Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„I to jest właśnie ta ich wielka cywilizacja…”. Relacje polsko-ukraińskie po I wojnie światowej

Co do zasady polscy politycy nie doceniali Ukraińców, ich determinacji narodowej. Nie zdawali sobie sprawy, z jak bardzo palącą kwestią mieli do czynienia – mówi redaktorka antologii „Lwów 1918–1919. Miasto wielu stron”.

Black-and-white photo of a military parade on a city street, soldiers atop a vehicle, crowds lining the sidewalks in winter coats. Rozmowa
Kontekst

🏙️ Przed 1918 rokiem Lwów był miastem wielonarodowym, w którym Polacy, Ukraińcy i Żydzi mieli odmienne wizje jego przyszłości i znaczenia.

🤝 Mimo podejmowanych prób porozumienia między Polakami i Ukraińcami, narastające napięcia sprawiły, że konflikt zbrojny stał się trudny do uniknięcia.

🗣️ Zarówno polska, jak i ukraińska propaganda budowała obraz przeciwnika jako barbarzyńcy, wykorzystując stereotypy oraz opisy okrucieństw wojennych.

🏛️ Polska narracja o walkach o Lwów była wspierana przez państwo poprzez szkoły, pomniki, uroczystości i instytucje kształtujące pamięć zbiorową.

⚖️ Powszechny był antysemityzm, który doprowadził do pogromu lwowskiego. Żydowskie organizacje apelowały do władz II RP o jego potępienie. Państwo powołało komisje śledcze badające pogrom, lecz ich raporty zostały utajnione i nie wpłynęły na pamięć publiczną ani decyzje władz.

Serce

1

Rafał Stronk: Po co rozpoznawalna literaturoznawczyni bierze się za źródła historyczne, które nie mają nic wspólnego z literaturą?

Jagoda Wierzejska: Książka jest rezultatem projektu Narodowego Centrum Nauki, w którym przyglądałam się różnym dyskursom wokół wschodniej Galicji w dwudziestoleciu międzywojennym. Interesowały mnie w szczególności relacje między perspektywą polską, dominującą, a dyskursami mniejszościowymi, w tym ukraińskim. Literatura piękna to tylko jedno ze źródeł, ważne były też dla mnie manifestacje dotąd marginalizowane albo pomijane; druki ulotne czy elementy kultury wizualnej, choćby Cmentarz Orląt Lwowskich, którego architektura ma przecież duży ładunek ideologiczny.

Projekt w założeniu miał być demitologizacyjny, dlatego uważałam chociażby na kwestie terminologiczne. W odniesieniu do bitwy o Lwów w latach 1918-1919 konsekwentnie unikam charakterystycznego dla polskiej historiografii sformułowania „obrona Lwowa”, ale i terminu „listopadowy czyn”, którym posługują się Ukraińcy. Oba pojęcia są zideologizowane, to znaczy związane z konkretnym historyczno-kulturowo-narodowym systemem aksjologicznym, jak „obrona”, „najazd”, „powstanie”, „okupacja”, i oba zawierają silną sugestię co do tego, który dyskurs powinien dominować, komu w istocie należał się Lwów, a kto był uzurpatorem.

Porozmawiajmy więc najpierw o Lwowie, który był dla pani zajmujący jako miejsce spotkania i konfliktu sprzecznych tendencji ideowych oraz państwowych aspiracji. Jaki był Lwów na krótko przed wybuchem wojny polsko-ukraińskiej?

Jeśli chcieć oprzeć się na danych statystycznych, to należy sięgnąć do austriackiego spisu ludności z 1910 roku, ostatniego cenzusu przed wojną. Używanie tego spisu jako źródła danych narodowościowych jest pewnym uproszczeniem, bo nie uwzględniał on kryterium narodowości, jedynie języka i wyznania, przy czym jidysz jako możliwy do wyboru język w nim nie występował. Galicyjscy Żydzi w większości podawali polski jako swoją mowę codzienną, co w wynikach spisu według kryterium językowego w oczywisty sposób zawyżało liczbę Polaków. Opierając się na krzyżowej interpretacji danych na temat wyznania i języka, można jednak dokonać oszacowań tego typu i przyjąć, że we Lwowie w 1910 roku polska większość nieznacznie przekraczała 51 proc., Żydzi stanowili ok. 27 proc. a Ukraińcy ok. 19 proc. populacji.

Czytaj także Kresy Wschodnie, czyli schizofrenia jako stały czynnik historii polskiej Maria Janion

Mamy więc trzy duże grupy narodowościowe, z których dwie traktowały Lwów nie tylko jako nowoczesny ośrodek miejski oraz centrum życia politycznego, społecznego i kulturalnego, ale także, albo przede wszystkim, jako ważny element projektu narodowotwórczego i państwowotwórczego.

Dla Polaków Lwów był miastem takim jak Kraków lub Poznań – „kresowym”, ale jednocześnie leżącym daleko na zachód od postulowanych granic polskiego obszaru terytorialnego. Dla Ukraińców była to z kolei kolebka ich prastarej państwowości, gród króla Rusi, Daniela Halickiego i jego syna, Lwa, jedyna możliwa stolica Zachodniej Ukrainy lub niezbywalny ośrodek Ukrainy zjednoczonej. Aspiracje Polaków i Ukraińców były pod tym względem nieuzgadnialne.

Czy byli jacyś rzecznicy zgody? Jaką rolę w tym zakresie odgrywały środowiska o orientacji lewicowej?

W pewnym stopniu napięcia rozładowywała Konkordia Galicyjska [umowa między Kościołem rzymskokatolickim i Cerkwią unicką z 1863 roku – R.S.], która pozwalała ograniczać chociażby spory o sposób wychowania dzieci. W przypadku małżeństwa mieszanego, między osobami obrządku łacińskiego i greckokatolickiego, córka szła śladami religijnymi matki, a syn – ojca. Wiązało się to też zazwyczaj z przyjęciem tożsamości narodowej czy kulturalnej.

Jeśli chodzi o polityków, to socjaliści trzech galicyjskich narodowości oraz ludowcy polscy i ukraińscy potrafili okresowo ze sobą kooperować. Inne środowiska polityczne skłóconych ze sobą grup narodowych Galicji też były niekiedy zdolne do porozumień i współpracy. Prób pojednania było przynajmniej kilka, zwłaszcza między Polakami a Ukraińcami.

Sporo wysiłku włożył w nie książę Adam Sapieha – to dzięki niemu wznowiono czasopismo „Prawda” pod redakcją ukraińskiego polityka, historyka i pedagoga, Ołeksandra Barwinskiego. „Prawda” przyjęła mediacyjny ton w stosunku do Polaków. Po dwóch latach pismo upadło, ale przyczyniło się do najdonioślejszej ugody polsko-ukraińskiej, zwanej Nową Erą. Do jej zawarcia doszło w 1890 roku, dzięki wysiłkom, z jednej strony, Kazimierza Badeniego, który dwa lata wcześniej został namiestnikiem Galicji, z drugiej strony przywódcy ukraińskich narodowców, Juliana Romanczuka. Ugoda nie trwała długo, bo do przełomu 1894 i 1895 roku, lecz przyniosła pewne widoczne rezultaty, jak zabiegi Michała Bobrzyńskiego – konserwatysty, namiestnika od 1908 roku i zwolennika ugody z Ukraińcami – o utworzenie katedry historii Ukrainy na Uniwersytecie Lwowskim.

Czytaj także Hańba ludzkości i szlacheckie fanaberie: kolonialne ambicje II RP w oczach socjalistów Przemysław Kmieciak

Kolejny kompromis polsko-ukraiński miał miejsce w 1914 roku, wojna pozostawiła go jednak tylko na papierze. Co do zasady polscy politycy nie doceniali jednak Ukraińców, ich determinacji narodowej, ale i zdolności organizacyjnych, dyplomatycznych. Nie zdawali sobie sprawy, z jak bardzo palącą kwestią mieli do czynienia.

Interpretacja procesów, którą przedstawia pani we wprowadzeniu do antologii, jest taka, że rozlew krwi był w zasadzie nieunikniony, wybuch wojny jest tu tylko symbolicznym zapalnikiem.

Polacy byli we Lwowie grupą liczebnie dominującą, zajętą sobą i swoją polityką. Nie dostrzegali, że państwotwórcze ambicje Ukraińców nabierały kształtów instytucjonalnych. Tuż przed wybuchem wojny polsko-ukraińskiej, 19 października 1918 roku, powstała Ukraińska Rada Narodowa, czyli oficjalne przedstawicielstwo Ukraińców w imperium habsburskim. Została ona zupełnie zbagatelizowana przez polską inteligencję i polityków. A jej celem było przecież przeforsowanie u Austriaków – orientacja austriacka była charakterystyczna dla Ukraińców z zachodu – prawa narodu ukraińskiego do samostanowienia.

Rada wykazała się sporą sprawczością: w tym samym dniu ogłosiła utworzenie autonomicznego państwa ukraińskiego na ziemiach wchodzących dotychczas w skład Austro-Węgier ze wschodnią Galicją na czele. To Polacy również zignorowali i 20 października 1918 roku fetowali uchwałę przyjętą przez polskich radnych o przyłączeniu miasta do Polski.

Ta sytuacja jest symptomatyczna. Pokazywała, że żądania narodowe obu stron były nie tylko opozycyjne, lecz również radykalne, a strony nieustępliwe; że ambicje państwowotwórcze Ukraińców miały taki sam ciężar gatunkowy jak ambicje Polaków, tylko Polacy ważyli je stanowczo za lekko w stosunku do nabrzmiałej konfliktem sytuacji. Stanowczo za lekko, bo przecież jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny miały miejsce liczne manifestacje młodzieży polskiej i ukraińskiej, wzajemnie wrogie i bardzo prowokacyjne. Jeszcze wcześniej – słynne walki między polskimi i ukraińskimi studentami w 1901, 1903, 1907 roku, podczas których byli zabici i ranni.

Oczywiście uniwersytet nie jest najwłaściwszą areną, aby oceniać przekrój całego społeczeństwa, ale w tym przypadku napięcia i starcia na polu akademii dobrze oddawały wzajemny stosunek obu nacji. Im bliżej 1914 roku, tym częściej dochodziło do aktów przemocy ulicznej. Krwawe, masowe zwarcie było moim zdaniem trudne do uniknięcia.

Z tym bagażem wchodzimy w wojnę polsko-ukraińską i walki o Lwów. Panią interesował oczywiście przede ich wszystkim wymiar dyskursywny, ideologiczna oprawa tych zdarzeń. Jakimi strategiami narracyjnymi posługiwali się Polacy, a jakimi Ukraińcy?

Strona ukraińska reagowała w zasadzie na to, co w tym kontekście narzucali Polacy. A dla Polaków wojna polsko-ukraińska została sprowadzona do „obrony Lwowa”. Tych kilka tygodni potraktowano jako kwintesencję walk, łatwo było na tym budować…

…za Bourdieu pisze pani o ideologii założycielskiej…

… tak, to był, jak wiemy, fundamentalny mit założycielski II Rzeczpospolitej, stanowiący wzór patriotyzmu dla przyszłych pokoleń Polaków. Ale w nim było już zaszyte to, co umiejętnie kontrowali Ukraińcy. Polacy akcentowali na przykład swoją jednomyślność, solidarne działanie w walkach o miasto. Strona ukraińska widziała w tym dumę z homogeniczności Polaków i opowiadała o sobie jako o sile włączającej. Ukraińskość była tu parasolem dla różnych nacji, akcentowano wielonarodowy lub wieloetniczny charakter wojsk walczących po tej stronie, szczycono się na przykład obecnością Hucułów w szeregach ukraińskich.

Narracja Polaków stanowiła ponadto przejęcie wzorów XIX-wiecznego (i wcześniejszego) dyskursu imperialnego i w tym sensie nie powstała od zera. Ważny był w niej wątek braterstwa polsko-rusińskiego zdradzonego przez Ukraińców. No i oczywiście matryca mitu kresowego. Jego rdzeniem było przekonanie, że ziemie wschodnie nie zostały skolonizowane ani spolonizowane, lecz „ucywilizowane”, a więc że Polacy mieli szczególne prawo do dominacji w tej przestrzeni. Z tym łączy się figura „kresowych rycerzy”, obrońców cywilizacji przed barbarzyńcami.

To właśnie dlatego wojna 1918–1919 mogła zostać natychmiast opisana za pomocą dawnych wzorów: romantycznych, mesjanistycznych i sienkiewiczowskich. Ukraińcy zostali wpisani w role „czerni”, hajdamaków, później prawie-bolszewików; Polacy zaś w rolę niewinnej ofiary i heroicznych obrońców. W tej perspektywie „rozpychanie się” przez stronę ukraińską było uzurpacją, bo to Polacy byli tu od zawsze.

A jak miały się strategie biopolityczne? Czy Ukraińców należało pokonać, bo są zagrożeniem dla zdrowia i czystości narodu?

Obie strony portretowały się nawzajem według ogranych metod, wszechstronnie wypróbowanych w czasie I wojny światowej, a polegających na hiperbolizowaniu niemoralnych czynów i okrucieństw wroga po to, aby na ich podstawie orzec o jego jak najgorszym charakterze narodowym. Ojcami takiej optyki w dobie Wielkiej Wojny byli Henri Bergson (we Francji) oraz Werner Sombart (w Niemczech). Zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej szybko znaleźli się intelektualiści i twórcy, którzy na lokalną skalę dokonywali tego, co Bergson i Sombart, czyli przesuwali akcent z konkretnych – nawet jeśli wymyślonych – zbrodni wrogów na ich domniemaną kondycję psychiczną i moralną. Przedstawili zatem opozycyjny naród nie tylko jako groźny i brutalny, ale też odpychający, ohydny. Ukraińcy byli portretowani przez Polaków jako „hulająca dzicz”, niezborna, brudna, pijana, jako „Hunowie XX wieku”; Polaków Ukraińcy nazywali powszechnie „Lachami” i nie oszczędzali im podobnych epitetów.

Czytaj także Polenaktion: jak Polska zareagowała na uchodźców z III Rzeszy Marta Grzywacz

Po obu stronach dokumentowano – ale i wyolbrzymiano – zbrodnie wojenne, szczególnie eksponowano oczywiście przemoc wobec kobiet i dzieci: gwałty, rozpruwanie brzuchów ciężarnych, grzebanie żywcem… W tym kontekście wyodrębniła się inna strategia Ukraińców, którzy uświadamiali sobie, że Polacy patrzyli na nich z wyższością, jak na słabiej rozwiniętą kulturę. Dlatego w ich tekstach dokumentujących zbrodnie często pojawiał się zabieg retoryczny, który delegitymizował rzekomą misję cywilizacyjną Polaków i sprowadzał ich do roli barbarzyńców na zasadzie: „i to jest właśnie ta ich wielka, polska cywilizacja…”.

W polskim przypadku najważniejsze jest jednak to, że narracja dominująca miała potężne wsparcie instytucjonalne, a także organizowała materialną i rytualną topografię miasta. Działała poprzez pomniki, nazwy ulic, architekturę (zwłaszcza monumentalny kompleks Cmentarza Obrońców Lwowa), oficjalne rocznice, ceremonie religijne i szkolny kanon patriotyczny, który był zasilany przez masową produkcję czytanek o Orlętach Lwowskich. Dzień Wszystkich Świętych został powiązany z rocznicą odzyskania niepodległości oraz z pamięcią „obrońców Lwowa”, państwowe obchody w mieście rozciągały się zatem na niemal cały listopad. 22 listopada 1920 roku miasto odznaczono orderem Virtuti Militari; przywrócono i wzmocniono figurę Leopolis Semper Fidelis; uniwersytet otrzymał imię Jana Kazimierza jako symboliczny znak polskości miasta i całej wschodniej Galicji.

To jest pamięć hegemoniczna: nie tylko wspominająca, ale przede wszystkim porządkująca miasto, jego hierarchię bohaterów, rytm świąt i życia codziennego. Świetnym tego dowodem jest to, że gdy w połowie lat 30. w Zarządzie Miejskim Lwowa zastanawiano się na strategią promocji miasta, zdecydowanie wygrała strategia patriotyczna: „dni Lwowa” zdecydowano się zorganizować w listopadzie, „miesiącu rocznic lwowskich i święta orląt”, a nie łączyć Targami Wschodnimi, choć była to przecież bardzo ważna impreza handlowa.

No właśnie, to spróbujmy poszukać ideologów, tych autorytetów, którzy najbardziej odpowiadają za elementy i skalę mitu „obrony Lwowa”. Czesław Mączyński…

Tak, Mączyński, to ważna postać, najpierw komendant sił polskich podczas walk o Lwów. Związany ze środowiskami endeckimi, wyraźnie narodowy, niekryjący się z antysemityzmem. Jego poglądy miały znaczenie dla organizacji walk, ale wpłynęły też na skalę pogromu, który dotknął Żydów we Lwowie 22-24 listopada 1918 roku, tuż po wycofaniu się sił ukraińskich z miasta. Mączyński miał narzędzia, aby powstrzymać akty przemocy, a tymczasem dokonał ich legitymizacji.

W jaki sposób?

Kiedy rozpoczął się pogrom, do Mączyńskiego zwrócili się przedstawiciele elit żydowskich z prośbą, by potępił przemoc i wezwał do jej zaprzestania. To wszystko działo się jeszcze 22 listopada, pierwszego dnia pogromu. Mączyński nie tylko odprawił ich z kwitkiem, ale 23 listopada wydał odezwę, w której wezwał do zachowania spokoju – tyle że nie Polaków, ale Żydów. Nawoływał, by Żydzi nie prowokowali Polaków, nie atakowali polskich żołnierzy. Ten dokument rozwieszono w całym mieście. Gdy już od dwudziestu czterech godzin w dzielnicach zamieszkanych przez Żydów trwał pogrom, takie słowa mogły brzmieć – i zapewne brzmiały – jak podżeganie do przemocy. Co ciekawe, nie zachowało się wiele kopii tego druku, jedną z nich można znaleźć w Bibliotece Narodowej.

Mączyński bardzo lansował tezę o zdradzie żydowskiej. Ogłoszoną przez społeczność żydowską neutralność opisywał jako opowiedzenie się po stronie ukraińskiej. Potem, gdy spisał swoje wspomnienia z „obrony” [chodzi o „Boje lwowskie” z 1921 roku – R.S.], potraktował pogrom jako część walk o miasto. W ujęciu Mączyńskiego bitwa o Lwów nie trwała do 21 listopada, ale aż do zakończenia przemocy w dzielnicach żydowskich, czyli do 24 dnia tego miesiąca. Dokonał on reinterpretacji pogromu jako elementu operacji militarnej, a społeczność żydowską potraktował jako jeszcze jednego, tym razem wewnętrznego wroga, którego należało spacyfikować.

Czytaj także Po Wielkim Kryzysie w wyobraźni polskich elit i społeczeństwa załamał się paradygmat wolnorynkowy Michał Sutowski rozmawia z Kamilem Piskałą

Mączyński cieszył się rolą autorytetu epistemicznego. Po pierwsze, jako dowódca sił polskich, po drugie jako bohater, uczestnik i świadek historii, po trzecie, jako profesjonalny historyk. Jego dwutomowe wspomnienia były bardzo popularne w dwudziestoleciu międzywojennym i istotnie wpłynęły na krystalizację polskiego dyskursu dominującego o wydarzeniach lwowskich. Narracje Mączyńskiego przenikały do edukacji, do podręczników szkolnych i były powtarzane przez historyków także po II wojnie światowej.

Mam przed sobą popularny w dwudziestoleciu Kajet wojenny dziecka lwowskiego, zbiór, w którym lwowscy uczniowie wspominają walki o miasto. Na czterdzieści stron tej książeczki, piętnaście to przedmowa Mączyńskiego…

Mączyński, jak się zdaje, bardzo lubił swoją autorytatywną rolę, chętnie z niej korzystał. Ale ten Kajet…, publikacja z 1921 roku, to też dowód na dysproporcję sił w zakresie instytucjonalizacji pamięci między Polakami a Ukraińcami. Polacy zawiadowali szkolnictwem, można więc było przeprowadzić masową akcję pisania wspomnień – nie tylko wśród dorosłych, ale także wśród dzieci i młodzieży. Treści służące umacnianiu dyskursu dominującego produkowały się w zasadzie same.

Ten proces wzmacniał Stanisław Sobiński, kurator okręgu lwowskiego, który najpierw przekształcał szkoły ukraińskie w dwujęzyczne, a później nakazał wspominać 22 listopada jako dzień „oswobodzenia Lwowa”. Nienawidzony wśród Ukraińców, zabity przez Ukraińską Organizację Wojskową.

Postawa Polaków, może zwłaszcza w obszarze oświaty, była źródłem ogromnego gniewu Ukraińców, tak jak to święto, o którym pan wspomniał. Przecież mówimy o szkołach, do których chodziły ukraińskie dzieci – decyzja Sobińskiego z 1924 roku była więc niezwykle prowokacyjna. Sobiński zginął z rąk ludzi związanych z ukraińskim ruchem irredentystycznym, którzy nie stronili od aktów terroryzmu wobec przedstawicieli polskich władz i społeczeństwa. I nie był jedyny – w 1934 zamordowano Bronisława Pierackiego, wcześniej, w 1931 roku, Tadeusza Hołówkę. A przecież Hołówko był rzecznikiem pojednania polsko-ukraińskiego, a jeśli nie pojednania, to na pewno dialogu. Daleko mu było do konfrontacyjnej postawy Sobińskiego. Radykalni ukraińscy nacjonaliści uznali jednak jego działania za zagrożenie. Ugodowa postawa polskiego polityka miała ich zdaniem osłabiać opór Ukraińców wobec państwa polskiego i utrudniać walkę o niepodległość.

To jak w takim razie, poza strzelaniem do polskich polityków, strona ukraińska zabiegała o własną pamięć? Z antologii wynikałoby, że ta działalność była nie tylko oddolna, bo niewspierana instytucjonalnie, ale i bardziej demokratyczna – z drobnymi wyjątkami w Polsce wspomnienia spisywali głównie wojskowi, politycy. Relacje Ukraińców są za to rozproszone. Halja Matwijczukowa, pielęgniarka, stworzyła przejmujący obraz trwogi wojennej i późniejszego rozczarowania.

Zarówno strona polska, jak i ukraińska starały się gromadzić wspomnienia z bitwy o Lwów – i szerzej, wojny polsko-ukraińskiej – pochodzące z jak najszerszych kręgów społecznych, choć oczywiście te dostarczane przez polityków i wojskowych, zwłaszcza wyższych rangą, były najbardziej pożądane. Jak wspomniałam, obie strony działały jednak w diametralnie innych warunkach. Polska pamięć była widzialna, monumentalna, państwowa i wspierana przez szereg wpływowych instytucji z Towarzystwem Badania Historii Obrony Lwowa i Województw Południowo-Wschodnich na czele. Pamięć ukraińska pozostawała głównie cmentarna, lokalna, półprywatna. To nie była tylko różnica ilościowa, ale różnica ustrojowa: jedna pamięć stanowiła publiczną normę, druga – bardziej lub mniej tolerowany margines.

Czytaj także „Mordobicie w narodzie”: dlaczego kwiat polskiej młodzieży złapał za pałki i bił Żydów?  Michał Sutowski rozmawia z Izabelą Mrzygłód

Ukraińcy w II RP mieli nie tylko znacznie mniejsze możliwości, ale musieli przezwyciężyć też opór Polaków. W odniesieniu do ich pamięci funkcjonował cały zespół mechanizmów redukcji. Po pierwsze, blokowanie organizacji wspierających pamięć: utworzony w 1921 roku Krajowy Komitet Ochrony Grobów Wojennych, który porządkował ukraińskie mogiły, został rozwiązany decyzją administracyjną tuż przed drugą rocznicą powstania Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej; dopiero w 1927 roku udało się stworzyć nowe towarzystwo.

Po drugie, ograniczanie form upamiętnienia i symboliczne zawężenie pamięci do rytuału religijnego: memoriały ukraińskie sprowadzano właściwie do grobów i cmentarzy, formy publiczne były silnie redukowane, a nawet proces stawiania nagrobków podlegał kontroli administracyjnej. Procesje i wizyty na cmentarzach były jedną z nielicznych dopuszczalnych form narodowej manifestacji, a i tak często wzbudzały niezadowolenie Polaków. Nie raz dochodziło na tym tle do awantur i bijatyk we Lwowie, nie tylko w rocznicowym listopadzie.

Po trzecie w końcu, w II RP istniała cenzura wydawnicza. Ukraińscy autorzy wspomnień i opracowań historycznych musieli dostosowywać się do wymogów polskiej administracji i ostrej cenzury. Niektóre publikacje konfiskowano lub blokowano. Dobrym przykładem jest tu wydawnictwo Czerwona Kałyna założone we Lwowie w 1921 roku, które postawiło sobie za cel dokumentowanie ukraińskich walk narodowowyzwoleńczych i działań państwowotwórczych. Regularnie mierzyło się z ciosami cenzury. Niekiedy zresztą bardzo bolesnymi, jak konfiskata wydrukowanego, a więc w pełni sfinansowanego nakładu, który nie zdążył przynieść żadnego zysku. Takie represje mogły zmieść co słabsze wydawnictwa z powierzchni ziemi. Czerwonej Kałyny ostatecznie jednak nie zabiły; funkcjonowała do 1939 roku. Dzięki temu, choć pamięć ukraińska w II RP mogła istnieć głównie jako żałoba i ograniczane słowo, nie jako pełnoprawna opowieść publiczna – trwała.

Symboliczne znaczenie ma tu otwierający antologię pamiętnik [Dmytra – R.S.] Krenżałowskiego, sotnika [odpowiednik kapitana – R.S.] w Legionie Ukraińskich Strzelców Siczowych. Był to prawdopodobnie pierwszy wydany drukiem memuar ukraiński, który opowiadał o walkach o Lwów. W nocie od redakcji czasopisma „Strilec”, które opublikowało wspomnienia Krenżałowskiego w 1919 roku, pojawiło się wezwanie, by inni podążali tym śladem i „odmalowywali drogocenną tradycję bojów”. Taka praktyka była reprezentatywna dla ukraińskojęzycznych periodyków.

W antologii zamieszczono tekst Mychajły Słobidśkyja wspominającego obóz Bugszopy w Brześciu Litewskim. Rzecz odrobinę zapomniana, a ten tekst jest potężnym aktem oskarżenia przeciwko Polakom. Słobidśkyj pisze, że Polacy zorganizowali Ukraińcom coś gorszego niż obóz śmierci – nazywa Bugszopy „obozem powolnego konania”.

Do obozu w Bugszopach pod Brześciem Litewskim trafiali przede wszystkim jeńcy ukraińscy z frontu galicyjskiego, wzięci do niewoli podczas polskiej ofensywy latem 1919 roku. Wśród nich był także autor wspomnień, Mychajło Słobidśkyj. Jego relacja jest jednym z najbardziej wstrząsających świadectw zawartych w antologii. Opisuje katastrofalne warunki sanitarne, głód, epidemię tyfusu i masową śmierć więźniów.

Słobidśkyj nie przedstawia Bugszopów po prostu jako miejsca internowania. W jego narracji obóz staje się symbolem cierpienia i upokorzenia, a określenie „obóz powolnego konania” oddaje przekonanie autora, że więźniowie nie tyle byli tam przetrzymywani, ile stopniowo wyniszczani przez głód, choroby oraz okrutne praktyki komendantów. Niezależnie od tego, jak dziś interpretujemy ten tekst, trudno pozostać obojętnym wobec skali ludzkiego dramatu, który został w nim zapisany.

To jeszcze inny fragment, przejdziemy nim do kolejnego wątku. Pisze Feliks Bursa, ojciec Andrzeja, poety: „tu rozpoczęła się owa sławna awantura z żydami, którzy widocznie mając coś na sumieniu, nie wyszli na nasze powitanie” [pisownia oryginalna – R.S.]. Jak międzywojenna Rzeczpospolita radziła sobie z tym, że pogrom żydowski był w istocie wpisany w jej założycielski zryw? Czy lekceważąca postawa Bursy była reprezentatywna?

To faktycznie dobre określenie, że pogrom lwowski był wpisany w niepodległość, stanowił element jej aktu założycielskiego. Ale problem z tym pogromem był nie tylko etyczny, ale i polityczny, bo wieść o tych zdarzeniach poniosła się szerokim echem po całym świecie zachodnim. Był to chociażby temat, z którym musieli się mierzyć polscy reprezentanci na konferencji pokojowej w Paryżu. W sytuacji, gdy trwały obrady, na których dyskutowano kwestię polskich granic, akty przemocy antyżydowskiej stały się bardzo niewygodne dla polskich władz.

Polska na arenie międzynarodowej próbowała się zaprezentować jako kraj demokratyczny, mogący stanowić bezpieczną ojczyznę dla wszystkich swoich obywateli. Pogrom lwowski plamił jej reputację jako pretendenta do władzy w byłej wschodniej Galicji, zmuszał do wyjaśnień przed przedstawicielami zwycięskiej koalicji i międzynarodowym gremium obserwatorów. Ponieważ było to niezwykle kłopotliwe, przedstawiciele polskich władz i opinii publicznej intencjonalnie zacierali tragedię Żydów, co dodatkowo eskalowało napięcia polsko-żydowskie.

Strategie tego zacierania były różne, od Mączyńskiego, o którym mówiliśmy wcześniej, po bagatelizowanie, wpisanie tych wydarzeń w kontekst zawieruchy wojennej. Wszak jest wojna, zatem są ofiary. Inną strategią było przerzucanie odpowiedzialności za przemoc na przypadkowych przestępców, których Ukraińcy mieli powypuszczać z więzień podczas walk. Podkreślano, że w tej przestępczej masie znaleźli się ludzie różnych narodowości, w tym ukraińskiej, a nawet żydowskiej.

Jak na tej instalacji Sumlińskiego w Jedwabnem. Czyli po pierwsze – pogromu nie było, po drugie – nawet jeśli był, to zrobili go Niemcy, a po trzecie – nawet jeśli Polacy, to Żydzi sami się prosili.

Tak, ewentualnie, nawet jeśli to byliśmy my, to w gronie rozmaitych „innych”, zwłaszcza Ukraińców. Ale przejdźmy do tego „im się należało”, bo taki argument też funkcjonował w polskim dyskursie. Żydów posądzano o nielojalność – najpierw ze względu na neutralność ogłoszoną w konflikcie polsko-ukraińskim, to miał być pierwszy policzek; drugim zaś miało być nieprzestrzeganie tej neutralności w czasie bitwy o Lwów i sprzyjanie stronie ukraińskiej w całej wojnie.

Na tym podłożu zbudowano narrację na temat pogromu, który miał być usprawiedliwioną reakcją strony polskiej. Antoni Jakubski, który był szefem sztabu Mączyńskiego, w 1933 roku pisał, że dzielnicę żydowską należało „po militarnemu” spacyfikować i przedstawiał domniemany opór ludności żydowskiej jako bezdyskusyjny „fakt”. Jan Gella, autor wspomnień z wojny, bardzo wcześnie zresztą wydanych, bo już w 1919 roku, twierdził, że pogrom stanowił „nieszczęsny wypadek” i że trzeba było „zaprowadzić porządek” w kwartałach żydowskich. Pogrom został zatem wpisany w narrację odtwarzania ładu.

Czytaj także „Niema na świecie więcej zapomnianej i niedocenianej istoty jak wieśniaczka” Antonina Tosiek

Bardzo szybko włączyła się w to prasa polska, nie tylko lwowska, ale też ogólnokrajowa, która nieustannie umniejszała skalę pogromu. Podważała świadectwa o licznych ciałach leżących na ulicach, tłumaczyła tę okoliczność tym, że Żydzi po prostu tych ciał nie chowali. Pojawiały się też argumenty o „aliansie rusko-żydowskim”, dosłownie tak brzmiał tytuł jednego z artykułów opublikowanych w krakowskim „Głosie Narodu” 15 grudnia 1918 roku. W ramach tego rusko-żydowskiego porozumienia miał być przeprowadzony „nieudały zamach ma Lwów”. To znaczy miasto miało być atakowane od zewnątrz przez Ukraińców, a od wewnątrz przez Żydów i tylko sprawna operacja Polaków pozwoliła przechwycić broń znajdującą się jakoby rękach żydowskich, spacyfikować dzielnice żydowskie i zdusić akcję w zarodku.

No ale przecież Polską rządzą jeszcze wtedy Piłsudski z Moraczewskim, których nie kojarzymy raczej jako liderów polskiego antysemityzmu.

Ówczesne elity żydowskie też wychodziły z tego założenia. Apelowały do polskich władz z prośbą o potępienie pogromu i rehabilitację społeczności żydowskiej, o odwołanie tych zarzutów, które pojawiały się polskiej przestrzeni publicznej. Szczególnie aktywny był tu Żydowski Komitet Ratunkowy, powołany już 29 listopada 1918 roku, aby nieść pomoc poszkodowanym, ale także zabezpieczyć i udokumentować wiedzę o przebiegu oraz charakterze pogromu. Gromadził on świadectwa i zeznania, podejmował interwencje na poziomie administracyjnym i urzędowym, wysyłał memoriały i apele do władz wojskowych i cywilnych, zarówno lokalnych, jak i centralnych. Gremialny udział prawników w kierownictwie Komitetu jest w tym kontekście w pełni zrozumiały. Mączyński wielokrotnie wyzłośliwiał się zresztą na Komitet, pisząc, że to same „adwokaty i mecenasy”. Poza Komitetem liczne apele formułowali międzywojenni syjoniści, a także Tobiasz Aszkenaze, adwokat, prezes lwowskiej Izby Adwokackiej i rzecznik asymilacji Żydów do kultury polskiej.

Czytaj także Najbardziej opiniotwórcza książka o historii wydana w PRL-u Paweł Machcewicz

Żydzi bardzo dbali o to, aby odezwy do władz były formułowane precyzyjnym językiem prawnym; nie odwoływali się do argumentów mniejszościowych, lecz formułowali postulaty w języku praw obywatelskich: do rzetelnego procesu, równości wobec prawa i wyłączenia zbiorowej odpowiedzialności. Te wszystkie odezwy spotkał jednak los obiegu gabinetowego. Krążyły od ministra do ministra, nie trafiały celu, choć adresowano je oczywiście przede wszystkim do Piłsudskiego i Moraczewskiego. Funkcjonowały jako akty rejestracji sprzeciwu, ale nie jako instrumenty realnego oddziaływania. Państwo polskie nigdy oficjalnie nie potępiło pogromu. W zasadzie jedynym osiągnięciem społeczności żydowskiej był fakt, że powołano dwie komisje śledcze.

Jednej z nich przewodził Leon Chrzanowski.

Tak, pierwszą komisją była ta złożona z dyplomaty Chrzanowskiego oraz byłego redaktora pisma „Izraelita” Józefa Wasserzuga. Przeprowadziła dochodzenie we Lwowie jeszcze w grudniu 1918 roku. Drugą była komisja sędziego Sądu Najwyższego Zygmunta Rymowicza; ta działała na początku roku 1919.

Gdy komisja Rymowicza przyjechała do Lwowa, prasa żydowska, przede wszystkim „Chwila”, duża syjonistyczna gazeta wydawana po polsku, nawoływała: „idźcie, zeznawajcie, opowiedzcie, jak było”, przedstawiając sędziego jako potencjalnie wiarygodnego arbitra sprawiedliwości. I odzew był ogromny, ponad tysiąc żydowskich mieszkańców miasta stawiło się przed komisją, co świadczyło zarówno o rozmiarach traumy, jak i o wierze w sprawczość procedury prawnej. Podobne wezwanie wystosowały władze polskie, zachęcano mieszkańców, by zeznawali i oczyścili „dobre imię miasta”. Ale odzew po stronie Polaków był niewielki, nieporównywalnie mniejszy niż w przypadku ludności żydowskiej. To z kolei dowodziło, że dla większości Polaków sala przesłuchań pozostawała sferą wtórną wobec dominującej narracji medialnej, niezdolną do kształtowania obowiązującego obrazu wydarzeń.

Rymowicz zgromadził tysiące stron akt, głównie na podstawie zeznań, ale ta potężna dokumentacja spoczęła w archiwach. Jeśli chodzi o raport z działań komisji, mamy o nim jedynie szczątkowe informacje. Znany jest on tylko w przekładzie (nie wiadomo, czy pełnym), wykonanym dla Komisji Morgenthaua [amerykańska misja rządowa wysłana do Polski w związku z zachodnimi doniesieniami prasowymi na temat pogromu lwowskiego. Pracowała w drugiej połowie 1919 roku – R.S.] i podanym do druku przez Davida Engela w „Kwartalniku Historii Żydów” w 2004 roku.

Skoro dokument ten nie doczekał się publikacji w epoce, to w oczywisty sposób nie trafił do debaty publicznej. Choć miał najwyższy status urzędowy, uległ wyciszeniu, a to oznacza, że pozostał bez przełożenia na prawo, pamięć zbiorową czy politykę państwową. Wiedza wytworzona i dostarczona komisji przez poszkodowanych i świadków została zarejestrowana, lecz pozbawiona operatywności zarówno w wymiarze normatywnym, jak i symbolicznym.

Podobny był los z raportu Chrzanowskiego i Wasserzuga – również utajnionego. Odnalazł go historyk, Jerzy Tomaszewski w Archiwum Akt Nowych, dopiero w 1984 roku. Do tamtego momentu treść raportu była nieznana; spuszczono na niego zasłonę milczenia instytucjonalnego, które przybrało formę procedury: dokumentacja istniała, ale po prostu nie weszła do obiegu informacji. Wszystko, co wiedziano, wynikało z krótkiego tekstu prasowego w „Robotniku” z grudnia 1918 roku, czyli relacji z konferencji prasowej, na której autorzy opowiedzieli pokrótce, co zastali we Lwowie, i zapowiedzieli powstanie raportu.

Cała antologia – jej zasięg, porządek treści i wyciągnięcie głosów ukraińskich na początek, rewizja terminologii – jest oczywiście efektem pewnego zamysłu politycznego, może nawet ideologicznego. Oddać pierwszeństwo głosom mniejszościowym, niehegemonicznym, nie stawiać polskiej perspektywy w centrum debaty. Czy ukraińskie środowisko naukowe jest gotowe na podobny gest?

W pana pytaniu jest zawarta teza, co do której mam pewne wątpliwości, a więc że sama strona polska jest na to gotowa.

Książka, o której rozmawiamy jest z tego co wiem pierwszą publikacją pomyślaną w ten właśnie sposób, by pokazać wielogłos. Nie chodziło mi przy tym o odwrócenie hierarchii i zastąpienie jednej perspektywy dominującej inną. Istotą projektu było raczej ustawienie różnych głosów obok siebie, horyzontalnie, tak aby żaden z nich nie pełnił roli arbitra rozstrzygającego o znaczeniu wszystkich pozostałych. Wydarzenia lwowskie były bowiem przeżywane przez różne społeczności w radykalnie odmienny sposób i żadna pojedyncza narracja nie jest w stanie wyczerpać ich sensu.

Myślę też, że dialog nie zaczyna się od zgody ani od przyjęcia tych samych opinii. Zaczyna się od gotowości wysłuchania drugiej strony i uznania, że jej doświadczenie może wyglądać zupełnie inaczej niż nasze własne. Wielogłos nie usuwa różnic ani konfliktów pamięci, ale pozwala je zobaczyć i lepiej zrozumieć. W tym sensie jest raczej zaproszeniem do rozmowy niż próbą narzucenia nowej interpretacji przeszłości. Tego, czy polska strona jest gotowa na rozmowę, dowiemy się dopiero po recepcji książki…

…ale na tyle jest gotowa, że książka wyszła jako publikacja naukowa, element rozliczenia grantu NCN.

Tak, z pewnością jest gotowa w tym sensie, że projekt publikacji został zaakceptowany, i to entuzjastycznie, książka przeszła pozytywnie procedurę recenzji, a wydawnictwo Centrum im. Juliusza Mieroszewskiego ją wydało. Co więcej, toczy się wokół niej dyskusja, co mnie bardzo cieszy.

Natomiast co do strony ukraińskiej – uczestniczę w licznych spotkaniach w Ukrainie, antologia cieszy się tam bardzo dużym zainteresowaniem, zwłaszcza wśród lwowskich historyków i historyków kultury. Otrzymałam nawet podziękowania, choć nie jest to przecież publikacja afirmująca którąkolwiek z narodowych narracji, a w tekstach jest też mowa o przemocy, której dopuszczała się strona ukraińska na Polakach. Zależało mi raczej na pokazaniu współistnienia różnych pamięci i głosów, wraz z trudnymi i często bolesnymi doświadczeniami.

Podczas ostatniego spotkania we Lwowie sala była pełna, debata trwała ponad dwie godziny, pojawiły się liczne propozycje, by tę książkę wydać również po ukraińsku. Pozwoliłam sobie wtedy na uwagę, że w razie wydania ukraińskiego, należałoby przebudować porządek antologii i wysunąć z kolei na początek głosy Polaków, oddać sprawiedliwość stronie polskiej. Być może, że reakcja na tę sugestię będzie częścią odpowiedzi na pana pytanie.

Pierwsza pozycja w spisie treści nie oznacza jednak, że któraś z perspektyw na wyłączność na prawdę, bo dopiero ich zestawienie pozwala dostrzec złożoność historii. I być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy dziś w rozmowach o przeszłości. Nie kolejnych monologów, lecz odwagi patrzenia na znane wydarzenia z więcej niż jednego punktu widzenia.

**

Jagoda Wierzejska – historyczka literatury i krytyczka literacka. Doktoryzowała się w Zakładzie Literatury XX i XXI wieku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w 2011 roku. Jest autorką książek Retoryczna interpretacja autobiograficzna. Na przykładzie pisarstwa Andrzeja Bobkowskiego, Zygmunta Haupta i Leo Lipskiego (2012) oraz Była wschodnia Galicja w Polsce, Polska w byłej wschodniej Galicji. Obraz (wielo)narodowej prowincji w międzywojennej literaturze polskiej (2023).

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x