Pewna ukraińska jednostka wojskowa od czterech lat, od początku pełnoskalowej wojny, prosiła prezydenta, by nadać jej imię bohaterów UPA. Wołodymyr Zełenski w końcu podpisał decyzję. W Ukrainie początkowo nikt tego nie zauważył. Zareagowała dopiero Polska – a w odpowiedzi prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu wcześniej przyznane mu odznaczenie. W ciągu kilku dni z lokalnego gestu zrobił się kolejny polsko-ukraiński kryzys.
Zanim wyjaśnię, dlaczego uważam ten kryzys za spór w znacznej mierze pozorny, jedno trzeba powiedzieć wprost. Mieszkam w Polsce od wielu lat i wiem, że dla wielu osób – także moich znajomych i studentów – Rzeź Wołyńska to realna, głęboka trauma niesiona przez pokolenia. Każda ukraińska wzmianka o UPA dotyka u nich bardzo bolesnego miejsca. Dla wielu Ukraińców UPA to symbol walki o niepodległość; dla większości Polaków — symbol masowych mordów ludności cywilnej na Wołyniu. Te dwie pamięci istnieją równolegle, czy nam się to podoba, czy nie.
Oglądaj wideokast:
A jednak ten konflikt jest odczytywany na opak. Dla Polski to spór o historię. Dla Ukrainy – nie. To, co Warszawa widzi jako antypolski gest, w Kijowie jest gestem antymoskiewskim. A głębiej: jest etapem ukraińskiej dekolonizacji, czyli odzyskiwania podmiotowości. Nie zniewaga, lecz dekolonizacja – i dopóki obie strony tego nie zrozumieją, będą mówić obok siebie.
Bandera jako mit, nie postać
To, że Stepan Bandera i UPA stają się symbolem całej Ukrainy – a nie tylko jej zachodniej części – jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jeszcze przed Rewolucją Godności większość Ukraińców miała do OUN, Stepana Bandery czy Romana Szuchewycza stosunek obojętny albo wręcz negatywny – a dziś, jak pokazują kolejne badania, stają się oni bohaterami mainstreamu. Przez całe dekady istnienia Związku Radzieckiego Moskwa wtłaczała Ukraińcom do głów własną, imperialną narrację: że banderowcy to najgorsi z najgorszych – zdrajcy i kolaboranci – a ich największą „winą” było to, że jeszcze długo po zakończeniu wojny, z bronią w ręku, walczyli z Sowietami. Z tej perspektywy dzisiejsze przewartościowanie jest po części po prostu zrzucaniem rosyjskiej narracji, odruchem dekolonizacji.
Tyle że dla polskiej lewicowej opinii publicznej problemem nie jest tu już antypolskość – to akurat obsesja prawicy – lecz wynoszenie na ikony suwerenności postaci współodpowiedzialnych za kolaborację i czystki etniczne. Polska lewica krytykuje kult „żołnierzy wyklętych” – formacji mających na sumieniu mordy także na Żydach, Ukraińcach i Białorusinach, a w których prawica chce widzieć wyłącznie bohaterów i oczekuje takich samych rozliczeń od Ukraińców. Tylko że trwa wojna – rzeczywistość, która nie sprzyja niuansom. Druga rzecz to odmienna wrażliwość historyczna: z ukraińskiego punktu widzenia duchy nazizmu bledną wobec zagrożenia rosyjskiego, podczas gdy w polskiej pamięci budzą większą grozę.
Czy to, że symbolika UPA podnosi w Ukrainie morale w walce z Rosją i nie jest gestem antypolskim, usprawiedliwia fakt, że ukraińskie elity i ukraińskie społeczeństwo od lat nie podejmują poważnej rozmowy o Wołyniu, promując zarazem postaci moralnie obciążone na coraz większą skalę? Nie. To dlaczego tak robią? Odpowiedź nie brzmi „ze złej woli”. Brzmi: bo prawie w ogóle nie myślą o Polsce.
Polska obsesja, ukraińska obojętność
W Kijowie o Warszawie niemal się nie myśli. Polacy wciąż pozostają w Ukrainie jednym z najbardziej lubianych narodów, ale polska kultura – poza kilkoma wyjątkami, jak Olga Tokarczuk czy Wiedźmin – pozostawia Ukraińców obojętnymi. Gdy Ukraina nie oddała w tym roku głosów na Polskę w Eurowizji, w Polsce odebrano to jako kolejny dowód ukraińskiej niewdzięczności: jak – po tym wszystkim, co Polska zrobiła dla Ukrainy – można było nie zagłosować? Moi ukraińscy znajomi rozkładali ręce: piosenka się nie spodobała, więc nie zagłosowaliśmy. Tyle. Ten rozdźwięk jest wiele mówiący: to, co w Polsce urasta do ogromnych emocji, w Ukrainie bywa zupełnie niepojęte. Kraj, który – jak ujął to Zełenski, odsyłając Nawrockiemu nagrodę – żyje od ataku do ataku, nie rozumie polskiej reakcji.
Dwa różne języki
Ponieważ życie polityczne w Polsce jest o wiele bardziej zanurzone w historii niż w Ukrainie, wielu Polaków jest dziś przekonanych, że poszczególne kroki Kijowa – zwłaszcza te dotyczące OUN, UPA i Bandery – to świadome gesty przeciwko Polsce. W Kijowie natomiast nie chodzi o złą wolę, lecz o brak wrażliwości na polską traumę: brak wiedzy, brak kontekstu i chłodną kalkulację. Polska nie jest dla Ukrainy krajem priorytetowym – zakłada się, że i tak pozostanie partnerem, bo łączy nas wspólny wróg, więc wysiłek dyplomatyczny kieruje się ku ważniejszym z punktu widzenia wojny partnerom zachodnim, w tym USA. Brakuje think-tanków zajmujących się Polską. Brakuje, najogólniej, zainteresowania Polską – i wśród elit, i wśród obywateli. W odróżnieniu od Polski, gdzie Ukraina bywa obsesją, w Ukrainie mało kto się Polską przejmuje.
Początek wojny przyniósł realny moment polsko-ukraińskiej bliskości — i nie była to wyłącznie polska fantazja, czuło się ją także po stronie ukraińskiej. Gdy jednak wojna z fazy egzystencjalnej solidarności przeszła w długi marsz, uwaga Kijowa racjonalnie przesunęła się ku partnerom kluczowym dla przetrwania – Zachodowi i USA. Doszło do tego zmęczenie polskim domaganiem się „wdzięczności”, a kiedy minął moment solidarnościowej euforii, wróciła dawna asymetria. Był to zarazem najlepszy moment na obustronne, symboliczne gesty pojednania – niestety został zmarnowany.
Odzyskiwanie podmiotowości
Dlatego w Ukrainie mało kto postrzega obecny kryzys jako konflikt historyczny – raczej jako polityczny i po części dekolonizacyjny. Chodzi o odzyskiwanie podmiotowości. Przez dekady głównym punktem odniesienia Ukrainy była Rosja; dziś coraz częściej także Zachód i Polska. Towarzyszy temu większa asertywność, którą w Polsce odczytuje się jako „nieumiejętność przyznania się do błędu” albo rzekomą postsowieckość ukraińskich elit – brak wyrafinowania, „dyplomację młotkiem”, emocjonalność. Sprzyjają temu polscy eksperci, którzy nieraz kreślą obraz przepaści cywilizacyjnej, sprowadzając debatę do miękkiego orientalizmu: Ukraińcy są aroganccy, brak im kompetencji, są jak dzieci, poczekajmy, aż dorosną. Ukraina, zwłaszcza w kontekście wojny, nie czuje potrzeby rewizji historycznej, a każdą presję ze strony Polski odbiera jako paternalizm i próbę rozegrania „karty ukraińskiej” w wewnętrznych rozgrywkach.
Lustro pamięci
Co kluczowe, tożsamość obu narodów jest zbudowana na byciu ofiarą. W ukraińskim przypadku – także ofiarą polskiego kolonializmu w I Rzeczypospolitej i polskiego nacjonalizmu w II RP. Ukraińców zdumiewa propozycja, by rozmawiać wyłącznie o Rzezi Wołyńskiej — bez kontekstu wzajemnych konfliktów wcześniejszych stuleci — w wydaniu polskiej „prawdy historycznej”, która po 2015 roku ma tendencję do zawyżania liczby ofiar polskich, pomniejszania lub pomijania ukraińskich i do coraz ostrzejszych określeń: zbrodnia „wyjątkowo bestialska” (Morawiecki, 2022), tak okrutna, że „ma mieć osobną nazwę” (Morawiecki, 2023), „ludobójstwo gorsze niż niemieckie” (Kaczyński, 2023). Im bardziej polska polityka historyczna staje się asertywna i nacjonalistyczna, tym większy opór budzi w Ukraińcach – którzy odpowiadają własną asertywną, nacjonalistyczną polityką pamięci. To jest lustro.
Do tego dochodzi wojna. W jej cieniu cała ta przepychanka tylko utwierdza Ukraińców w poczuciu, że Polacy mogą sobie pozwolić na spory historyczne w wygodnych fotelach, podczas gdy oni żyją w zupełnie innej rzeczywistości. To, że Polska naciska akurat teraz, budzi złość. A gdy do tego dochodzi historia o „rozsypanym ukraińskim ziarnie”, dotykająca ukraińskiej traumy Wielkiego Głodu, każda wzmianka o polskiej wrażliwości zaczyna brzmieć jak narracja ludzi nieżyczliwych Ukrainie. Dokładnie w tej roli sama się znalazłam, próbując tłumaczyć ukraińskim znajomym polską perspektywę na Wołyń.
Polska kanonizacja Wołynia
Bo po polskiej stronie też nie ma symetrii dobrej woli. Na polskiej prawicy panuje w sprawie Wołynia niemal kanonizacja. Choć polska strona liberalno-lewicowa w ostatnich dekadach na różne sposoby przepracowywała polskie winy, to właśnie prawicowa optyka coraz mocniej narzuca ton państwowej polityce pamięci. Od 2015 roku, odkąd władzę przejął PiS, akcent się zaostrza, liczba polskich ofiar rośnie, ukraińskich – maleje. Polska odrzuca myśl, że jej historyczna obecność na tych ziemiach miała elementy kolonialne, a Rzeź Wołyńska bezpodstawnie uchodzi za jedyną sporną kwestię w relacjach z Ukrainą – czemu towarzyszy nikła wiedza o ukraińskiej historii i polityce pamięci. Polska prawica zrobiła ze zbrodni wołyńskiej tępe narzędzie, wzmacniane jeszcze algorytmami i logiką platform (anty)społecznościowych. Dyskryminacja Ukraińców przed wojną? Nieważne, bo mord wołyński. Akcja „Wisła”? Nieważne, bo mord wołyński. Spirala hejtu wobec Ukraińców dzisiaj? Nieważne, bo mord wołyński. W UPA było 200 tysięcy ludzi, a w Armii Czerwonej – 6 milionów Ukraińców; może warto o tym porozmawiać? Nie, bo mord wołyński.
Dwa spektakle polityki wewnętrznej
Na to wszystko nakłada się polityka wewnętrzna – po obu stronach. Zełenski ma skłonność do ryzykownych kroków na arenie międzynarodowej; to populistyczna asertywność. Z nieformalnych relacji wyłaniają się dwie wersje jego decyzji. Pierwsza: podpisał kolejny dokument, nie patrząc i nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Druga: zaryzykował świadomie, mimo ostrzeżeń o polskiej reakcji, dla wewnętrznego pożytku – by ostudzić emocje po serii skandali korupcyjnych i wzmocnić wizerunek patrioty. Że nie była to strategia przemyślana, świadczy fakt, iż gdy podpisywał decyzję, w Ukrainie nikt jej nie zauważył; dostrzeżono ją dopiero po wybuchu reakcji w Polsce. Tak czy inaczej Zełenski zyskał: „orderopad” zjednoczył kraj wokół prezydenta podobnie jak wcześniejsza awantura z Trumpem w Białym Domu. Wizerunkowo odniósł spektakularny sukces.
Jego polski odpowiednik gra w tę samą grę z drugiej strony. Nawrocki od początku kadencji zaostrzał relacje z Ukrainą pod hasłem „większej asertywności”; tu poszedł za nastrojami Polaków, z których większość źle przyjęła decyzję Zełenskiego, i przy okazji zastawił pułapkę polityczną na Tuska – którą błyskawiczny zwrot nagrody przez Zełenskiego unieważnił. Efekt: kolejna fala polaryzacji i nagonki na Ukraińców oraz zauważalne osłabienie Polski na arenie międzynarodowej. W suchym rozrachunku głównym celem obu decyzji była polityka wewnętrzna. I jeden, i drugi łatwo mogli tej sytuacji uniknąć. Skoro Zełenski czekał cztery lata, mógł poczekać jeszcze – zwłaszcza przed zbliżającą się konferencją w sprawie odbudowy Ukrainy. Nawrocki nie musiał doprowadzać sprawy do absurdu i odbierać orderu. Ale każda ze stron postanowiła grać do końca.
Dekolonizacja, nie zniewaga
I tu wracamy do sedna. W ukraińskim dyskursie dominuje argument intencji: „naszym celem nie było obrażenie polskiej pamięci” – i to ma zamykać temat. Polsce to nie wystarczy. Polska oczekuje przeprosin, a przez przeprosiny rozumie przyjęcie polskiego punktu widzenia. Na to Ukraińcy się nie zgodzą. I nie dlatego, że Zełenski jest nacjonalistą – bo nie jest, jest bezideowym populistą. Dlatego, że Ukraina w przyśpieszonym tempie przechodzi dekolonizację: od podporządkowanej krytyki do suwerennej autonarracji, do budowania własnej opowieści o sobie – w której nie ma miejsca na narzucanie cudzej wizji historii.
To nie znaczy, że o Wołyniu nie da się rozmawiać. Da się – ale poważna rozmowa o Rzezi Wołyńskiej i innych bolesnych kartach jest łatwiejsza wtedy, gdy nie toczy się z pozycji kompleksów, zależności i nieustannej potrzeby akceptacji silniejszych sąsiadów. Polska domaga się tej rozmowy w momencie, w którym Ukraina jest najmniej zdolna ją podjąć – bo właśnie odzyskuje podmiotowość. Stąd gest, który w Warszawie czyta się jako zniewagę, w Kijowie jest po prostu częścią stawania się sobą. Dopóki nie nazwiemy tego po imieniu – dekolonizacją, nie zniewagą – będziemy mówić obok siebie.
*
dr Oleksandra Iwaniuk – pisarka, badaczka społeczna, adiunktka na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego, założycielka klubu Po Sąsiedzku w Ukraińskim Domu w Warszawie, promującego dialog międzykulturowy i pojednanie poprzez literaturę i debatę publiczną.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!