Polska 2050 niewątpliwie jest jednym z najbardziej nieudanych projektów politycznych XXI wieku. Nawet założona przez ekonomistę Ryszarda Petru Nowoczesna, która zasłynęła błędami w rozliczeniach finansowych i odebraniem państwowych dotacji, była chyba nieco poważniejsza. Zresztą Petru jest obecnie członkiem rozpadającego się klubu Polski 2050, a nawet mówiło się o jego staraniach o przewodniczenie całej partii. Nieprzypadkowe? Tak sądzę.
Z ugrupowań parlamentarnych, którym w tym wieku udało się utworzyć cały klub, a nie tylko koło, chyba tylko Kukiz’15 może się równać z partią Szymona Hołowni pod względem ogólnego braku powagi. Ostatnie perturbacje związane z wyborem nowej przewodniczącej są przecież tylko jednym z wielu kuriozalnych wydarzeń, które można było obserwować dzięki Polsce 2050. O większości już zapomniano – warto je zatem przypomnieć.
7. Wzlot i upadek Adama Gomoły
Powiedzenie „od zera do bohatera i z powrotem” pasuje do posła Gomoły jak groszek do marchewki. Gomoła początkowo brylował na mównicy, był uważany za jedną z twarzy zmiany na lepsze, która w polskiej polityce miała nadejść za sprawą ludzi Hołowni. Świetnie się zapowiadał, skończył jednak jak większość młodych gwiazdeczek polskiej piłki nożnej – czyli w rozgrywkach regionalnej klasy B.
Po krótkich chwilach chwały pojawiły się informacje opublikowane przez „Nową Trybunę Opolską”, według których Adam Gomoła domagał się przelania 20 tys. złotych na konto firmy jego wówczas 22-letniej współpracowniczki Barbary Łabędzkiej, w zamian za pierwsze miejsce na liście Polski 2050 w wyborach na… radnego. Tej wysokiej ceny kandydat nie zapłacił, więc i jedynki nie uzyskał, czym przynajmniej Gomoła pokazał, że nie kłamie. W każdym razie nie w tej sprawie. Po wybuchu afery i wszczęciu postępowania przez prokuraturę wyleciał z partii, a jego reputacja młodego i zdolnego legła w gruzach.
Żeby było śmieszniej, Polska 2050 przyjęła go z powrotem. Dlaczego? Ponieważ Szymon Hołownia usłyszał od niego „przepraszam”. To doskonale pokazuje stan umysłowy tej partii.
6. Ustawa wiatrakowa
Jeszcze przed powołaniem nowego rządu koalicyjnego grupa posłów i posłanek Polski 2050 i Koalicji Obywatelskiej złożyła do Sejmu projekt ustawy wiatrakowej. Firmowała go szykowana na nową ministrę klimatu Paulina Hennig-Kloska. Projekt był tak zły, że krytykowała go nawet bardzo proklimatyczna partia Razem, a PiS w swoim stylu od razu poleciał z nim do CBA w związku z podejrzeniem korupcji. Tymczasem owszem, projekt wyglądał jak napisany przez lobbystów branży OZE, ale politycy Polski 2050 zrobili im ten ukłon za darmo. Przecież przedsiębiorcy OZE są lub byli członkami tej partii.
Projekt zakładał możliwość budowania wiatraków nawet 300 metrów od zabudowy mieszkalnej i nie przewidywał żadnej ochrony akustycznej. Upadł, ale Hennig-Kloska ministrą została, chociaż podczas rekonstrukcji rządu premier Donald Tusk obciął jej kompetencje. Ustawy wiatrakowej wciąż nie ma, ponieważ koalicja nie wyrobiła się z sensownym projektem za czasów prezydenta Andrzeja Dudy, a jego następca żadnej ustawy wiatrakowej nie podpisze.
5. Pucz posłanki Leo
Pucz posłanki Aleksandry Leo to jedna z odsłon sporu między zwolennikami ministry rozwoju regionalnego Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz a Pauliną Hennig-Kloską. Leo jest stronniczką tej drugiej i pod nieobecność przewodniczącego klubu Pawła Śliża – stronnika tej pierwszej – jako jego zastępczyni zarządziła wybory do Rady Krajowej Polski 2050, by uzupełnić skład (najpewniej członkami swojej frakcji). Śliż zdymisjonował Leo i wstawił na jej miejsce Bartosza Romowicza. Frakcja Śliża zaczęła mówić o „puczu”, natomiast Leo alarmowała, że została niesprawiedliwie potraktowana.
Doszło nawet do nietypowej konfrontacji w studiu TVN24, gdy Romowicz i Leo występowali po kolei, nadając na siebie nawzajem. Żeby było jeszcze śmieszniej, wpadli na siebie, gdy się wymieniali na fotelach. Romowicz podał posłance Leo rękę, a ta odwzajemniła uścisk tak niechętnie, że gdyby odmówiła powitania, wyszłoby znacznie zgrabniej.
4. Wynoszenie wewnętrznych wiadomości
W niektórych środowiskach za wynoszenie rzeczy z Signala można sobie napytać sporej biedy, ale w Polsce 2050 to całkowicie naturalne. Właściwie to nawet dobrze o niej świadczy – jest transparentna i przejrzysta jak umyte właśnie okno. Gdy posłanka Leo przeprowadziła swój „pucz”, z grupy partii na Signalu wypłynęła dyskusja rozpoczęta przez posła Michała Gramatykę, który pytał, czy może w serwisie X nazwać tę sprawę właśnie w ten sposób. Szymon Hołownia doradził mu, by napisał o „próbie puczu”. Inny polityk tej partii chciał przekonywać, że Romowicz został powołany na nieistniejące stanowisko, a nie w miejsce posłanki Leo. O co tu chodzi? Otóż Romowicza powołano na pierwszego wiceprzewodniczącego klubu, gdyż przy okazji powołano też drugiego. Tymczasem posłanka Leo była po prostu wiceprzewodniczącą, nie można więc powiedzieć, że Romowicz ją zastąpił. Owszem, jest to logika kulawa jak krzesło z jedną nogą, ale do Polski 2050 pasuje jak ulał.
A to przecież nie jedyna historyjka wyniesiona z Signala przez polityków partii Hołowni. Znacznie większą karierę zrobiły wpisy ministry kultury Marty Cienkowskiej, która – trzeba jej przyznać – w język się nie szczypie. Przynajmniej podczas pisania. Ministra doradzała, by „***** nieprzychylne media”, bo za jakiś czas ludzie i tak zapomną o tej całej… i tu pada wulgarne słowo, którym określa się często wydarzenia, w jakich uczestniczył kiedyś prezydent Karol Nawrocki.
3. Szymon Hołownia
Zaczęło się niby dobrze, od Sejmfliksa i swobodnego prowadzenia obrad, co wzbudzało aplauz opinii publicznej – a już wtedy świadczyło o braku powagi tego człowieka. Marszałkowanie miało być dla niego trampoliną do prezydentury, a nie do kariery youtubera czy instagramera. Telewizyjny styl prowadzenia obrad skończył się dla Hołowni pięcioprocentowym wynikiem w wyborach i miejscem nawet za Grzegorzem Braunem.
W międzyczasie wyszło na jaw, że Hołownia próbował skończyć studia na prestiżowej uczelni Collegium Humanum. Bez żadnych dowodów zarzucił służbom nadzorowanym przez swojego największego koalicjanta, że wypłynięcie tej informacji to ich gra, za co został wyśmiany. Poza tym uczestniczył w rozmowach u polityka PiS Adama Bielana, na których zjawił się sam Jarosław Kaczyński, co dla Koalicji Obywatelskiej było już zdradą najwyższego rzędu. W programie Marcina Fijołka w Polsat News Hołownia stwierdził, że mamy do czynienia z zamachem stanu, gdyż namawia się go do odmowy zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Potem wycofywał się rakiem ze swoich słów, przekonując, że to była tylko taka publicystyka.
Gdy wreszcie zdał sobie sprawę, jak bardzo przegrał, postanowił zrzec się kandydowania na przewodniczącego partii noszącej jego nazwisko, proponując, by go przynajmniej rzucić do ONZ na wysokiego przedstawiciela do spraw uchodźców. A jeśli nie, to chociaż do Watykanu na ambasadora. Z planów nic nie wyszło, bo nie mogło, więc pojawiły się plotki, że Hołownia jednak wróci na białym koniu do Polski 2050 Szymona Hołowni, by ją ratować jako nowy-stary lider. Kabaret czystej wody, chodzący mem. Andrzej Lepper to był przy nim Tadeusz Mazowiecki.
2. Wybory na przewodniczącą
Żeby na własnym przykładzie udowodnić, że jeden z własnych wiodących postulatów jest niemądry jak bokser po ciężkim knock-downie, to trzeba być Polską 2050. W wyborach europejskich w 2024 roku Trzecia Droga proponowała, że zapewni „dostęp do sieci na całym obszarze Polski i Europy, likwidując nierówności” oraz „stworzy warunki do głosowania w następnych wyborach do Parlamentu Europejskiego za pomocą internetu!”.
Przejawem konsekwencji Polski 2050 było więc przeprowadzenie wyborów na przewodniczącą za pośrednictwem internetu – chociaż wszyscy uprawnieni do oddania głosu spokojnie mogliby się pomieścić w hali do futsalu. Jedna z najmniejszych partii w Polsce, zamiast zrobić konwencję z głosowaniem, postanowiła udowodnić, że w kwestii wyborów przez internet się nie myli. No i udowodniła, ale tezę przeciwną, gdyż skończyło się wielką aferą, unieważnieniem drugiej tury, zgłoszeniem do ABW i stawianiem tezy o ataku hakerskim. W sumie powinniśmy być im wdzięczni, bo przynajmniej wiadomo już, czym grożą przeprowadzane w ten sposób wybory. A przecież lepiej, żeby taką aferą skończyła się elekcja w niszowej, prześmiesznej partyjce, niż w całym kraju.
1. Reforma składki zdrowotnej Ryszarda Petru
Wszędzie tam, gdzie dzieje się coś zabawnego, Ryszard Petru stara się grać pierwsze skrzypce. Był w Nowoczesnej, z której zwiał, zostawiając ją z długami. Teraz jest w klubie Polski 2050, w której imieniu przedstawił najbardziej nieudany polski projekt ustawy od dekad. No, może nie licząc słynnego projektu Konfederacji, w którym się machnęli i kwota wolna od podatku wzrosłaby do niebotycznych rozmiarów. Tamto to – chyba – był jednak po prostu błąd, a Petru przedstawił swoją ustawę z całym przekonaniem.
Nie będę jej opisywał dokładnie, gdyż zrobiłem to już w oddzielnym artykule. Wystarczy wiedzieć, że zakładała gigantyczną obniżkę składki zdrowotnej dla wszystkich, przewidując jednak koszty NFZ rzędu zaledwie 15 mld zł. Na oko było widać, że to się nie klei. Wkrótce minister finansów wyjaśnił, że prawdziwy koszt NFZ wyniesie ok. 70 mld zł. Nasz mistrz ekonomii pomylił się niemal pięciokrotnie. Ale nie powinniśmy mieć do niego pretensji – przynajmniej mamy regularny ubaw.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.