Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Zełenski strollował Moskwę. Licha parada przeszła za jego zgodą

Do podniesienia swojego satyrycznego, a w tym przypadku raczej szyderczego pazura Zełenskiego popchnęła panująca na Kremlu defetystyczna panika.

ObserwujObserwujesz
Uśmiechnięty Wołodymyr Zełenski wklejony na tle kadru z Dnia Zwycięstwa na placu Czerwonym
Serce

2

Głównym politycznym wydarzeniem minionego tygodnia we wschodniej Europie okazało się rozporządzenie Wołodymyra Zełenskiego w sprawie obchodów 9 maja w Moskwie. Prezydent Ukrainy w ukazie nr 374/2026 wydał zezwolenie na organizację wydarzenia i postanowił wyłączyć plac Czerwony – opisany za pomocą współrzędnych geograficznych – z obszaru zastosowania ukraińskiej broni.

Ukraińskie drony doleciały w ostatnich tygodniach aż na Ural, do Permi, Czelabińska i Jekaterynbruga. W tym kontekście organizacja uroczystości z okazji Dnia Zwycięstwa – sztandarowy rytuał putinowskiego reżimu, spajający władzę i społeczeństwo – stała się bólem głowy rosyjskich władz, które dość otwarcie prezentowały obawę, że centrum Moskwy zostanie w tym symbolicznym dniu zaatakowane przez ukraińskie bezzałogowce.

Czytaj także Widmo nowej rewolucji w Rosji Paulina Siegień, Wojciech Siegień

Rosjanie wpadli więc na genialny w swej prostocie pomysł. Ogłosili jednostronny rozejm na dwa-trzy dni. W razie gdyby Ukraińcy postanowili się do niego nie zastosować, Rosjanie zagrozili zmasowanymi atakami na Kijów. Pomysł rozejmu z okazji 9 maja wsparł znany działacz pokojowy Donald Trump, co z kolei zirytowało rosyjskich Z-patriotów, czyli radykalnych apologetów wojny – to jednak obciach, by prezydent Imperium Zła występował jako gwarant, że Ukraińcy nie będą strzelali po Putinie i jego (nielicznych) gościach w loży honorowej.

Dzień Zwycięstwa i „specoperacja”, czyli podwójne święto

W paradzie przeszła jedynie piechota, a czołgi i rakiety, którymi Rosjanie tak lubili się chwalić na corocznych uroczystościach, pokazano na wideoklipach. Obchody odbywały się bez publiczności, w centrum Moskwy panowała postapokaliptyczna pustka. Uwłaszczenie się przez postsowiecką Rosję na zwycięstwie ZSRR w wojnie z nazistowskimi Niemcami, zrytualizowane i zmitologizowane przez kolejne lata putinowskiej dyktatury, funkcjonowało jako projekcja siły (pokonaliśmy potężnego wroga i podbiliśmy pół Europy, więc „możemy to powtórzyć”) i moralnej słuszności (pokonaliśmy faszystów, więc sami nie możemy być faszystami, faszystami są tylko nasi wrogowie).

Tegoroczne obchody stały się ilustracją bankructwa zarówno siły, jak i słuszności, jeśli jeszcze ktokolwiek w nie wierzył. Parada, która odbyła się za pozwoleniem ukraińskiego prezydenta, to niezwykle udany trolling – zwłaszcza jak na człowieka, który kilkanaście miesięcy temu słyszał, że w wojnie z Rosją nie ma żadnych kart.

Choć kremlowski projekt przedłużenia triumfu z 1945 roku przez zwycięską wojnę z urojonym ukraińskim faszyzmem zbankrutował nawet w oczach tych, którzy w niego szczególnie wierzyli, to pobiedobiesije – perwersyjne formy świętowania Dnia Zwycięstwa, np. przebieranie noworodków w wojenne mundurki – trwa w Rosji w najlepsze. A nawet zostało zmultiplifikowane przez rodzącą się mitologię „specoperacji”.

Tegorocznym hitem jest rozmowa lokalnej reporterki z kobietą, która w syberyjskim Kiemerowie wzięła udział w „Nieśmiertlenym pułku”. To taka procesja, w której ludzie zamiast wizerunków matki boskiej i świętych niosą zdjęcia swoich przodków, którzy zginęli na frontach tzw. wielkiej wojny ojczyźnianej. Reporterka zapytała kobietę, która niosła dwa portrety, czym jest dla niej Dzień Zwycięstwa. Ta odpowiedziała, że na jednym ze zdjęć jest jej syn, który zaginął na froncie „specoperacji”. Dziennikarka rezolutnie odparła: „Czyli to dla pani podwójne święto” i złożyła rozmówczyni serdeczne życzenia.

Tryzub zamiast sierpa i młoda

Choć tylko w Rosji 9 maja przeistoczył się w doroczne apogeum militarystycznego szału z nekrofilnym posmakiem, to z odziedziczoną po ZSRR mitologią „wielkiego zwycięstwa” borykają się także inne państwa. W „Ukraińskiej Prawdzie” Mychajło Dubynianśkyj zastanawia się nad trwałością sowieckiego militaryzmu i twierdzi, że nie przypadkiem największa wojna XXI wieku toczy się na terytorium, które przez kilkadziesiąt lat podlegało radykalnej militaryzacji. Rosja po prostu poczytuje sobie to dziedzictwo jako chlubę, a Ukraina, jak pisze autor, ze zrozumiałych przyczyn nie stara się od niegо odżegnywać. Nie da się przecież uciec od tego, że głównodowodzący armią ukraińską generał Syrski uczył się jeszcze na sowieckich uczelniach wojskowych. Nie da się ukryć, że Ukraina korzysta z sowieckich zapasów broni i zakładów przemysłowych, które broń w dobie ZSRR produkowały. Ani od tego, że w 2022 roku władzom kraju bezpieczeństwo zapewnił bunkier zbudowany w tzw. kijowskim kwartale rządowym dla sowieckich liderów, którzy mieli w nim przeczekać trzecią wojnę światową.

Czytaj także Czarne chmury, nafta z nieba. Rosjanie wobec ukraińskich ataków na rafinerie Paulina Siegień

Tam, gdzie w grę wchodzi pragmatyzm, trudno wyrzec się tego, co zostało po sojuzie, ale nawet tam, gdzie chodzi o wymiar symboliczny, pojawia się opór. Słynny kijowski monument Matki Ojczyzny (Bat’kiwszczyna-Maty), który, jak pisze Dubynianśkyj, wykonany według najlepszych tradycji estetyki totalitarnej i uroczyście zaprezentowany przez Breżniewa 9 maja 1981 podczas jego wizyty w Kijowie został zdekomunizowany, ale nie totalnie, a poprzez aprorpiację. W spektakularnej z inżynieryjnego punktu widzenia operacji, która miała miejsce w 2023 roku, na tarczy, którą trzyma figura, zdemontowano sierp i młot, a zamontowano ukraiński tryzub.

Dubinianskij uważa, że postsowieckie dziedzictwo ma wpływ także na kształt ukraińskiej armii, która należy do najstarszych na świecie. Jego zdaniem wynika to wprost z doświadczenia życia w poprzedniej epoce politycznej. Starsi ludzie, wychowani w militarystycznej ideologii sowieckiej i przywykli do dyscypliny, łatwiej godzą się na mobilizację. Młodzi, urodzeni w społeczeństwie otwartym, szukają sposobów na uchylenie się od służby, niegotowi ryzykować życia dla interesów państwa i narodu. Dochodzi w ten sposób do wniosku, że pewną część swoich zdolności obrony Ukraina zawdzięcza sowieckiej spuściźnie.

Nie wspomina co prawda o broni jądrowej, bo gdyby także ją udało się Ukrainie odziedziczyć, to tej wojny by nie było. O trudnych kolejach nuklearnej sukcesji, która okazała się fatalna dla Ukrainy, warto poczytać u Mariany Budjeryn.

Tymczasem autor eseju w „Ukraińskiej Prawdzie” podkreśla, że pod żadnym pozorem nie wzywa do rehabilitacji sowka, czyli restauracji sowieckiego modelu państwa i społeczeństwa, z jego ideologizacją, intruzją w życie prywatne, represjami, deptaniem aspiracji narodowych. Radzi jednak spojrzeć prawdzie w oczy: „Myśl, że w krwawym konflikcie z Rosją radzieckie dziedzictwo raczej pomaga, niż przeszkadza państwu ukraińskiemu, jest bardzo nieprzyjemna. Niestety, nie da się zignorować tego faktu. Podobnie jak faktu, że w niektórych kwestiach walcząca Ukraina nie oddali się od ZSRR – a raczej wręcz przeciwnie”.

Dubinianskij dodaje przy tym: „Jeśli jednak jakieś radzieckie praktyki okażą się potrzebne w wojnie, nic nie powstrzyma Ukrainy przed ich przejęciem. A z czasem po prostu przestaną być postrzegane jako radzieckie. Tak jak stało się to z ogromnym pomnikiem, który 45 lat temu uroczyście odsłonił sekretarz generalny Breżniew”.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x