Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Od „uśmiechniętej” Platformy po „państwo z kartonu” – mówimy językiem Jadwigi Staniszkis

Staniszkis wprowadziła do debaty publicznej nie tylko pojęcie postkomunizmu i koncepcję pułapki średniego rozwoju, ale też kategorię „uśmiechniętych” polityków i spojrzenie na Polskę jako na peryferyjne „państwo z kartonu”.

Close-up portrait of an older woman with white hair and red lipstick against a purple background. Rozmowa
Walka

Paweł Jędral: Określasz się jako socjalista, współpracujesz z lewicowymi mediami i angażujesz się też w takież inicjatywy. A jednak Twoja pierwsza „duża” książka jest biografią Jadwigi Staniszkis – powszechnie postrzeganej jako matka chrzestna polskiej prawicy, radykalna antykomunistka i krytyczka PRL-owskiej odmiany socjalizmu. Dlaczego?

Krzysztof Katkowski: Mały spojler: to nie jest książka tylko o Jadwidze Staniszkis. To książka o około 30 osobach, z którymi rozmawiam: politykach, intelektualistach, ludziach współtworzących polskie życie społeczne. Masz tam na przykład Glińskiego, Balcerowicza, Gdulę czy Wosia.

Jako lewicowiec nie sądzę, że można sobie, ot tak, napisać historię narodową ani biografię przedstawiciela narodu. Mateusz Piotrowski skrytykował książkę za to, że nie ma w niej głosów robotników, którzy przecież współtworzyli Solidarność – że pojawia się właściwie tylko jeden taki głos. Ale to było celowe: jest tam jeden robotnik, który chciał być intelektualistą.

Istnieją tylko historie klasowe albo historie mniejszych grup czy warstw w obrębie jednej klasy. Pisanie historii narodowych, nawet jeśli są ludowe, to zawsze pewne uproszczenie, a jeśli takie historie zapominają o zróżnicowaniu społecznym, mogą nawet ryzykować śmieszność.

Czyli tak naprawdę jest to książka o intelektualistach, na których wpłynęła Staniszkis?

Tak, ale o intelektualistach, którzy nie są już jedynie inteligentami. To raczej menedżerowie, zarządcy społeczeństwa, w których Staniszkis – jako osoba i jako autorka – coś uruchamia. I to jest ciekawe: oni wszyscy się uwłaszczają, budują nowy kraj, mają realną władzę i wpływ na rzeczywistość, a jednocześnie wciąż przeżywają, jak to pisze się ładnie w „Wyborczej”, kwestie honoru – kto miał względy Michnika, a kto nie, kogo lubiła ta czy inna osoba. I czują, że muszą się do Staniszkis odnieść, wypowiedzieć, mieć zdanie na jej temat.

Czytaj także Czas rozrzucania kamieni Barbara Szczepuła

Dla mnie to jest także książka o historii tego, że nie mieliśmy w Polsce do końca lewicy – a na pewno nie takiej, która by zwyciężyła i realnie współtworzyła pole polityczne. Ostatnio Janis Warufakis powiedział, że lewica jest największym przegranym ostatnich stu lat, bo za każdym razem to, co przewidywała, okazywało się trafne. Kryzys w 2008 roku, wzrost ruchów faszystowskich czy neoliberalizmu – wszystko to się wydarzyło, ale nikt tych diagnoz nie słucha. My sami zresztą też ich nie słuchamy.

Dzieje się tak dlatego, że nie potrafimy tworzyć pojęć ani wiedzy, która realnie przenikałaby do społeczeństwa. Staniszkis nie chciała tego robić, ale jej to wyszło…

Pisząc książkę biograficzną, sięgasz po formułę szeregu wywiadów, ograniczając swoją obecność w tekście. W efekcie powstaje polifoniczny, często niespójny obraz tego, kim była Jadwiga Staniszkis, jakie miała poglądy i wartości. Jak byś ją jednak opisał ty, autor?

Staniszkis wymyka się prostym opisom z racji swojej intelektualnej niezależności. Pochodziła z prawicowego domu, była w środowiskach opozycji, potem stała się matką chrzestną AWS i PiS, a pod koniec życia przeszła do KOD-u. Nie robiła tego koniunkturalnie, raczej wynikało to z jej własnej, nieoczywistej trajektorii intelektualnej.

Jednocześnie Staniszkis jest dla wielu osób czymś w rodzaju totemu. Różne środowiska projektują na nią własne wyobrażenia: jedni nazywają ją „hochsztaplerką, która nie trzyma się faktów” albo nawet „paranoiczką”; inni podkreślają jej „niesamowitą intuicję”. Nawet u tych samych rozmówców pojawia się ambiwalencja – Antoni Dudek mówi o jej „niezwykłej intuicji politycznej”, ale też o tym, że „bardzo często kompletnie przestrzeliwała”, wskazując zarazem na „genialne fragmenty” i „potworne skróty myślowe”. Z kolei dla Mateusza Morawieckiego jej prace miały charakter formacyjny – były źródłem krytycznego myślenia i intelektualnego zaplecza.

To nie jest więc tylko książka o niej, ale o środowisku – o tym, kto i co o Staniszkis mówi, jak się wobec niej pozycjonuje. I rzeczywiście, w tej książce wywiady często sobie wzajemnie przeczą, choćby w ocenie jej poglądów czy kompetencji. To właśnie pokazuje jej „totemiczny” charakter. Każdy z moich rozmówców próbuje coś z tej Staniszkis wyciągnąć dla siebie, by uprawomocnić własną pozycję, język i interpretację rzeczywistości.

A jaką funkcję Staniszkis pełniła z punktu widzenia lewicy? Autorki kluczowych pojęć? Osoby, którą trzeba znać, żeby w ogóle brać udział w dyskusji?

Lewicowe wątki w polskiej polityce są rozproszone po różnych środowiskach. Znajdziemy je zarówno u liberałów, jak i na prawicy – między innymi dlatego, że przez długi czas nie mieliśmy w Polsce silnej, wyraźnej lewicy. Była ona na tyle słaba, że jej idee funkcjonowały gdzie indziej. Ta książka jest więc dla mnie także wołaniem o podmiotowość – próbą pomyślenia o prawicy z perspektywy lewicowej.

Istotne jest przy tym podkreślenie kwestii klasowych. Jadwiga Staniszkis pochodziła z klasy wyższej, z rodziny konserwatywnej polskiej inteligencji – takiej, którą i po wojnie było stać na niańkę. Nawet jeśli funkcjonowała jako kobieta w silnie zhierarchizowanej rzeczywistości (zwłaszcza w sensie nierówności płci), jej klasowa pozycja pozostawała kluczowa. Relacje do kapitału i środków produkcji, szerzej – mechanizmy stratyfikacyjne – nadal mają zasadnicze znaczenie.

Otwieram książkę historią rodziny Staniszkis. Pojawia się tam wątek jej matki, działaczki ONR-Falangi, aktywnie uczestniczącej w ruchu narodowo-radykalnym i współtworzącej jego ideologię. W tym kontekście znaczące jest, że jako kobieta funkcjonująca w tym środowisku mogła zajmować silną, sprawczą pozycję – brała udział w działaniach politycznych, pisała teksty programowe i uczestniczyła w przemocy politycznej.

Ale co dzisiaj ma przynieść czytanie Staniszkis osobie nieprawicowej?

W kontekście coraz częstszych dyskusji o „lewicy patriotycznej” czy „lewicy nacjonalistycznej”, czyli o tzw. alt-lefcie, warto tę prawicę czytać i traktować poważnie, żeby wiedzieć, jak się od niej odróżniać (na tej samej zasadzie trzeba czytać krytycznie liberałów). Okazuje się bowiem, że między nią a lewicą istnieją pewne punkty wspólne.

W tym kontekście szczególnie ciekawa jest relacja między Jadwigą Staniszkis a Zygmuntem Baumanem – była jedną z jego najwybitniejszych studentek. Ale i na przykład Andrzej Zybertowicz to intelektualne dziecko poznańskiej szkoły metodologicznej, też zadeklarowanych marksistów, choć od pewnego momentu dalekich od lewicy.

Czytaj także Katolickie Państwo Narodu Polskiego: czy ta historia na pewno jest zamknięta? Andrzej Friszke

Mówisz, że dla polskiej inteligencji Staniszkis stała się „totemem”. Co to znaczy??

W tym, co nazywam totemicznością, chodzi o sytuację, w której bierze się postać niewątpliwie wybitną – nawet jeśli ma swoje słabości, o których można by dyskutować – i zaczyna się oddawać jej bezrefleksyjny hołd, zarazem tę postać „spłaszczając”. Jest to więc znaczne uproszczenie tego, co powiedzieliby na ten temat badacze społeczni w stylu francuskim (w polskiej akademii masz świetną pracę Rafała Smoczyńskiego i Tomasza Zaryckiego Totem inteligencki). Tak właśnie bywało ze Staniszkis, zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej.

Dobrze ilustruje ten mechanizm anegdota, której ostatecznie nie zamieściłem w książce, a którą usłyszałem od jednego z rozmówców. W latach 2000. środowisko „Nowego Państwa” – między innymi Robert Krasowski i Cezary Michalski – zorganizowało w Warszawie debatę, na którą zaproszono Petera Sloterdijka oraz Staniszkis. Intencją było pokazanie Sloterdijkowi, że w Polsce istnieje własna, silna tradycja intelektualna.

Z relacji osoby, która opiekowała się wtedy Sloterdijkiem, wynika, że początkowo był on nastawiony bardzo pozytywnie, ciekawiła go możliwość spotkania i rozmowy z polską intelektualistką. Jednak po debacie wyszedł wyraźnie zdezorientowany i nieco strapiony. Miał poczucie, że organizatorzy wykorzystują Staniszkis jako narzędzie – do pokazania mu, że „my tu w Polsce też mamy prawdziwych intelektualistów”, do ustawienia go w roli „zewnętrznego”, zachodniego filozofa, któremu należy coś udowodnić, a nawet wymusić pewien rodzaj uznania.

Tymczasem on chciał po prostu wejść w merytoryczną dyskusję. Sama rozmowa była, jego zdaniem, ciekawa, jednak została zdominowana przez tę „totemiczną” atmosferę i otoczkę, która zniszczyła potencjał debaty.

I tylko Staniszkis jest w Polsce takim totemem?

Podobny mechanizm widać w innych środowiskach – również tych, z którymi sam mam więcej wspólnego. Weźmy choćby stosunek do Adama Michnika. Istnieje tam wyraźny element kultu: wiele osób traktuje go jako jednego z ojców polskiej demokracji, ale bez realnej, krytycznej lektury jego dorobku. Rzadko podejmuje się poważną refleksję nad jego poglądami – na przykład w kontekście neoliberalizmu czy stosunku do Rosji. Po prostu wszedł do pakietu „wielkich ojców polskiego liberalizmu” i tyle.

Taka bezrefleksyjna afirmacja paradoksalnie bardziej szkodzi, niż pomaga. Upraszcza i spłaszcza postać, zamiast pomóc ją zrozumieć. I być może jest to szerszy problem naszego obiegu wiedzy oraz sposobu, w jaki funkcjonują autorytety w Polsce.

Równocześnie nie jest przecież tak, że to zainteresowanie Staniszkis czy przywiązanie do niej jest bezzasadne: Staniszkis stworzyła czy spopularyzowała pewne pojęcia, którymi mówimy do dziś, nawet o tym nie wiedząc: postkomunizm, pułapka średniego rozwoju, rozwoju pośredniego…

Tak, to ona wprowadziła i ugruntowała pojęcie postkomunizmu. Stało się ono jednym z kluczowych narzędzi opisu polskiej transformacji. Jeśli chodzi o kwestie średniego czy pośredniego rozwoju, to nie tyle była autorką samego pojęcia, ile osobą, która wymuszała dyskusję wokół niego. Wprowadzała też do języka polskiej debaty, choć ze strony prawicy, myślenie w kategoriach centrum i peryferii, widząc ówczesną Polskę jako przegraną naszego „skoku w kapitalizm”.

Jej wpływ widać jednak nie tylko w dużych teoriach, lecz także w intuicjach. To od niej wyszło mówienie o „uśmiechniętej” Platformie – odnosiła się do Donalda Tuska jako polityka „uśmiechniętego”, czyli takiego, który bardziej operuje wizerunkiem i komunikacją niż realnym sprawstwem. Podobnie jest z koncepcją „państwa z kartonu”, którą później spopularyzowano w debacie publicznej. Już w czasach „Solidarności” pisała o tym, że władza w Polsce ma często charakter pozorny – wskazywała na „pozorność całego systemu” jako jego immanentną cechę.

W wywiadzie z Małgorzatą Molędą-Zdziech, ekonomistką z SGH, pojawia się wątek, że Staniszkis była jedną z pierwszych akademiczek wychodzących do mediów – do telewizji – co w środowisku naukowym długo było źle widziane. Czy w tym sensie można ją uznać za jedną z pierwszych public intellectuals? To znaczy: nie tylko akademiczkę, ale osobę, która przenosi refleksję naukową do przestrzeni medialnej, wyraźnie odróżniając się od doraźnej publicystyki politycznej?

Pamiętam, jak jedna z prawniczek-akademiczek działających przy Wolnych Sądach i KODzie powiedziała, że istnieje wyraźna różnica między tym, co pisze jako akademiczka, tym, co naprawdę myśli, a tym, co musi napisać na potrzeby tekstu publicystycznego, na przykład do „Gazety Wyborczej”. To klasyk. Nie chodzi przecież o „edukowanie ludu”, ale o przekonanie ludzi, że ekspert ma rację. Poza tym, eksperci pełnią rolę takich prestiżowych totemów w każdym środowisku: lepiej jak coś powie Pisarz czy Profesor.

Tak się mówi o tych mitycznych ekspertach, rozumianych jako grupa o wysokim kapitale kulturowym, która „tłumaczy” rzeczywistość społeczeństwu. Mnie jednak bardziej interesuje to, że w Polsce brakowało figur intelektualistów publicznych w takim sensie, w jakim funkcjonowali oni choćby we Francji. W kontekście wydarzeń takich jak Maj ’68 widać było, jak idee wypracowywane przez intelektualistów realnie przenikały do różnych klas społecznych i stawały się elementem szerszej debaty.

Podobnie było w Ameryce Łacińskiej, gdzie teologia wyzwolenia, bardzo zaawansowany projekt intelektualny, funkcjonowała nie tylko na poziomie teorii, ale także jako praktyczna wiedza obecna wśród klas ludowych, a nawet części burżuazji.

W Polsce wyglądało to inaczej. Mieliśmy oczywiście wybitne postaci, ale ich recepcja pozostawała często powierzchowna. Gdyby zapytać przeciętnego inteligenta – nawet wykładowcę akademickiego – o to, co dokładnie pisali, odpowiedź sprowadzałaby się raczej do ogólników. Brakuje głębszego, rzeczywistego przyswojenia tych idei.

Na tym tle Staniszkis „wygrywa”, ponieważ wiele kategorii i pojęć, które wprowadziła, funkcjonuje dziś w obiegu publicznym. Używamy ich do opisu rzeczywistości – choć często nie jesteśmy już świadomi ich źródła.

Czytaj także Masa czy rzeźba? Kwaśniewski, socjaldemokracja i wybory prezydenckie w 1995 roku [rozmowa z Sutowskim] Łukasz Łachecki

Nie jestem wybitnym znawcą Jadwigi Staniszkis – przeczytałem dwie jej książki, fragmenty trzeciej i kilka krótszych tekstów. Wczoraj sięgnąłem na przykład do Antropologii władzy i, szczerze mówiąc, sam często mam wrażenie, że nie do końca ją rozumiem. Czytając twoją książkę, miałem wrażenie, że część twoich rozmówców miała tak samo.

Moja książka zaczyna się od wywiadu z Mateuszem Morawieckim, który opowiada o Staniszkis i Ontologii socjalizmu. Kiedy jednak przeczyta się całość, widać wyraźnie, że to, co mówi Morawiecki, sugeruje, iż albo tej książki nie zrozumiał, albo jej po prostu nie przeczytał.

Podobnie Ryszard Bugaj – mówił, że ją przeczytał, ale miał wrażenie, że wielu innych również czytało i jej nie zrozumiało. Ten problem powraca zresztą w różnych wypowiedziach: trudność języka Staniszkis była czymś powszechnie odczuwanym. W książce pojawia się choćby opinia, że jej wywody bywają hermetyczne, pełne skrótów myślowych i trudne do uchwycenia .

Brat Staniszkis powiedział mi już po zakończeniu pracy nad książką, że ona sama przyznawała, iż celowo używa bardzo trudnego, akademickiego języka, żeby nikt nie czepiał się tego, co pisze. Początkowo miało to podobno wynikać to z realiów PRL-u: chodziło o to, by cenzura nie miała z jej tekstami problemów. Później ten sam mechanizm zaczął pełnić inną funkcję: chronił ją przed powierzchowną krytyką. Przypadkowi odbiorcy nie mogli jej łatwo zaatakować, jeśli nie poświęcili lekturze odpowiedniej uwagi i czasu.

W efekcie jej język jednocześnie utrudniał dostęp do jej myślenia i budował wokół niego pewien rodzaj autorytetu – zrozumienia mogli dostąpić tylko ci, którzy byli gotowi włożyć wysiłek w jego zrozumienie.

Dlatego mam wątpliwości co do jej statusu public intellectual. Przejrzałem teksty, które publikowała w mediach masowych, jak Wirtualna Polska – krótkie, jedno- czy dwustronicowe formy dla szerokiego odbiorcy. I moim zdaniem wypadały słabo: sprawiały wrażenie fragmentów pozbawionych struktury, jakby wyjętych z brudnopisu. Ostatecznie w popularnym medium pojawiał się tekst, który ani nie nadawał się dla przeciętnego odbiorcy, do przeczytania w biegu, ani nie niósł jakiejś szczególnej wartości dla zaangażowanego czytelnika.

Powiem szczerze: jako redaktor absolutnie bym tego nie wypuścił. Nawet gdyby łączyła nas relacja przyjacielska, nie zdecydowałbym się opublikować tego w piśmie.

Na przykład wtedy, gdy mówiła, że w Polsce nie przeszliśmy przełomu nominalistycznego, czyli że – w dużym skrócie – już na poziomie ideowym w naszym regionie nie wyszło przejście do nowoczesności, stąd nasze zapóźnienie wobec Zachodu, w kulturze obecne także i teraz (o czym nie tak dawno mówił, choć z innej perspektywy, Piotr Sadzik w wywiadzie dla „Wyborczej”). Powstawały teksty o tym „przełomie nominalistycznym”, w których pojawiały się odwołania do Ockhama, ale często miały one charakter marginalnych notatek z lektury – fragmentarycznych, niedopracowanych, w efekcie kompletnie niezrozumiałych.

Zresztą sama Staniszkis operowała językiem, który bywał hermetyczny i trudny w odbiorze – jej wywody pełne były skrótów myślowych i przeskoków. Jednocześnie występowała publicznie i nie udawała, że chce być zrozumiana przez szerokie masy. Miała świadomość, że jej myślenie i język trafią ostatecznie do określonej, węższej grupy odbiorców.

Interesuje mnie przede wszystkim jej spojrzenie na media. W wypowiedziach z lat 2009–2011, czyli okresu wokół katastrofy smoleńskiej, widać wyraźną krytykę – twierdziła, że media nie wypełniają swojej roli. To sugeruje, że zakładała istnienie określonego modelu ich funkcjonowania. Jak twoim zdaniem rozumiała rolę mediów?

Na początek warto podkreślić, że Staniszkis – mimo swoich marksistowskich początków – ostatecznie sytuowała się bliżej liberalizmu, choć była to postawa wyraźnie krytyczna wobec przebiegu transformacji. Jej rozumienie mediów było dość klasyczne: media powinny informować, mówić prawdę i współtworzyć sferę publiczną, w której ścierają się różne poglądy. To podejście jest bliskie koncepcji sfery publicznej rozwijanej przez Jürgena Habermasa, choć Staniszkis była mniej systemowa i bardziej sytuacyjna w swoich analizach – nie budowała jednego spójnego modelu, tylko korzystała z różnych narzędzi w zależności od kontekstu.

Po Smoleńsku podkreślała jednak kryzys wiarygodności mediów i spóźnione próby jej odbudowy. Dlaczego właśnie wtedy uznała, że media już nie spełniają swojej funkcji?

Po Smoleńsku – niezależnie od ocen politycznych –nastąpiła istotna zmiana w funkcjonowaniu mediów w Polsce. Coraz większą rolę zaczęły odgrywać media internetowe i mechanizmy algorytmiczne, które wzmacniają zamknięte obiegi informacji. Przestajemy czytać prasę drukowaną, zaczynamy funkcjonować w środowisku cyfrowym, w którym algorytmy wzmacniają nasze własne przekonania i „dopasowują” przekaz do odbiorcy.

W efekcie media przestają być przede wszystkim przestrzenią wspólnej debaty, a zaczynają pełnić funkcję wspólnototwórczą – konsolidują określone grupy odbiorców. Pojawiają się różne obiegi medialne, które nie tyle informują, ile budują tożsamość i poczucie przynależności.

Czytaj także Praworządność pozbawiona wspólnoty jest bezduszna Antara Haldar

I to właśnie ten proces Staniszkis diagnozowała. Ona rzadko moralizowała – raczej opisywała zjawiska. Widać to choćby w jej analizach postkomunizmu: nie rozstrzygała, czy jest on dobry czy zły, tylko wskazywała, że mamy do czynienia z określoną strukturą . Podobnie z mediami: zauważała, że ich funkcja się zmienia – od informacyjnej w stronę budowania wspólnoty.

W tym sensie po Smoleńsku nastąpiło wyraźne rozjechanie się obiegów medialnych. Wcześniej, mimo różnic interpretacyjnych, istniała pewna zgoda co do faktów. Po tej dacie liberalne i antyliberalne media zaczęły funkcjonować w coraz bardziej odrębnych rzeczywistościach. Stąd jej diagnoza utraty wiarygodności mediów: przestały pełnić swoją klasyczną funkcję informacyjną.

Co ciekawe, proces ten w mniejszym stopniu dotknął pisma bardziej ideowe, które od początku były skierowane do określonych środowisk. I nie jest to wyłącznie polska specyfika. W Polsce punktem zapalnym był Smoleńsk, ale podobne procesy polaryzacji zachodziły także w innych krajach – na przykład w Hiszpanii w kontekście sporów o dziedzictwo frankizmu. Gdyby nie Smoleńsk, podobny mechanizm i tak by się ujawnił, być może kilka lat później, wokół innego wydarzenia.

W tym sensie mamy do czynienia z szerszą zmianą: media przestają być narzędziem dochodzenia do prawdy, a stają się narzędziem budowania wspólnot wyobrażonych.

Inna sprawa, że media, zwłaszcza te głównego nurtu, co do zasady stają za silniejszymi, zmieniając pogląd wtedy, gdy zmienia się nastawienie subskrybentów. Świetny przykład mieliśmy w ostatnich latach w kwestii ludobójstwa w Gazie.

Okładka książki Krzysztofa Katkowskiego „Radykalna”

Na zakończenie. Pytałeś o to kilkadziesiąt osób, więc ja zapytam ciebie. Jaka jest Twoja intelektualna historia z Jadwigą Staniszkis? Czy poznałeś ją osobiście?

Trudno powiedzieć, że ją poznałem. W 2021 roku byłem w grupie studentów, której prowadzący pozwolili się przywitać z Jadwigą Staniszkis, która przyjechała coś załatwić na wydziale. Nie wiedziałem wtedy zbyt dobrze, kim ona jest. Dopiero potem zacząłem czytać jej teksty i uderzyło mnie, jak bardzo wyrywa się z akademickiego pisania pod granty. To były takie bardzo nieszablonowe, bardzo dziwne teksty, skaczące między różnymi porządkami myślenia. Inspirujące.

Na jednym spotkaniu wokół Radykalnej padło pytanie, czy Jadwiga Staniszkis była moją „idolką” – bo skoro napisałem o niej książkę, to pewnie była mi szczególnie bliska. Odpowiedziałem, że nie, nigdy jej tak nie postrzegałem. Podobnie ktoś inny zapytał mnie, czy chciałbym, żeby była moją promotorką – otóż nigdy w życiu.

Dla mnie Staniszkis nie jest ani autorytetem w takim sensie, ani osobą, do której chciałbym się przypisywać. Widzę ją raczej jako partnerkę do myślenia – kogoś, z kim można prowadzić intelektualny dialog. Uważam, że jeśli chce się budować w Polsce poważną refleksję, na przykład lewicową, to potrzebni są rozmówcy także z innych, nawet przeciwnych obozów. W taki sposób postrzegam Staniszkis – i do tego też zachęcam.

**
Krzysztof Katkowski – socjolog, tłumacz literacki, dziennikarz, poeta. Absolwent Universitat Pompeu Fabra w Barcelonie i Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną”, „Dziennikiem Gazeta Prawna” i „Semanario Brecha”. Jego teksty publikowały m.in. „la diaria”, „Gazeta Wyborcza”, „The Guardian”, „Jacobin”, „Kapitàl noviny”, „Polityka”, „El Salto” czy CTXT.es. Członek zwyczajny Associació Catalana de Sociologia. Autor książki Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis (wyd. Otwarte, 2026)

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x