyskane to pustynie społeczne, nie tylko dlatego, że są często zburzone, jak np. Wrocław czy Kołobrzeg, lecz właśnie dlatego, że ta 1/3 ludności kraju mieszka tam po 1945 roku właściwie na surowym korzeniu.

Ale ta Polska Ludowa przecież buduje instytucje.

Buduje, ale też podporządkowuje lub likwiduje wszystko, co istniało dotąd: od pomocy lekarskiej przez akcje charytatywne po towarzystwa krajoznawcze. Najpóźniej po kilku latach tworzy się masowe, monocentryczne organizacje, których kierownictwo jest przywożone w teczkach. To w Komitecie Wojewódzkim PZPR ustala się, kto będzie prezesem PTTK, też zresztą powstałego z przymusowego zjednoczenia dawniejszych towarzystw: krajoznawczego i tatrzańskiego. Państwo monopolizuje opiekę nad chorymi, obok fabryk nacjonalizuje się nawet apteki…

Akurat pomysł, by odejść od modelu działań charytatywnych w kwestii zwalczania nędzy, to chyba nie był zły pomysł. Nie wszystko, co oddolne, musi być lepsze.

Tyle że państwo sobie z tym dramatycznie nie radzi. I nie chodzi o nędzę pierwszych lat po wojnie, która była udziałem dużej części kontynentu europejskiego. Cytuję w swojej książce nauczyciela z początku lat 70., który pisze, ile dzieci ma własne łóżko w jego wsi. To niewielki odsetek, większość mieszka w domkach, które są de facto kuchnią z jednym pokojem. Ale nie tylko wieś w PRL jest biedna – ćwierć wieku od powstania PRL, na początku lat 70. jedna czwarta ludzi nie ma z czego oszczędzać, jakieś 6–8 milionów ludzi żyje na zupełnym minimum. Co więcej, w PRL powstają dzielnice nędzy…

W sensie: odtwarzają się? Bo przecież w II Rzeczpospolitej też były…

Odtwarzają się, ale często w nowych miejscach, praktycznie w każdym mieście, dużym i małym, masz kwartał albo chociaż ulicę nędzy: to było lubelskie Stare Miasto, duże fragmenty warszawskiej Pragi czy Powiśla, łódzkie Bałuty…

To było „długie trwanie” historii przedwojennej?

Nie tylko. Po pierwsze, między 1945 a 1948 rokiem do miast napływa ze wsi około półtora miliona ludzi, którzy często z trudem się do nowego trybu życia adaptują. Żyłeś sobie w jakiejś chałupie gdzieś w kieleckim i nagle lądujesz we Wrocławiu czy Łodzi. To przypomina relacje polskich emigrantów, którzy pod koniec XIX wieku z Galicji wylądowali w Chicago. Ci, którzy nie potrafili się odnaleźć, lądowali na marginesie.

Po drugie, bieda była rewersem boomu demograficznego. Po wojnie w niektórych rodzinach rodziło się po siedmioro-ośmioro dzieci, w związku z czym ich utrzymanie z normalnej pracy było praktycznie niemożliwe. Ta nędza reprodukuje się potem przez kolejne pokolenia PRL. Ale jeśli chodzi o same dzielnice nędzy, to ich powstaniu sprzyjało też wspomniane już upaństwowienie gospodarki, przede wszystkim tzw. bitwa o handel w 1947 roku.

Czytaj także Masa czy rzeźba? Kwaśniewski, socjaldemokracja i wybory prezydenckie w 1995 roku [rozmowa z Sutowskim] Łukasz Łachecki

A to dlaczego?

Bo nie wszyscy dobrze się odnajdują w przychodzeniu na szóstą rano do pracy. W pierwszych latach po wojnie mamy wysyp różnych restauracyjek, kawiarni, paszteciarni, fryzjerów, salonów fotograficznych. Powstaje oddolny biznes, ludzie zarabiają pieniądze – a potem przychodzi upaństwowienie tego wszystkiego lub zwalczanie przez tzw. domiary podatkowe. Część z tych przedsiębiorców przeszła do podziemia – w zbiorach „Karty” czytałem np. wspomnienia krawcowej, która opisuje, jak do zakładu wpuszczano na specjalny kod, odpowiednią liczbę puknięć, jak w konspiracji, żeby służby nie wykryły nielegalnej działalności gospodarczej i nie puściły z torbami. Mnóstwo takich ludzi, zamiast prowadzić drobny biznes i tworzyć legalną tkankę społeczną stało się częścią półświatka lub wprost przeszło do świata przestępczego.

Czyli, paradoksalnie, najgorzej wcale nie było tuż po wojnie?

Powojenny plan trzyletni udał się dobrze, uzyskaliśmy duży wzrost przy okazji odbudowy, ale już kolejny, plan sześcioletni to jest… wyzysk człowieka przez człowieka. Dochody ludności się obniżają i to nie tylko w efekcie wymiany pieniędzy z października 1950 roku, ale i generalnego zrównania dochodów, np. lekarzy, profesorów uczelni, nauczycieli, generalnie zawodów inteligenckich.

Ale też mnóstwo ludzi z tych wsi zostaje robotnikami, mogą się uczyć.

Tak, takich Birkutów, jak u Wajdy, są tysiące, ale patrząc globalnie, nie ma wzrostu dochodów ani poprawy warunków materialnych życia. Stąd wziął się bunt roku 1956 – z wysokich norm, niskich płac i fatalnych warunków pracy, ale też, o czym się dziś nie pamięta, bezrobocia. W połowie lat 50. dużo jest narzekań, że co to za socjalizm, skoro ludzi się zwalnia z roboty i trzeba stać w kolejce przed urzędem zatrudnienia? Ten problem będzie potem powracał, choć po 1957 niemal zupełnie zniknie z prasy. W latach 60. znów pojawiło się bezrobocie, szczególnie wśród kobiet. Zakłady pracy zwalniały chłoporobotników i kobiety, których mężowie mieli etat, czasem także kobiety z dziećmi czy w ciąży. Ale może najbardziej charakterystyczny problem społeczny tych pierwszych lat, to chuligaństwo.

Ale to chyba też nic nowego – o „ludziach zbędnych w służbie przemocy” pisano już przed wojną…

Chuligani byli już w czasie rewolucji 1905 roku, pełno jest ich w czerniakowskich wspomnieniach Grzesiuka, ale to był raczej problem wielkich miast, takich jak Warszawa, Lwów czy w Gdyni. W PRL, co wiemy np. ze słynnej książki Stanisława Manturzewskiego i Czesława Czapowa Niebezpieczne ulice z 1960 roku, najwięcej chuliganów i odnotowanych przestępstw było na tzw. ziemiach odzyskanych. To dotyczyło też nieletnich, bodaj w 1957 roku dokonali aż 20 zabójstw. To kilka razy więcej niż w jednym roku popełniają dzisiaj.

Lata, o których rozmawiamy, to jednak czasy nie tylko politycznej „burzy i naporu”: świeża trauma wojny i spowszednienie przemocy, wielkie ruchy ludności, a potem forsowna industrializacja, czyli znowu ruchy ludności, nacjonalizacja gospodarki, okresami też terror i represje. Ale potem przyszła chyba ta „mała stabilizacja”.

Tadeusz Różewicz świetnie opisał to w sztuce Świadkowie albo nasza mała stabilizacja. Pokazał, że to jest stabilizacja ciągle przesycona lękiem i niepewnością: ludzie wykonują puste gesty, zakładają nogę na nogę, wstają z łóżka i kładą się do łóżka, mają stosunki z przełożonym i ze sobą – ale to nie jest stabilne życie jak w świecie zachodnim. Co nie zmienia faktu, że nie ma już takich gwałtownych ruchów tektonicznych, świat się nie wali na głowę.

W tamtej dekadzie poprawiają się też warunki życia, ale jak spojrzeć np. na liczbę samochodów czy sprzętu RTV-AGD w domach, to jest cały czas naprawdę biednie. Pod koniec lat 60. na wsi ćwierć miliona gospodarstw wciąż nie ma prądu, a naczelny „Polityki” Mieczysław Rakowski pisze w „Dziennikach”, że budujemy socjalizm, a większość Polaków wchodzi do sławojki.

Jednocześnie coraz trudniej o awans. To odbija się na zaangażowaniu aparatu partyjnego w antyżydowską nagonkę roku 1968. To był „bunt drugiego szeregu”, czyli ludzi, którzy liczyli na szybszy awans zawodowy czy partyjny w efekcie zwalniania osób pochodzenia żydowskiego.

Czyli jest dość spokojnie, ale ani dorobić się za bardzo nie ma jak, ani zrobić kariery?

Z tym spokojem też bym nie przesadzał, bo w latach 60. mamy kryzysy energetyczne. A w czasie pierwszej „zimy stulecia” w styczniu i lutym 1963 roku są problemy z zapewnieniem opału, by ludzie nie umierali z zimna. Mamy też paniki wojenne, najsilniejsze – znów – na tzw. ziemiach odzyskanych, bo RFN nie uznawała jeszcze granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. One powtarzają się dość regularnie: po zestrzeleniu samolotu szpiegowskiego U-2 nad ZSRR w maju 1960 roku, po zbudowaniu muru berlińskiego w sierpniu 1961 czy wreszcie w czasie kryzysu kubańskiego.

W 1967 następuje podwyżka cen mięsa – niewielka, ale rodzi falę plotek, że kolejne będą rosły, więc ludzie znów stają w kolejkach. W styczniu 1968 roku wybucha z kolei panika związana z rzekomą wymianą pieniędzy, która kiedyś już pozbawiła ludzi oszczędności. Plotkę rozpuścili najpewniej cinkciarze, by zwiększyć popyt na dolary. W tych momentach kryzysów ludzie nie tylko wykupują towary na zapas ze sklepów, ale myślą – i piszą w listach – np. o przenoszeniu się do krewnych na wschodzie Polski, bo się boją, że wrócą Niemcy i wyrżną. Dodajmy jeszcze, że znany z czasów powojennych i lat 50. problem chuligaństwa wcale w tej Polsce Gomułki nie znika.

Czytaj także Dzieci Wyszyńskiego i Gomułki. Od 1980 roku robimy wszystko, by umacniać ich wersję mitu narodowego Tomasz Żukowski

Towarzysz Wiesław często narzekał, że młodzież robotnicza jest jakaś niewdzięczna, a przecież żyje lepiej niż on, kiedy był w ich wieku…

Wróćmy do boomu demograficznego: są statystyki wskazujące, że pod koniec lat 60. aż o 200–300 proc. wzrasta skala przestępstw. Wiele osób, zwłaszcza mężczyzn z małych miasteczek i wsi, nie może znaleźć satysfakcjonującej pracy w miejscu zamieszkania. Oni naprawdę nie mają co ze sobą zrobić. Mówiło się o nich „urodzeni w niedzielę”, w sensie: młodzież leniwa, nie garnąca się do pracy. Oczywiście, państwo stara się jakoś pomóc: mamy tysiące działaczy sportowych, lokalnych animatorów PTTK, są klubokawiarnie, a w każdej powiecie jest biblioteka. Ale przy takim wysypie młodych ludzi z wysokim poziomem testosteronu trudno się dziwić, że poziom przestępczości i agresji wzrasta.

Państwo nie jest na to przygotowane? Bo stereotyp o PRL byłby taki, że co jak co, ale milicja to potrafiła zrobić porządek…

Władze były wyraźnie zaskoczone uczestnictwem części młodzieży w ulicznych rozróbach z milicją i ZOMO. Kiedyś wierzyłem, że robotnicy aresztowani w marcu 1968, o których pisze Jerzy Eisler, wyszli na ulice w solidarności ze studentami. Ale teraz sądzę, że przynajmniej część tych młodych robotników szła na te zadymy, żeby coś przeżyć, dla hecy – to jest słowo ważne dla lat 60. Przecież dla tych chłopaków tytułem do sławy było pobić milicjanta!

To samo było potem w grudniu 1970: za incydenty w rodzaju wybicie witryny sklepu cegłówką odpowiedzialny był półświatek ówczesnego Szczecina czy Gdańska. Z tego potem wzięła się akcja Milicji Obywatelskiej pod kryptonimem „Porządek”, rozpoczęta w 1971 roku, która miała zdyscyplinować społeczeństwo: kontrole dokumentów na ulicach i najazdy na meliny, strzyżenie chłopców z długimi włosami.

A to nie było przeciwko hipisom i innej zgniliźnie? Ale takiej raczej… licealnej, studenckiej?

Moda na długie baczki była ponadklasowa, wystarczy spojrzeć na zdjęcia elektryka Wałęsy z początku lat 70. Hipisi dostali niejako rykoszetem, natomiast generalny brak zaufania państwa do ludzi, to: „pokażcie, obywatelu, dokumenty” – został potem i państwu, i nam, na wiele lat. Tak czy inaczej, przełom lat 60. i 70. i dla społeczeństwa, i dla państwa był obiektywnie trudny.

Bogaty Zachód również doświadczał podobnych problemów. Maj 1968, „lata ołowiu” we Włoszech czy „niemiecka jesień” również wynikały z pojawienia się masy młodych ludzi o rozbudzonych aspiracjach, których państwo ani gospodarka nie mogły zaspokoić. Tyle że tam istniała jednak wolna prasa, pluralizm polityczny i społeczeństwo obywatelskie – można nie tylko o tym swobodnie pisać, ale i debatować nad źródłami problemów i ich rozwiązaniami.

Tylko czy dekada lat 70., cała ta budowa „drugiej Polski” i rozmach inwestycyjny epoki Gierka, z wielkimi budowami, ale też wzrostem płac realnych – nie mogły tych problemów rozwiązać? Miejsca pracy, ale i osiedla mieszkaniowe miały być odpowiedzią także na demografię…

Zmieniały się wyobrażenia o dobrym życiu i oczekiwania, to jasne. Na początku lat 50. to były mgliste opowieści o tym, że zbudujemy komunizm, że kiedyś będzie wspaniale. 20 lat później ta obietnica jest znacznie szersza, rozbudowana, ale i konkretna: tworzy potencjał nadziei, że nie tylko będziemy w tej Hucie Katowice pracować, ale też dostaniemy mieszkanie w bloku z centralnym ogrzewaniem.

To nie są już baraki pośród błota, jak na budowie Nowej Huty. To rozładowuje część frustracji i pokładów niezadowolenia, które były na wielkich budowach socjalizmu epoki stalinowskiej. Tyle że już w II połowie tamtej dekady doszły nowe źródła frustracji, czyli fatalne braki w zaopatrzeniu – tych wyższych niż kiedyś płac często nie było na co wydać, bo brakowało towaru w sklepach, a zdobycie lepszego kawałka mięsa było okupione godzinami wystawania w kolejce, zazwyczaj przez kobiety lub starszych członków rodziny z legitymacją kombatancką.

W latach 70. dorasta pokolenie nie pamiętające wojny z własnego doświadczenia. Jednocześnie pamięć wojny ulega zmitologizowaniu. Dominują w niej opowieści o oporze, braterstwie i wzajemnej pomocy. A jednocześnie w czasie panik i kryzysów nie widać tej solidarności. Ludzie potrafią się pobić kolejkach, bluzgać na inwalidów, kobiety w ciąży i kombatantów z legitymacjami ZBoWiD. Czy zatem – wracając do początku naszej rozmowy – solidarność, współpraca, wzajemne zaufanie okazywane ludziom obcym w PRL były raczej ekscesem? Czymś wyjątkowym dla kilkunastu miesięcy ruchu „Solidarności”?

To nie tak, że więzi społecznych w ogóle nie ma. Wobec ludzi nieznanych zaufanie i poczucie solidarności jest dramatycznie słabe. Polacy żyli w społecznościach towarzyskich i rodzinnych. Charakterystyczne słowo lat 70. i 80. to „prywatka”: nie spotykamy się na ulicach czy w restauracjach, tylko w mieszkaniach. Pijemy wódkę, rozmawiamy, możemy tam bezpiecznie opowiedzieć dowcip o Gierku. Oczywiście, zdarzały się momenty jedności na większą skalę – Polska remisuje na Wembley, siatkarze Wagnera pokonują Związek Radziecki, wybrany zostaje papież-Polak – ale na co dzień tych płaszczyzn integracji było naprawdę mało.

Ale „Solidarność” będą przecież robić koledzy z zakładów pracy.

Tak, to jest dość paradoksalne miejsce w PRL. Bo z jednej strony socjalistyczny zakład pracy coś produkuje, z drugiej stara się zorganizować życie pracownikom, trochę jak feudał. To oczywiście dyskusyjne, niemniej przedsiębiorstwo, zwłaszcza duże, chce grać rolę patrona: wysyła na wczasy i dzieci na kolonie, organizuje zawody sportowe i rajdy turystyczne, a nawet kwiaty na 8 marca. Wywiesza zdjęcia najbardziej wydajnych pracowników, co trochę przypomina estetykę stalinowską…

Czytaj także O czym marzy dziś klasa ludowa i dlaczego niewiele o tym wiemy? Magda Szcześniak

Ludzie dobrej roboty”.

Tak. Można to oczywiście obśmiać albo wskazać, że po transformacji to wszystko oduczyło ludzi prawdziwego samoorganizowania się, skoro wcześniej wszystko ogarniał kaowiec. Ale faktem jest, że była to przestrzeń, w której można się było spotkać z kimś więcej niż z najbliższą rodziną i kręgiem przyjaciół. Zakład pracy, przy wszystkich ograniczeniach, był przestrzenią integracji.

Aż do grudnia 1981 roku. Czy nie jest tak, że po zdławieniu „Solidarności” ludzie przestali wierzyć, że można coś zrobić wspólnie – bo władza i tak to nam odbierze? A równocześnie, że ta władza sama nie potrafi dowieźć choćby względnej stabilności i dobrobytu, nawet za cenę posłuszeństwa? A to znaczy, że teraz już po prostu trzeba przyjąć zasadę: każdy orze jak może, względnie: każdy sobie rzepkę skrobie, choćby na koszt pozostałych, przetrwają najlepiej dostosowani?

Musielibyśmy dorzucić jeszcze słowo „strach”. Społeczeństwo było zalęknione, z wielu powodów. Nie tylko w związku z podwyżkami, wymianami pieniędzy, bezrobociem, zagrożeniem wojną atomową czy remilitaryzacją zachodnich Niemiec: są jeszcze głębokie doświadczenia związane ze stalinizmem, prowadzące do interesownej adaptacji do systemu, zamykania się w kręgu bliskich, braku aktywności społecznej, a przede wszystkim do milczenia. Piszę teraz książkę pt. Wielkie Milczenie. Opinia prywatna 1967–68. A „prywatna” właśnie dlatego, że nie ma opinii publicznej bez możliwości otwartego jej wyrażania.

W latach 50. za żart o Stalinie można było iść do więzienia.

Jeszcze w latach 60., jak powiedziałeś w knajpie po pijaku, że Gomułka to jest głupi ch…, to szukali cię funkcjonariusze SB. Znów, takie rzeczy ludzie sobie komunikują na tych prywatkach, czasem w listach, w kręgu dobrych znajomych, ale nigdy przy obcych. Oczywiście, za Gierka napięcie trochę zelżało, bo i styl lidera się zmienił: był bardziej do ludzi, atmosfera stała się bardziej swobodna. Co nie zmienia faktu, że przed sierpniem 1980 w działalność opozycyjną angażuje się do trzech tysięcy ludzi, czyli 0,1 promila społeczeństwa. Później, w ciągu tych 16 miesięcy „Solidarności” mamy falę entuzjazmu i poczucia wyzwolenia od strachu – a potem przychodzi stan wojenny.

I znów się boimy?

Zwłaszcza przez pierwsze tygodnie ludzie zachowują się niemalże jak cywile w Powstaniu Warszawskim, zamykają się w domach. Uznają, że ponieśliśmy klęskę i tak samo jak w czasie okupacji – gdy przecież nie wszyscy Polacy konspirowali – starają się jakoś przetrwać, kombinują, myślą o zapewnieniu przetrwania rodzinie. Świetnie opisała to amerykańska antropolożka Janine Wedel w Prywatnej Polsce. To był czas kolejnego boomu demograficznego, ale też znaczenia sieci rodzinnych – jak już mówiliśmy, do kolejki posyła się dziadka lub babcię. Mnóstwo rzeczy kobiety robią w domu: przetwory, weki, majonez nawet, bo trudno było o gotowe produkty dobrej jakości. Kręgi bliskich znajomych są nadal ważne, ale tym bardziej cierpi życie społeczne, ponadrodzinne, co z kolei socjologów Jacka i Elżbiety Tarkowskich na początku lat 90. zaprowadzi do tezy o amoralnym familizmie Polaków.

Rozumiem, że wtedy już „rodzina jest najważniejsza” i że nie należy się wychylać, a do tego radzić sobie, wraz z rodziną, najlepiej jakoś obok państwa, bo ono nie dowozi. Ale jak to się ma do przyzwolenia na nierówności? Można odnieść wrażenie, że o ile za Gierka ludzi raczej irytowały oznaki, że ktoś się „dorobił” jako np. prywaciarz – domku jednorodzinnego, samochodu większego niż mały fiat, wyjazdów na wycieczki na Zachód – to w latach 80. owo „dorobienie się” staje się aspiracyjną normą?

Państwo epoki Gierka raczej nie propagowało tego typu ludzi, a pod koniec lat 70. znów ich piętnuje: figury badylarza, cinkciarza, szefa komisu, czyli sklepu z używanymi rzeczami po cenach rynkowych, na które zwykłego obywatela raczej nie stać. Potem, już po stanie wojennym, wracają wręcz kategorie „spekulanta”, do których zalicza się niemal każdego drobnego handlarza, nawet staruszkę sprzedającą ptasie mleczko na Nowym Świecie. A z drugiej strony już od połowy lat 70. nie ustają debaty, jak ten handel rozruszać, jak zaspokoić narastający popyt. Toleruje się drobny przemyt z Zachodu, zupełnie legalnie działają Baltony i Pewexy, a pod sam koniec lat 80. zezwala się na swobodną działalność gospodarczą.

Czytaj także  Z cyklu niebezpieczni idioci, których ludzie biorą na serio: Nocne Wilki Michal Chmela

Ale młodzież już od lat 70. chciałaby nosić te zachodnie dżinsy, prawda? A nawet za „dobrą robotę” ojca i matki może być ich nie stać?

No właśnie, młodzież. Narracje o tym, że zarabianie większych pieniędzy i luksusowa konsumpcja to zło, wyzysk uczciwej klasy robotniczej i ciężko pracujących Polaków przez burżujów, to jednak była domena pokolenia wychowanego jeszcze przed wojną lub tuż powojennego. Ono serio traktowało opowieść o równości socjalistycznej i doświadczyło tego pierwszego awansu, odbudowało Starówkę, Muranów, stawiało piece Nowej Huty. Ci starzy robociarze zaczynali żyć z głodowych emerytur, bo PRL emerytów nie ceniło specjalnie. I dla nich to było coś niezrozumiałego: że jacyś ludzie się bogacą na handlu, na prywatnej produkcji. I że nawet ich partia przestaje to zjawisko potępiać.

A młodzi mają już te aspiracje – i widzą, że państwo im ich nie zaspokoi, chcą brać sprawy w swoje ręce?

I to między innymi za ich sprawą Polska od drugiej połowy lat 80. staje się Polską bazarową. Gdzie nie pójdziesz, czy to na Skrę, czy to na giełdę komputerową przy Grzybowskiej, ludzie czymś handlują: ciuchy, części komputerowe, kasety wideo, „Playboy”, gratisowe towary przywożone z Berlina Zachodniego, Kopenhagi czy Wiednia. Ale też zupełnie podstawowe rzeczy, jak buty, których od końca lat 70. do połowy 80. chronicznie brakuje – przychodzą w paczkach z Zachodu lub kupuje się je w NRD. I przy tej skokowej pauperyzacji lat 80., kiedy wszystkiego brakuje, ludzie sobie radzą.

A gdzie się tego właściwie nauczyli? Kapitalizm oddolny został po wojnie zduszony w kilka lat.

To tylko hipoteza, ale widzę w tym długą pamięć II wojny światowej. Nie ma pracy, chyba że na robotach w Niemczech, inteligenci idą na bruk, są straszne deficyty żywności. W związku z tym wiele osób zajmuje się np. produkcją papierosów, pędzi bimber, ale też wytwarza buty-drewniaki, a przede wszystkim handluje. Z Generalnej Guberni jadą za Mławę, do Rzeszy i coś przehandlują z Niemcami… Ja sądzę, choć to materiał do zbadania, że zachowania Polaków w latach 80. mają wiele wspólnego z tymi sprzed półwiecza – jakby w głębokich zakamarkach zbiorowej pamięci i zbiorowych odruchów znów odezwała się okupacja.

**

dr hab. Marcin Zaremba – historyk i socjolog. Autor m.in. książek Wielka Trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys (2012) i Wielkie Rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności (2023). Współpracuje z tygodnikiem „Polityka”.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x