Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Europejska młodzież nie chce przymusowego poboru – i słusznie

W całej Europie coraz częściej mówi się o przywróceniu obowiązkowej służby wojskowej, a według wielu sondaży większość Europejczyków poparłaby takie rozwiązanie. Istnieje jednak mocny podział pokoleniowy.

ObserwujObserwujesz
Wojsko
Kontekst

🪖 Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Europa zwiększa wydatki na obronność i rozbudowuje armie, a w wielu krajach wraca debata o przywróceniu obowiązkowego poboru.

📊 Choć społeczne poparcie dla wojska rośnie, młodzi Europejczycy – czyli potencjalni poborowi – są znacznie bardziej sceptyczni wobec obowiązkowej służby niż osoby starsze, których i tak by nie objęła.

Walka

Europa się zbroi, co obejmuje również wysiłki na rzecz zwiększenia stanu osobowego poszczególnych armii oraz rezerw. W Polsce kilkadziesiąt tysięcy ochotników rocznie korzysta z możliwości odbycia Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej, podobną możliwość dają inne państwa. Jednocześnie coraz częściej odpowiedzią polityków na domniemane zagrożenie wojenne jest flirtowanie z ideą przywrócenia poboru powszechnego i przymusowego.

Obowiązkowa służba wojskowa w różnym kształcie funkcjonuje w krajach bałtyckich i skandynawskich. Większość z nich przywróciła pobór po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, uznając zwiększenie liczby żołnierzy i rezerwistów mających za sobą przeszkolenie wojskowe za istotne dla bezpieczeństwa. Pod wpływem wydarzeń międzynarodowych wyraźnie wzrosło też społeczne poparcie dla rozwiązań mających sprzyjać rozwojowi obronności.

Gotowi na wojnę?

Za sprawą pełnoskalowej wojny tuż za wschodnią granicą UE i napiętych relacji z USA Donalda Trumpa zbrojenia oraz wzmacnianie armii stały się tematem numer jeden dla wielu europejskich liderów. Trwają kłótnie o metody (w Polsce mamy spór wokół SAFE), ale ogólny kierunek jest rzadko kontestowany, również przez opinię publiczną. Opublikowany w zeszłym roku raport Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) sugeruje, że rosnące poczucie zagrożenia przekłada się na poparcie m.in. dla zwiększania wydatków obronnych. W krajach wschodniej i północnej UE nawet 70 proc. badanych popiera takie kroki, podczas gdy w większości państw mowa o mniej więcej połowie ankietowanych. Wyjątkiem są Włochy, gdzie zdecydowanie przeważa niechęć do zwiększania budżetu wojskowego.

Czytaj także Niemcy działają nieraz koszmarnie wolno, ale teraz ten smok się naprawdę budzi Michał Sutowski rozmawia z Davidem Schravenem

Razem ze zbrojeniami do debaty publicznej powrócił temat obowiązkowej służby wojskowej. W tym samym badaniu pomysł jej przywrócenia okazał się zaskakująco popularny, zbierając pozytywne opinie obywateli w ponad połowie państw, gdzie obecnie poboru nie ma. Być może takie sondaże działają na rządzących zachęcająco – od 2026 roku dwumiesięczne przeszkolenie wojskowe stało się obowiązkowe dla chorwackich mężczyzn. W Niemczech postawiono na razie na dobrowolną służbę, ale przyjęte pod koniec zeszłego roku prawo zakłada, że młodzi Niemcy (ponownie: tylko mężczyźni) będą musieli przejść badania medyczne i wypełnić kwestionariusz dotyczący ich zainteresowania wstąpieniem do armii. Rząd planuje zwiększenie liczebności Bundeswehry i w przypadku niespełnienia celów rekrutacyjnych nie wyklucza przywrócenia poboru przymusowego.

Większość państw UE na razie odrzuca tę ostatnią opcję, skupiając się na zachętach dla potencjalnych rekrutów. Przykładowo we Francji zwiększeniu liczebności armii służyć m wprowadzenie dobrowolnej służby wojskowej dla 18- i 19-latków. Obejmuje ona do 10 miesięcy przeszkolenia wojskowego i początkowo dotyczyć będzie kilku tysięcy ochotników, ale prezydent Macron ma nadzieje na zwielokrotnienie tej liczby w najbliższych latach. Według sondaży 62 proc. Francuzów pozytywnie ocenia takie rozwiązanie, co jest rzadkością w przypadku projektów mniejszościowego rządu macronistów. Czy wobec tego można być spokojnym o rzesze chętnych do zasilenia europejskich armii? Niekoniecznie.

Poparcie starszych, sceptycyzm młodych

Jeśli przyjrzeć się bliżej badaniom opinii publicznej, szybko wyjdzie, że najbardziej entuzjastycznie do służby wojskowej są nastawieni ci, których pobór raczej nie obejmie. Dotyczy to zwłaszcza emerytów – wspomniana inicjatywa francuskiego rządu jest popierana przez trzy na cztery osoby w wieku emerytalnym, podczas gdy przedział 18-24 lata jako jedyny pozostaje sceptyczny, z niewielką przewagą przeciwników dobrowolnej służby wojskowej. Obowiązkowa naturalnie miałaby jeszcze mniejsze poparcie, ponieważ młodzieży w wieku poborowym wcale nie jest spieszno do przywdziewania munduru. Przywołany wcześniej raport ECFR wskazywał, że na każdego dwudziestoparolatka popierającego obowiązkowy pobór przypada dwóch temu przeciwnych.

W Niemczech 63 proc. osób przed trzydziestką sprzeciwia się nowemu prawu poborowemu, a największe kontrowersje budzi zapis umożliwiający władzy wezwanie obywateli do odbycia przymusowej służby, jeśli uzna liczbę dobrowolnych ochotników za niewystarczającą. U naszego zachodniego sąsiada doszło już do masowych protestów uczniów i studentów – dziesiątki tysięcy z nich wzięły udział w manifestacjach w ponad stu miastach, sprzeciwiając się zarówno poborowi, jak i cięciom w systemach edukacji czy opieki zdrowotnej, za które odpowiedzialne są rekordowe wydatki na wojsko. Niechęć do obowiązkowej służby łączy niemiecką młodzież z rówieśnikami z innych państw UE, w tym Polski. W przypadku Włoch aż 68 proc. nastolatków w razie wojny odmówiłoby wstąpienia w szeregi armii.

Czytaj także Polska broń jądrowa? „To przeniosłoby nas do szarej strefy bezpieczeństwa” Michał Sutowski rozmawia z Marcinem Ogdowskim

Nawet sondaże, które wbrew tym tendencjom pozornie wskazują na patriotyzm młodych respondentów i chęć obrony kraju, nie zawsze prowadzą do jednoznacznych wniosków. Przykładowo o ile połowa francuskiej młodzieży deklaruje gotowość do dołączenia do armii w przypadku konfliktu, o tyle tylko co siódmy respondent rozumie przez to wzięcie udziału w starciach zbrojnych. Reszta spośród osób nieodrzucających całkowicie służby liczy raczej na możliwość odbycia jej bez użycia karabinu, co jest dosyć optymistycznym założeniem.

Rozstrzał w wynikach między poszczególnymi badaniami wynika w dużej mierze z odmiennie formułowanych pytań – czym innym jest np. „obrona kraju”, a czym innym „walka o swój kraj”. Gdy w sondażu obejmującym wiele państw spytano o to ostatnie, okazało się, że obywatele wschodniej UE są o wiele bardziej skorzy do wzięcia udziału w wojnie, niż ich zachodni koledzy. Można się domyślać, że obie grupy inaczej sobie wyobrażają konflikt zbrojny. Mieszkańcy państw graniczących z Rosją mają w głowie obraz obcej inwazji i konieczność obrony, a ci z Zachodu myślą raczej o wojnie interwencyjnej pokroju tej w Afganistanie lub Iraku, ponieważ do tego przyzwyczaiło ich ostatnie kilka dekad. Kto im zresztą da gwarancję, że pobór wprowadzony pod pozorem zabezpieczenia się przed Rosją nie posłuży w przyszłości do prowadzenia kolejnych wojen ofensywnych?

Czy naprawdę potrzebujemy półmilionowej armii?

Wychodzi więc na to, że przeciętny Europejczyk chce bezpieczeństwa i armii zdolnej do obrony kraju przed zewnętrzną agresją, ale sam nie chce iść w kamasze. Jest to postawa zrozumiała, chociaż niektórzy uznaliby ją za przejaw hipokryzji czy egoizmu. Również na łamach Krytyki Politycznej publikowano teksty, które broniły poboru z lewicowej perspektywy, widząc w nim spełnienie idei wspólnoty obywatelskiej. W swojej polemice zwracałem uwagę, że militaryzm może służyć uciszaniu progresywnych postulatów.

Odkładając na bok rozterki natury moralnej i ideowej, otwartą kwestią pozostaje, czy zwiększanie liczebności armii (choćby poprzez pobór) jest niezbędne ze względów bezpieczeństwa, tak jak to przedstawia wielu polityków. Raporty ekspertów wskazują co prawda na przewagę liczebną rosyjskiej armii nad europejskim NATO (pod warunkiem wliczenia jej rezerw), ale nie to stanowi największy problem dla UE i jej sojuszników. Już istniejące armie europejskie mają zbyt ograniczoną zdolność bojową, niewystarczające zapasy amunicji i ustępują Rosjanom pod względem np. siły artylerii. Dodatkowi rekruci na nic się nie przydadzą w przypadku braku zacieśnienia unijnej współpracy obronnej i poprawy jakości armii zawodowych w tych obszarach.

Czytaj także Bardziej niż „dojrzewać do poboru” lewica powinna pamiętać o obowiązkach państwa wobec obywatela [polemika] Artur Troost

Stąd niechętna poborowi młodzież intuicyjnie może wykazywać się większą roztropnością niż politycy, którzy straszą rozmiarami rosyjskiego wojska i chcą na gwałt rozbudowywać europejskie armie. Pomijają przy tym m.in. to, że Kreml zbliża się powoli do ściany, jeśli chodzi o swoje możliwości mobilizacyjne. Szacuje się, że od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny z Ukrainą straty rosyjskie sięgnęły ponad miliona zabitych i rannych. Swego czasu głośno było o tym, że Rosja uzupełnia szeregi swoich oddziałów najemnikami z innych państw, chociażby „ochotnikami” z Korei Północnej, co nie świadczy dobrze o stanie rosyjskich rezerw.

Wobec powszechnego strachu przed wojną, rządzący sięgają po najniżej wiszące owoce. Chwalą się rosnącymi wydatkami na wojsko, a mniejszą uwagę przykładają do właściwego rozdysponowania dodatkowych środków i zupełnie ignorują koszty społeczne, jakie generuje wojenne zaciskanie pasa. Donald Tusk z dumą mówi o półmilionowej armii, a mało kto zastanawia się, czy taka liczebność sił zbrojnych jest uzasadniona. W końcu hasła o rekordowych wydatkach obronnych czy dodatkowych setkach tysięcy żołnierzy bardziej działają na wyobraźnię, niż nudne poprawianie zdolności bojowej w oparciu o istniejące zasoby. Szkoda tylko, że mogą prowadzić do realizacji tak szkodliwych pomysłów, jak przywrócenie poboru, jeśli ochotników nie wystarczy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie