🗳️ W marcowych wyborach samorządowych w Amsterdamie ponownie wygrały partie lewicowe i centrolewicowe.
🏙️ Frekwencja wyniosła ok. 46,9 proc. Ale podczas gdy w zamożniejszych dzielnicach głosuje nawet 80–90 proc. mieszkańców, w biedniejszych często mniej niż 30 proc.
🌍 Najmniejsza frekwencja występuje tam, gdzie mieszka więcej osób młodych i z doświadczeniem migracji.
Aisha, 26 lat, Zuidoost. Pracuje nieregularnie, mieszka z matką i młodszym bratem. O polityce częściej słyszy z telefonu — głównie przez TikToka i Instagram — niż z tradycyjnych mediów, a kiedy już słyszy, ma wrażenie, że ten język nie dotyczy jej życia. Mieszkanie, rachunki, dojazdy, kolejki, praca w niepełnym wymiarze godzin, codzienne bezpieczeństwo — to jej polityka. „Dostaję kartę do głosowania i wiem, że teoretycznie to też jest o mnie. Ale potem patrzę na ludzi, którzy o tym decydują, i mam wrażenie, że oni żyją w innym Amsterdamie. Tu się o nas mówi, ale rzadko z nami.”
Murat, 45 lat, Nieuw-West. Kierowca, ojciec dwójki dzieci, jego rodzice przyjechali do Holandii z marokańskiego miasta Meknes. Kiedyś głosował częściej, dziś coraz rzadziej. „Przed wyborami wszyscy nagle wiedzą, gdzie jest Nieuw-West. Po wyborach znowu jesteśmy tylko tłem, straszakiem dla polityków w Hadze. Mam głosować, jasne. Tylko chciałbym jeszcze zobaczyć, że z tego głosu coś naprawdę wraca na moje osiedle”.
Marlene, 43 lat, Zuidoost. Córka surinamskich migrantów. Pracuje jako opiekunka środowiskowa i od lat widzi, jak w okolicy upycha się pracowników agencyjnych w drogich, przeludnionych mieszkaniach. Mówi wprost, że problem nie polega tylko na biedzie, ale na pełnej zależności ludzi od pośrednika, który załatwia im pracę, łóżko i transport.
Miasto, w którym nie wszyscy oddają głos
Amsterdam chętnie opowiada o sobie jako o mieście lewicy. Tę narrację podtrzymują od lat Zielona Lewica (GroenLinks) i Partia Pracy (PvdA) – które w czerwcu zjednoczą się w jedną partię na szczeblu krajowym jako Progresywna Holandia (PRO). Po marcowych wyborach samorządowych partie te po raz trzeci obejmą władzę nad miastem w koalicji z socjalliberalnymi Demokratami 66 (D66). Na tle skręcającej w prawo Holandii, zauważa Floris Vermeulen, politolog z Uniwersytetu Amsterdamskiego (UvA), polityka Amsterdamu jest „bardzo nietypowa”, bo „bardzo liberalna” i „bardzo progresywna”.
Tyle że ta opowieść ma poważną rysę. Nie chodzi nawet o to, że lewica wygrywa z mniejszą przewagą niż kiedyś. Coraz trudniej jest jednak mówić o demokratycznym mandacie władz, skoro w wyborach samorządowych regularnie nie bierze udziału ponad połowa uprawnionych, a absencja rozkłada się skrajnie nierówno między dzielnicami.
W części dzielnic Centrum i Zuid frekwencja sięga 80, a nawet 90 proc. Tymczasem w kilku częściach Zuidoost i Nieuw-West spada do 20 albo 30 proc. W H-Buurt w Zuidoost w 2026 roku wyniosła zaledwie 17,1 proc. To nie jest już zwykła różnica między bardziej i mniej aktywnymi obywatelami. To praktycznie polityczna przepaść, która sprawia, że wynik wyborów nie jest reprezentatywny dla całego miasta, lecz przede wszystkim tych jego fragmentów, które uważają, że warto głosować.
Vermeulen ujmuje to brutalnie: rada miasta staje się przez to „reprezentacją ludzi, z którymi wszystko jest w porządku”. Mieszkańcy Zuidoost i Nieuw-West, podkreśla, mają często inne priorytety niż mieszkańcy Centrum i Zuid. Jeśli jednak głosują znacznie rzadziej, ich potrzeby stają się politycznie mniej widoczne.
Mapa miasta niemal idealnie pokrywa się tu z mapą nierówności społecznych. Dane z 2026 roku pokazują, że najwyższa frekwencja była w Centrum – 65,4 proc., dalej w Zuid – 54,8 proc. i Oost – 52,4 proc., a w Noord wyniosła 44,6 proc. Najniższa: w Nieuw-West – 33,4 proc. i Zuidoost – 29,8 proc. Równocześnie właśnie w Noord, Nieuw-West i Zuidoost przybywało uprawnionych do głosowania. W 2026 roku demograficzne znaczenie Noord, Nieuw-West i Zuidoost rosło, ale ich polityczna reprezentacja pozostawała relatywnie słaba, bo frekwencja – szczególnie w Nieuw-West i Zuidoost – była wyraźnie niższa niż w centralnych i zamożniejszych częściach miasta.
To jeden z najważniejszych paradoksów współczesnego Amsterdamu. Miasto politycznie wygrywane jest przede wszystkim wewnątrz Ringu (obwodnicy drogowej A10) i w okolicy rzeki IJ, w bardziej stabilnych, zamożniejszych i lepiej wykształconych częściach metropolii. Nie głosują za to dzielnice migranckie: Nieuw-West i Zuidoost. Ta pierwsza jest domem wielu gastarbeiterów, Marokańczyków i Turków, którzy przyjechali do kraju tulipanów w latach 60. i później. Ta druga – migrantów z Surinamu, dawnej holenderskiej kolonii, która uzyskała niepodległość w 1975 roku.
Tymczasem wybierana przez centrum rada miejska prowadzi politykę także wobec tych dzielnic: młodszych, bardziej zróżnicowanych etnicznie i słabiej reprezentowanych. Vermeulen mówi wręcz ironicznie, że wybory są wygrywane w bogatych dzielnicach, a potem rządzi się obszarami poza nią, gdzie uczestnictwo polityczne jest najmniejsze.
Demokracja nie dla wszystkich
Skąd bierze się ta luka? Badania wskazują na co najmniej dwa źródła problemu.
Pierwsze ma charakter strukturalny. W wyborach lokalnych w Amsterdamie głosować mogą nie tylko obywatele Holandii, ale również obywatele innych krajów UE i część rezydentów spoza Unii mieszkających w kraju przynajmniej pięć lat. Vermeulen podaje, że około 17 proc. osób uprawnionych do głosowania lokalnego nie może głosować w wyborach krajowych – i że to właśnie ta grupa głosuje bardzo rzadko. Wielu z tych ludzi nie mówi po niderlandzku, nie śledzi lokalnej polityki, nie wie o tym, że ma prawo do głosowania. Nie są też pewni, czy zostaną w Amsterdamie na dłużej. Formalnie mają więc prawo głosu, ale w praktyce nie mają narzędzi, języka i motywacji, by z niego korzystać.
Drugie źródło jest społeczne i klasowe. Najniższą intencję głosowania i najniższą realną frekwencję widać wśród ludzi młodych, słabiej wykształconych, a także wśród części osób z tłem migracyjnym. Gdy te trzy elementy się nakładają, skłonność do udziału politycznego gwałtownie spada.
Badania jakościowe sugerują, że absencja wyborcza wynika tu z kilku nakładających się czynników: słabej orientacji w polityce lokalnej, niskiego poczucia sprawczości oraz ograniczonego zaufania do polityków. Respondenci często opisują lokalną politykę jako system, który lepiej działa dla ludzi bardziej zamożnych, lepiej osadzonych i mocniej zakorzenionych w mieście. Nieobecność przy urnie nie zawsze jest więc skutkiem obojętności, ale bywa wyrazem przekonania, że udział w głosowaniu niewiele zmieni w ich własnej sytuacji.
Wyniki te rymują się ze słowami, które usłyszałem od mieszkańców Zuidoost i Nieuw-West. Niska frekwencja wydaje się tu efektem znużenia, dystansu i przekonania, że lokalna polityka nie buduje z mieszkańcami realnej relacji. To właśnie w tej luce rośnie znaczenie DENK (niderl. myśl i tur. równość): partii, która skutecznie przemawia do wyborców mających poczucie, że w miejskiej polityce są słabiej słyszani i słabiej reprezentowani. Ugrupowanie, które reprezentuje Holendrów o migranckim pochodzeniu, głównie tych o korzeniach marokańskich, tureckich, ale również surinamskich i karaibskich.
Interpretację socjologów w dużej mierze podziela także D66 – partia rządząca miastem. Jej rzeczniczka prasowa Frances Speekenbrinkpodkreśla, że partia nie traktuje niskiej frekwencji jako oznaki obojętności, lecz jako sygnał, że część mieszkańców Amsterdamu nie czuje się wystarczająco dostrzeżona i wysłuchana. Jej zdaniem zaufanie tych ludzi do polityków zostało w ostatnich latach mocno nadwyrężone zarówno przez ogólnokrajowe skandale, jak tzw. afera dodatków socjalnych, w której tysiące rodziców zostało niesłusznie oskarżonych o wyłudzenie dopłat do opieki nad dziećmi, czego skutkiem były długi, utrata pracy i mieszkań wielu niewinnych osób. W efekcie część mieszkańców dochodzi do wniosku, że ich głos i tak niewiele zmieni.
W odpowiedzi na ten problem D66 nie stawia przede wszystkim na kolejne kampanie profrekwencyjne, lecz na zmianę stylu rządzenia. Jak podkreśla partia, miasto powinno znów stanąć obok mieszkańców, a nie naprzeciw nich. W praktyce oznacza to mniej skomplikowanej biurokracji, więcej zrozumienia w relacji z urzędem, większy nacisk na wykonanie obietnic i bardziej widoczne rezultaty w konkretnych dzielnicach.
Przykładem takiego podejścia ma być wprowadzona przez D66 w Amsterdamie zasada „prawa do błędu”. Jej celem jest odejście od automatycznego karania mieszkańców za uczciwe pomyłki i zastąpienie tego logiką naprawy, współpracy i zaufania. W ocenie partii właśnie takie zmiany mogą pomóc w odbudowie relacji między samorządem a obywatelami.
D66 podkreśla również potrzebę inwestowania w bardziej dostępną administrację, prostsze procedury, bezpośredni kontakt z mieszkańcami oraz silniejszą lokalną bazę społeczną: domy sąsiedzkie, sieci wsparcia i miejsca, w których zaufanie buduje się szybciej niż w formalnym kontakcie z instytucjami. Ostatecznie – przekonuje partia – stawką jest to, by każdy mieszkaniec Amsterdamu czuł się uznany za część miasta i demokracji. Dopiero gdy mieszkańcy znów odczują, że ich głos realnie przekłada się na codzienne życie w dzielnicy, frekwencja może zacząć rosnąć.
Nie wystarczy, że wygra lewica
Tak, Amsterdam pozostaje progresywny jako projekt polityczny. Tak, wciąż wybiera bardziej liberalne władze niż wiele innych dużych miast i regionów. Tak, jego rada miejska jest relatywnie różnorodna i młoda, a sam system – jak przypomina Vermeulen – należy do najbardziej otwartych na świecie: bez okręgów, z równą wagą głosu i niskim progiem wejścia do rady. Mniejszości mogą się tu reprezentować, a formalnie system nie jest zamknięty. A jednak wiele osób z migracyjnym tłem uważa, że lokalny system polityczny „nie działa dla nich”. To tworzy błędne koło: ludzie nie głosują, więc są słabiej reprezentowani; skoro są słabiej reprezentowani, mają jeszcze mniej powodów, by głosować.
Na tym tle ciekawie wypada głos prawicy. Radny partii Właściwa Odpowiedź 2021 (JA21) Sytze Rijpkema przekonuje, że mieszkańcy takich dzielnic jak Nieuw-West, Noord czy Zuidoost są rozczarowani lewicową polityką miasta i często uznają, że głosowanie „nie ma sensu”, choć jego zdaniem właśnie większa liczba głosów może przełożyć się na silniejszą reprezentację i większą presję na władze. Rijpkema twierdzi też, że JA21 ma w tych dzielnicach realne zaplecze, a wyborców przyciąga narracją o „bezpiecznym, czystym i dostępnym cenowo mieście”. W jego ujęciu problemem jest również to, że prawicowi wyborcy w Amsterdamie nie mają dziś właściwej reprezentacji, a partie rządzące miastem traktują zewnętrzne dzielnice zbyt powierzchownie. Słowa polityka są więc częściowo potwierdzone przez wyniki: w ostatnich wyborach JA21 zwyciężyła w Driemond, czyli we wsi administracyjnie powiązanej z Weesp – najmłodszą częścią Amsterdamu, formalnie włączoną do miasta w 2022 roku.
I tu właśnie dochodzimy do sedna. Niska frekwencja w Zuidoost czy Nieuw-West nie oznacza automatycznie, że „gdyby wszyscy poszli głosować, Amsterdam przestałby być lewicowy”. Tego po prostu nie da się uczciwie udowodnić. Możliwe, że część niegłosujących także głosowałaby na partie lewicowe albo centrolewicowe. Możliwe też, że część poparłaby ugrupowania bardziej konserwatywne lub antyestablishmentowe. Problem nie polega na tym, że znamy „prawdziwy”, ukryty Amsterdam. Problem polega na tym, że go nie znamy, bo ogromna część miasta politycznie milczy.
Dlatego, zamiast mówić o lewicowym Amsterdamie, precyzyjniej byłoby powiedzieć: Amsterdam jest progresywny jako polityczne centrum decyzyjne, lecz dużo mniej progresywny jako wspólnota równomiernego uczestnictwa. Jego progresywność okazuje się mocna w warstwie instytucjonalnej i symbolicznej, słabsza w warstwie reprezentacji społecznej. W demokracji także milczenie jest faktem politycznym.
Zmiana tego stanu rzeczy to zadanie trudniejsze niż zwykła kampania profrekwencyjna. Nie wystarczy przypomnieć ludziom o terminie wyborów. Trzeba budować relacje z dzielnicami, w których przez lata narastało przekonanie, że polityka jest robiona gdzie indziej i dla kogoś innego. Trzeba komunikować się w różnych językach, docierać do grup, którym dano prawo głosu, ale nie dano realnych środków uczestnictwa (część partii zaczęła to już robić, drukując swoje programy i plakaty po angielsku, arabsku, turecku czy polsku). Vermeulen mówi tak: z perspektywy naukowej można zrozumieć tok rozumowania tych ludzi, bo badania pokazują, że demokracja rzeczywiście działa lepiej dla osób bogatszych, lepiej wykształconych i bardziej osadzonych.
Jeśli więc Amsterdam chce nadal uchodzić za miasto progresywne, nie wystarczy, że znów wygra tam lewica. Musi jeszcze odpowiedzieć na pytanie, czy potrafi włączyć do politycznej wspólnoty tych mieszkańców, którzy dziś stoją najdalej od urn. Bo miasto, które szczyci się otwartością, a zarazem akceptuje fakt, że w części jego dzielnic głosuje ledwie co piąty mieszkaniec, prędzej czy później zderzy się z własną sprzecznością.
*
Patryk Kulpok – historyk, autor podcastu Polderownia poświęconego polityce, kulturze i historii Holandii.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.