Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Pośród ogrodu siedzi ta królewska para

Mimo że pierwszy wspólny utwór opublikowali kilka dni temu Mata, od dawna zapowiadający start w wyborach prezydenckich w 2040 roku, i uwielbiana przez miliony Fagata, marzy mi się, by do gry o najwyższą stawkę weszli Helena Englert i Jan Lubomirski-Lanckoroński – postaci jakże symptomatyczne dla polskiej dyskusji o przywilejach, wpływach i władzy.

ObserwujObserwujesz
Walka

Jeśli pierwszym kontaktem z brylującą dziś w serwisach plotkarskich Heleną Englert był dla was debiutancki utwór Pani domu, to na oskarżenie wokalistki przez Dorotę Masłowską o kradzież frazy „kanapki z hajsem” mogliście zareagować zdziwieniem. Po co nadawać sprawie niepotrzebnego znaczenia, skoro piosenka to zaledwie zagubiony w czasie i przestrzeni zlepek ironicznych klisz na kanciastym elektropopie, które już 12 lat temu, gdy wychodziła płyta Masłowskiej jako Mister D., nie należały do najbardziej oryginalnych pomysłów dekady?

Dziś lepiej widać, że Masłowska działała prewencyjnie, licząc, że uda się powstrzymać kolejnego nepo-potwora w stylu Maty, Kwiatu Jabłoni czy Luny zanim zniesie jaja. Nic z tego – latorośl sławnego aktorskiego rodu atakuje internetowe osoby użytkownicze z każdej strony, stosując w tym celu (jak wylicza Piotr Grabarczyk „Grabari” z opiniotwórczego magazynu Pudelek) „głośne produkcje, wyzywające kreacje, pokładanie się na czerwonych dywanach, wulgaryzmy w piosenkach i okazjonalną nagość na Instagramie” i zdobywając tytuł „najsłynniejszej polskiej nepo baby”.

Nepo baby, czyli pięciokrotna lepszość

W jednym podkaście Englert mówi, że jej kariera nie została sfinansowana przez rodzinę, redukując swoje rozmaite kapitały do kwestii czysto finansowej i twierdząc, że Jan Englert i Beata Ścibakówna pomagali jej „tylko raz” – gdy mieszkała w USA. Aktorki i wokalistki bronią też media. TVN pisze, że z upływem lat „coraz pewniej podkreśla, że jej sukcesy są wynikiem pracy, a nie rodzinnych koneksji czy rachunków rodziców”. Stacja poczuła się zobowiązana do dodatkowego wyjaśnienia czytelnikom, jak działa świat klas społecznych i dochodzenie do sukcesu: „To ważne w kontekście medialnych ocen i komentarzy – bo nawet jeśli nazwisko znanych rodziców otwiera pewne drzwi, to droga do profesjonalizmu i utrzymania się z tego zawodu wygląda zupełnie inaczej”.

Czytaj także Sukces to stan umysłu? Bogaci chętnie zapominają o szczęściu, które im sprzyjało Magdalena Wasilewska

To nie pierwszy raz, kiedy polskie media, autorytety, same nepo dzieci i ich rodziny stają w obronie swoich przywilejów, próbując pokazać je jako coś absolutnie naturalnego, niezmiennego, nadprzyrodzonego. Pamiętamy przecież dzieci Rafała Brzoski i Omeny Mensah, które wcale nie mają tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. Córkę króla keczupu, która w tajemniczych okolicznościach wygrała polskie eliminacje do Eurowizji. Albo dzieci Kuby Sienkiewicza, które wcale nie miały łatwiej ze względu na ojca, bo w ogóle to ukrywały to pokrewieństwo (choć tak naprawdę to nie). Dopiero z czasem, zapewne za radą pijarowców, do tego obrazu wdzierają się jakieś jaskółki kontaktu z rzeczywistością – uświadomienia sobie luksusu mieszkania od rodziców w centrum Warszawy albo „braku dostępu do rówieśników w trudnej sytuacji”.

Zarzutów o nepotyzm nie zrozumiał (ówczesny) dyrektor Teatru Narodowego, reżyser, aktor i ojciec Jan Englert, który zaproponował Helenie rolę w pożegnalnym Hamlecie u boku jej matki, a dyrektorskiej żony. Rozbrajająco przy tym stwierdził, że nie rozumie, dlaczego ludzi może to wkurzać, „a prawda jest jego zdaniem taka, że aktorskie dziecko ma w środowisku trudniej – bo wymaga się od takiej osoby więcej niż od pozostałych”.

Myślałeś, że to bananowe dzieci żyjące jak pączki w maśle, a one prawie nie dostają hajsu od rodziców, chcąc się dostać na akademię teatralną muszą wypaść „pięć razy lepiej od innych” (dyrektor Englert przyznaje, że sam stosuje to także w przypadku dzieci kolegów), a na końcu niziny społeczne i tak odpłacają się im zwykłym hejtem.

Nie ma cienia dowodu, by Helena Englert przynajmniej lubiła muzykę lub rozpatrywała ją w innych kategoriach niż narzędzie autopromocji. Jako wokalistka sięga po zużyte pomysły i spóźnione o dobrą dekadę kopie kopii, ale mając już przetarte ścieżki w świecie teatru i filmu, ochoczo rozmawiając z mediami o swoim dzieciństwie i budując markę w stylu rodziny Beckhamów, stwierdziła, że nagrywanie piosenek będzie ładnie wyglądać w portfolio. I wygląda na to, że nie trzeba do tego być „pięć razy lepszą” od artystek i artystów, którzy na płytę wydaną w wytwórni Kayax musieliby zasłużyć czymś więcej niż nazwiskiem.

Rozkładówka dla księcia

Zgrzytający początek medialnej obecności Englert to i tak nic w porównaniu z nienawistnym podburzaniem motłochu przeciwko samemu księciu. Niestety, trzeba powiedzieć głośno, że mroczną rolę w atakach na bogu ducha winnego Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego odegrała „Gazeta Wyborcza”.

Lubomirski-Lanckoroński jest trochę jak pierwszy singiel Heleny Englert, tylko o wiele bardziej – zagubiony w czasoprzestrzeni, jednak na osi czasu hasający z większą dezynwolturą niż odsiadujący wyrok za oszustwa prezydent hrabia Jan Zbigniew Potocki. O ile bowiem sympatyczny oszust swoje prawo do rządzenia Polską wywodzi z przekonania, że nadal obowiązuje konstytucja kwietniowa z 1935 roku, o tyle Lubomirski zdaje się negować postanowienia konstytucji marcowej z 1921 roku, która zniosła tytuły szlacheckie.

W ciągu tych ponad 100 zwariowanych lat tematyka polskiej arystokracji budowała legendy, m.in. reporterskie – dość wspomnieć głośną Mitrę pod kapeluszem Małgorzaty Szejnert z 1973 roku, która ukazała się w „Polityce” i zapewniła dziennikarce zasłużoną sławę i niesłabnącą do dziś popularność. Polska „ludowa” nieprzesadnie ceniła dawną tytulaturę, dlatego gdy Szejnert zadzwoniła z pytaniem o hrabiowskie pochodzenie do Ignacego Stanisława Krasickiego, marksistowskiego dziennikarza i politologa z rodu magnackiego herbu Rogala, ten krzyknął „to prowokacja!”, wypierając się błękitnej krwi i ganiąc reporterkę za brak świadomości klasowej.

Czytaj także Zwyczajne dziewczyny i chłopaki z Warszawy, którym się udało Piotr Wójcik

Dziś wszechobecna partia książąt nie rozlicza, a do arystokratów nie wysyła się nawet dziennikarek, które mogłyby przefiltrować przez własną wrażliwość hrabiowskie aberracje – po prostu daje się im „platformę”, żeby podyskutowali z Michałem Rusinkiem o foie gras i orzeszkach.

Konserwatywny jak nieszczęście Rusinek jako wysłannik „pospólstwa” i nowoczesnych liberałów na pojedynek z siłami reakcji wydaje się co prawda nieco mniej odpowiednią osobą niż Szejnert, ostatecznie jednak mimo chybionego castingu „Gazecie Wyborczej” udało się uczynić dobro, wiecznie o klikalne zło zabiegając – wszyscy zaczęli pytać, jakim to niby księciem czy hrabią jest zadowolony z siebie krakowski mecenas, dysząc jednocześnie niechęcią do jego filantropijnych przechwałek i odkrywając uczucia, za które odpowiadały dotąd takie książki jak Obrońcy pańszczyzny Adama Leszczyńskiego.

Dobry pan chce się dzielić sejmowym gruntem

„Mój felieton w ogóle nie dotyczył ani osoby księcia, ani jego działalności” – odpowiedział Rusinek na przechwałki Lubomirskiego, który nastręczył sporo problemów redakcji „GW”, co najmniej raz zmieniającej grzecznościowy tytuł. Na dodatek spod obu tekstów zniknęła możliwość komentowania, dlatego krzepiący serca zryw ludowego gniewu i świadomości klasowej trafi do archiwów jedynie w formie podburzania do gilotyny w mediach społecznościowych.

Gdyby jednak Rusinek poświęcił felieton osobie księcia albo jego działalności, dotarłby zapewne m.in. do artykułu biznesowego dodatku do „Wyborczej” z sierpnia 2025 roku, w którym mieszkańcy należącej do firmy Landeskrone kamienicy żalą się, że na skutek zalegania z opłatami przez prawnika zostali pozbawieni dostępu do ciepłej wody i ogrzewania. Albo do starszego, ale przezabawnego artykułu, w którym książulo opowiada o sądowej walce z państwem polskim, której celem jest odzyskanie gruntów przed wojną nalężących do jego dziadka Kijka i wujka Pupusia – czyli dzisiejszego parkingu przed gmachem Sejmu.

Lanckoroński-Lubomirski zaproponował wówczas układ – obok planowanego przez Kancelarię Sejmu postawi własny budynek, w którym jedną część będzie stanowić muzeum polskiego parlamentaryzmu – a przecież jeśli czegoś polskie władze pragną, to kolejnych muzeów – drugą zaś biurowiec, który na placówkę będzie zarabiał. Dobry pan.

Dwa lata po artykule Sąd Okręgowy w Tarnowie podtrzymał wcześniejsze orzeczenie o nabyciu przez Skarb Państwa prawa własności zamku w Wiśniczu przez zasiedzenie. Sprawa, w której Zjednoczenie Rodowe Lubomirskich domagało się zwrotu zamku, toczyła się od lat 90., a w 2003 roku późniejszy minister skarbu w rządzie Donalda Tuska, Aleksander Grad, pisał w interpelacji do ministra kultury: „Czy obecność ministra kultury na balu zjednoczenia należy zrozumieć jako świadome poparcie przez rząd racji strony przeciwnej interesom skarbu państwa? Czy pobyt pana ministra w Wiśniczu miał charakter podróży służbowej? Czy intencją rządu jest zrzec się praw nabytych w wyniku blisko 60-letniego użytkowania tego obiektu i inwestowania w niego wielkich sum pochodzących z podatków obywateli i innych dochodów państwa?”.

Podobne pytania w obliczu szeregu roszczeń dobrodziejów Lubomirskich wobec państwa można skierować do redakcji „Gazety Wyborczej”: czy publikowanie dowolnych bzdur „księcia” należy rozumieć jako świadome poparcie racji strony przeciwnej interesom Skarbu Państwa? Czy po latach promowania Dominiki Kulczyk, byłej żony Lubomirskiego-Lanckorońskiego, jako twarzy polskiej filantropii, przyszła pora na ocieplanie wizerunku człowieka, który toczy boje m.in z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich i który dzięki przyjaznym łamom i brakowi zaczepek ze strony Michała Rusinka może jednocześnie pokazać się jako dobroczyńca muzeów, ministerstw i WOŚP, a nawet… Zakładu Narodowego im. Ossolińskich? Do tego akurat hrabiemu w zupełności wystarczą przyjazne pogadanki w Kanale Zero.

Biedni i bogaci winni sobie po równo

Trudno traktować medialne sukcesy Englert i Lubomirskiego wyłącznie jako przejaw próżności błękitnokrwistych bananów. Kilka dni temu CBOS zaprezentował swoje badania dotyczące społecznej percepcji ubóstwa, z których wynika, że ok. 50 proc. badanych uważa, iż tym, co nie pozwala wydostać się z biedy, jest niezaradność życiowa, bezradność w załatwianiu własnych spraw, lenistwo, niechęć do pracy, choroba, niepełnosprawność czy alkoholizm, w skrócie – biedny mniej więcej zawsze jest sam sobie winien.

Czytaj także Polska w tubce i powrót córki króla keczupu Łukasz Łachecki

Gwoli sprawiedliwości, jak wynika z analogicznego badania przeprowadzonego w tym samym okresie, o bogactwie Polacy myślą dokładnie tak samo – jako o wypracowanym w laboratoryjnych warunkach efekcie talentu, pracowitości, odwagi i poświęcenia. W tym baśniowym świecie z Janem Englertem w roli lektora potomkowie artystycznych i arystokratycznych rodów dają z siebie 500 proc., żeby móc rywalizować z tymi, którzy mieli szczęście urodzić się poza marginesem przywileju, wymagającego nieustannego potwierdzania na scenie, w studiu i w mediach plotkarskich.

Wygląda na to, że z Nierówności po polsku większość społeczeństwa wyciągnęła zgoła odmienne wnioski niż ja, ale wolałbym, żeby media niezabiegające wyłącznie o czytelnika arystokratycznego nie przykładały ręki do promocji podobnych ekstrawagancji. Dziś jeszcze Jan Lubomirski-Lanckoroński czy Helena Englert mogą uchodzić za kuriozalne indywidua, które nie wiedzą, na co wydawać pieniądze i dlatego postanowiły zapłacić za możliwość wyskakiwania z twojej lodówki. Ale w długiej perspektywie tworzą przyjazny klimat dla kolejnych roszczeń, sporów i wypychania gorzej urodzonych na margines. Dyskusje o foie gras i kanapkach z hajsem to tylko pozłotko.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie