Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Luka w empatii

„Łobuz”, reż. Harris Dickinson

Już się szykujemy, żeby z radości klasnąć w dłonie i krzyknąć, że, och, kolejna młoda dusza została uratowana, chwalmy Pana i Państwo! A wtedy Dickinson funduje nam zabójczy drift w fabule.

ObserwujObserwujesz
Frank Dillane jako tytułowy „Łobuz” Recenzja
Walka

Podstawowa trudność, przed jaką staje reporter, pisarz albo reżyser, zasadniczo każdy twórca, który pragnie wypowiedzieć się artystycznie na temat wykluczonych, najróżniejszych ofiar dominującego porządku ekonomiczno-politycznego, klasy podporządkowanej czy ludu, nie jest techniczna, ale etyczna. To problem autentyczności i reprezentacji. Komu to wszystko opowiadam? Kim jestem, że chcę oraz mogę – przeciwko którym siłom? Kto ostatecznie zyska na mojej opowieści, kto kogo w niej ujrzy i po co w ogóle patrzy?

Ideałem byłoby dzieło autorstwa samego portretowanego. Nie jest to jednak często możliwe. Zwłaszcza w branży filmowej, w której panoszą się rody aktorsko-reżyserskie, a do realizacji własnej, unikalnej wizji potrzeba ogromnych pieniędzy i sztabu współpracowników.

Czytaj także Myszy i nadludzie Łukasz Najder

Rzecz i w tym, że ci „skrzywdzeni i poniżeni” bywają po wielokroć ukazywani za pomocą klisz i stereotypów. Bo jeśli pracownica seksualna, to koniecznie taka wygadana, co to „zna życie” i dzieli się z innymi gorzką, uniwersalną mądrością, akceptując jednocześnie swoją profesję jako coś pomiędzy socjologiczną przygodą a pracą fizjoterapeutki. Nastoletni lokator blokowiska w mieście średniej wielkości albo kamienicy z Łodzi czy Warszawy – łysa głowa, na końcu języka zawsze „matula” i „psy”, w tle pogrywa gniewny rap o pryncypiach ulicy. Biedujący emeryt o wesołym jednak usposobieniu i przedwojennych manierach. Sejmiki retorów pod sklepikiem spożywczo-przemysłowym. Człowiek rolny posługujący się koślawą, oszczędną polszczyzną, dzięki czemu od razu wiadomo, że jest niereformowalnym tradycjonalistą.

No i bezdomni. Z tych zrobiono flanerujących dostojnie filozofów, którzy łajają społeczeństwo postindustrialne za nadmierny konsumpcjonizm, bałwochwalstwo, nieroztropną gospodarkę odpadami.

Reżyserowi i scenarzyście Łobuza, Harrisowi Dickinsonowi, udało się wyminąć te pułapki. Więcej – to on zastawił pułapkę na widzów. Łobuz, debiut reżyserski aktora grającego wcześniej w Beach Rats, W trójkącie, Babygirl i serialach, jest wyzwaniem rzuconym naszym przyzwyczajeniom filmowym – prowokacją godzącą w naszą słabość do ckliwych, przewidywalnych historyjek społecznych zwieńczonych patetycznym happy endem.

Łobuz to opowieść o mozolnym wydobywaniu się z dna – o próbie ucieczki z piekieł uzależnienia i bezdomności, a przy tym o współczesnym Londynie gównianych pracek, marginesu, ciągłej niepewności ekonomicznej i zagłuszaniu tej grozy weekendową najebką czy mocno odklejonymi fantazjami o własnym biznesie, co rychło powstanie.

Oto Mike, główny bohater filmu, wreszcie się ogarnął i najwyraźniej późny kapitalizm postanowił dać mu szansę, druga, entą, może ostatnią. Po tym jak pobił i okradł poczciwego samarytanina, który chciał go wesprzeć ciepłym posiłkiem, prawiąc zarazem o lukach w empatii u rządzących, trafił do puchy. Po wyjściu nie wrócił jednak na legowisko z kartonów i do żebraniny, bo pomoc społeczna załatwiła mu hostel, opiekę psychologiczną i robotę w hotelowej kuchni.

Tam został dobrze przyjęty i zawiązał nowe kumpelskie relacje. Niestety, jego rogaty charakter znowu się raptem aktywował, przez co doszło do konfliktu Mike’a z szefem, a w rezultacie – zwolnienia i konieczności poszukania sobie pracy gdzie indziej. Udało się. W firmie zajmującej się utrzymywaniem czystości na terenach zielonych poznaje nawet obrotną kobietę, z którą tworzy miłosny związek. I kiedy szykujemy się już, żeby klasnąć w dłonie z radości i krzyknąć, że, och, kolejna młoda dusza została uratowana, chwalmy Pana i Państwo!, Dickinson funduje nam prawdziwy, zabójczy drift w fabule.

Łobuz jest aktorskim popisem Franka Dillane’a. Bije z niego w tej kreacji złowroga, stawroginowska aura. Nikt bowiem nie zna klucza, według którego postępuje: skąd bierze się w nim nagła agresja, czemu kompulsywnie rani najbliższych, dlaczego momenty prawdziwego zaangażowania w odzyskane normalne życie i pracę przeplatają się z demobilizującym luzactwem i skłonnością do autodestrukcji. I kim właściwie jest.

Bo Dillane zagrał tu nie pojedynczego Mike’a, lecz najmniej kilku. Raz oglądamy więc zdziwaczałego, namolnego przegrywa w typie uczestnika reality show sprzed 20 lat, raz pięknego młodzieńca, raz bezwzględnego psychopatę, a jeszcze innym razem pogubionego człowieka, który dostał zbyt wiele elementów układanki do samodzielnego złożenia, którą to układanką jest jego życie. W przeszywającej scenie karaoke, gdy Mike z koleżankami śpiewa z pasją Whole Again Attomic Kitten być może widzimy go takim, jakim jest naprawdę – spragniony miłości i zrozumienia, niezakorzeniony, cudaczny, porzucany, bez rodziny. Sierota, mizerak, łobuz.

Niezwykłość i pewien rodzaj wielkości tego filmu są pochodną świadomej decyzji jego twórcy, żeby wzbronić się od wyraźnego przechyłu w jakąkolwiek stronę ideologiczną czy interpretacyjną. Łobuz nie będzie zatem ani lewicowym oskarżeniem systemu, ani gloryfikacją ryzykanckiego istnienia poza schematami, ani naturalistycznym obrazkiem z nizin społecznych czy studium osoby w kryzysach, ani też krzepiącą bajką dla wielkomieszczuchów.

Niewykluczone, że jest po prostu wezwaniem, abyśmy w świecie, który zamieszkujemy, znaleźli miejsca dla każdego, obojętne kogo w tym kimś zobaczymy – bliźniego w potrzebie, wykluczonego, lumpa, odmieńca.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x