Karolina Lewestam, Szmaty, Wyd. Czarne 2026
Nie jestem w stanie nie trząść się, kiedy widzę różową bluzę z Esprit.
(Róż jasny, wręcz majtkowy, szerokie troczki przy kapturze, w paseczki; ŻADNEJ DZIURY).
Różowa bluza z Esprit jest jednym z wielu ubrań, których nie potrafi wyrzucić moja matka (ŻADNEJ DZIURY).
Już dwadzieścia lat temu, na studiach, chcę wyrzucić bluzę z Esprit (napis się starł, sfatygowana); mama ją przechowuje, bo może ktoś, może coś, może ona ponosi; może Ula (córka ciotki Janki).
Gdzieś na Dolnym Śląsku, blisko granicy z Niemcami, po upadku komuny masowo zaczynają mnożyć się second handy pełne ubrań, których bogaty świat chce się pozbyć. Góra tytułowych szmat, ciuchów, piętrzy się na strychu rodzinnego domu. A wokół niej kobiety – matka i ciotki autorki – oglądają, przymierzają, zachwalają sobie nawzajem: o, ten żakiet to akurat dla ciebie, bluzka może trochę zniszczona, ale pod żakietem nie będzie widać… Komentarze, plotki i opowieści o mężach, których nareszcie można oceniać i krytykować, bo w domach raczej panuje patriarchat. Te tytułowe „szmaty” to barykada, dzięki której można jeszcze mieć marzenia i chwile radości, odgradza ona natomiast od bolesnych prawdy o życiu.
Lewestam na wstępie pisze, że większość tej książki jest prawdą, część jest nieprawdą, a co do reszty nie wiadomo. To opowieść matki po czterdziestce, której adresatką jest symboliczna córka. O tym, co kryje się naprawdę za barykadą ze szmat. O tym, jak była sama w jej wieku. O rodzinnych historiach matki i ciotek. Symbolicznej córki, bo na koniec autorka mówi, że ogólnie chodzi o jej dzieci płci nieujawnionej. Ale zdobyczą feminizmu jest celebrowanie relacji matrylinearnych. Matka do córki, córki o matkach i babkach, pozostawiając ojcom uświadamianie synów, a synom wspominanie ojców.
Nie wiem, może jeszcze nie nadrobiłyśmy tych braków, ale mnie już to trochę zmęczyło. Ostatecznie to ludzie zawsze mówią do innych ludzi, a to, co mi się wydaje ważne w tej książce, to kwestia pokoleniowości. Tak, istnieje specyfika kobiecego doświadczenia, ale też istnieją różnice pokoleniowe. I próby przekazania córkom doświadczeń przez matki, a ogólnie młodszym przez starszych są, co zauważa autorka, właściwie z góry skazane na porażkę. Córka, nawet jeśli słucha, to nie usłyszy.
W ogólnym zarysie poznajemy zatem historię pokolenia rodziców matki, które jeszcze w jakimś stopniu dotknięte jest traumami wojennymi, jej matek i ciotek, kobiet dzielnych oraz – bardziej w tle – dość niewydarzonych mężczyzn, nawet jeśli cieszących się społeczną pozycją.
Najważniejsze prawdy dotyczą ciała. Szmaty są także zbroją, która ma zakryć wszelkie niedoskonałości ciała. A przekaz matki do córki przyjmuje tryb: ja w twoim wieku… Ja w twoim wieku odkryłam, że moje młode ciało jest walutą i tak jest oceniane. Starsze ode mnie kobiety, w wieku mojej matki, wydawały mi się starymi babami pomarszczonymi i obwisłymi. Przerażała mnie konieczność kontaktu z cudzą cielesnością, czyli opieki nad chorymi, umierającymi. Nie potrafiłam zobaczyć się w takiej roli. Tu opisy są często naturalistyczne, a wszelkie przejawy cielesności innej niż młoda – przerażające. Dlatego postanowiłam, że zostanę kartezjańskim umysłem, nie będę identyfikowała się ze swoim ciałem. To jednak jest złudzenie – jesteśmy swoimi ciałami, a one będą się starzeć, marszczyć i obwisać. Będziemy zajmowały się ciałami innych, starszych oraz – o tym jest niewiele – młodszych, dzieckiem, które jest łącznikiem między zupą a kupą.
Słusznie, tak mi się wydaje, narratorka nie wierzy, że ten komunikat może zostać usłyszany. W młodości, choć wiemy, że jest inaczej, trudno nam uwierzyć w to, że się zestarzejmy i umrzemy. Jak mawiała moja mama: jak dorośniesz, to zrozumiesz, sama zobaczysz, jak to jest. I może tak ma być – nie ma co martwić się na zapas, bo życie i tak nam nie odpuści.
I tu jeszcze jedna lekcja ze Szmat – liberalna wiara, że świat da się mądrze urządzić i uporządkować, i to mogłoby być podstawą naszego poczucia bezpieczeństwa, też jest złudzeniem. Bliższy prawdy jest fatalizm – nigdy nie jesteśmy wystarczająco gotowi na to, co może się wydarzyć i nad czym nie mamy kontroli.
Nie chcę jednak, żebyście pomyśleli, że to książka z życiowymi mądrościami i smutna. Jest w niej dużo dystansu, ten też przychodzi z wiekiem, szwung językowy, poczucie humoru i wiele bardzo trafnych obserwacji.
I jeszcze dwie uwagi na marginesie.
Szmaty, nawet te z drugiej ręki, są okropnie nieekologiczne – dziś już o tym myślimy. Gdyby jednak od jutra wszyscy ludzie uznali, że wystarczą im tylko naprawdę potrzebne ubrania, a teraz trzeba zająć się sprzątaniem śmieci, to gospodarka światowa zawaliłaby się. To byłaby dużo większa katastrofa niż zablokowanie cieśniny Ormuz.
Rozumiem, co autorka ma na myśli, pisząc o ucieczce w złudzenie, że jestem po prostu umysłem. Można jednak dziś żyć jeszcze innym złudzeniem. Owszem, mam ciało, ale jeśli będę miała naprawdę dużo kasy, to to ciało wymodeluję i tak o nie zadbam, że młodość i zdrowie mnie nie opuszczą aż do śmierci, która jest niewidoczna i nie chce o niej nic wiedzieć. A prace opiekuńcze zlecę innym kobietom.
Anna Jadowska, Dadzieja, Wyd. Czarne 2026
Niczego, co się wydarzyło, nie mogę już ułożyć w całość.
Nie umiem wyciągnąć żadnego wniosku ani stworzyć wiarygodnej historii. Nie ma końca ani początku.
To prawda, ta historia ma początek, ale nie prowadzi on do końca. Wieś gdzieś na Dolnym Śląsku, późny PRL, dwie siostry bawią się przy drodze, obok zatrzymuje się samochód. Z samochodu wysiada mężczyzna o bosych, dziwnych stopach, przez chwilę je zagaduje i odjeżdża. Kilka dni później zostają odnalezione zwłoki ich koleżanki z klasy, prawdopodobnie zgwałconej. Nie jest to jednak kryminał, tylko sposób wprowadzenia atmosfery zagrożenia.
Wieś i PRL to częste dekoracje we współczesnych polskich powieściach i zostały już mocno skonwencjonalizowane. Podobnie jak oglądanie świata z perspektywy, zwykle wrażliwego, dziecka, które odczytuje rzeczywistość na swój sposób oraz dojrzewa seksualnie. Może to pójść w kierunku nostalgii albo większej bliskości z naturą, albo: szaro, biednie, ludzie brzydcy, pod sklepem zawsze siedzą pijaczkowie. W Dadziei mamy do czynienia przede wszystkim z tym ostatnim wariantem. Sam tytuł o tym mówi – słowo to wymyślone przez młodszą z dziewczynek oznacza nadzieję, którą jednak żywimy w sytuacjach beznadziejnych. Zresztą może słusznie, bo po latach widzimy narratorkę już po studiach, kiedy odwiedza starą matkę.
Nie znaczy to jednak, że pewnych znanych konwencji nie da się wykorzystać lepiej lub gorzej. Dadzieja dowodzi, że nawet bardzo dobrze, autorce naprawdę udało się zbudować interesujące postacie i wiarygodną psychologicznie opowieść, dobrze napisaną. A to, że wspomnienia z czasów dzieciństwa, szkoły podstawowej, nie układają się w grzeczną chronologię, też dobrze służy całości.
Dziewczynki wychowuje samotna matka, z trudem wiążąca koniec z końcem. Każda z nich ma innego ojca, którego nie zna, i każda o jakimś ojcu marzy – tym prawdziwym, który niekoniecznie jest bardzo atrakcyjny, albo o bogatym, przystojnym, ważnym, który pojawi się z prezentami. Ich relacja to wieczne przepychanki, czasem zdrady, choć jest pod tym wszystkim więź i zrozumienie. Po prostu są różne, mają różną strategię radzenia sobie z tym, że matka, jedyna ostoja ich bezpieczeństwa, ich nie kocha. Nie robi im nic bardzo złego, główną karą w tym domu jest odesłanie dzieci do ich pokoju, ale przekaz: „zniknijcie” jest odczuwalny na wielu poziomach.
W krytycznych sytuacjach – choroby, zagrożenia – matka jednak reaguje, ratuje, może jest w niej jakiś potencjał miłości czy przywiązania, ale ma po prostu dość swojego życia, braku swobody. Czasem wypije za dużo, czasem widać, że chciałaby coś kiedyś z jakimś facetem, ale wybór na wsi jest niewielki, a ona jest uwiązana do domu. Strategia starszej siostry to uległość i grzeczność. Jeśli nawet czasem jej coś nie wychodzi, to dlatego, że dzieciom czasem nie wychodzi, a nikogo nie interesują jej intencje. Młodsza siostra potrafi się buntować, sabotować narzucony porządek, zwracać na siebie uwagę.
Żyją w świecie, w którym niczego dzieciom o niczym się nie mówi ani nie tłumaczy – ani w domu, ani w szkole. Żadnych spotkań z psychologiem, który ma się zająć traumą dzieci po śmierci koleżanki. Wszytko, co wiedzą, to strzępy podsłuchiwanych rozmów, plotki ze świata dorosłych przenikające do świata dzieciństwa, które zupełnie nie jest sielskie, w którym dzieci też pracują, a nie jeżdżą na wakacje.
Nawet jeśli na wstępie trochę marudziłam, to muszę przyznać, że jest w tej powieści coś prawdziwego i poruszającego.


![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)





Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.