Edukacja zdrowotna ma szansę nauczyć dzieci stawiania granic, a dla Kościoła to bardzo zła wiadomość. Dlatego księża wolą, by wasze pociechy były skazane wyłącznie na pornografię, a potem z jej oglądania ze szczegółami spowiadały się właśnie kolesiom w sutannach.
Większość dzieciaków czerpie wiedzę o seksie i relacjach z utrwalających przemocowe wzorce z pornografii i patostreamów. Nie łudźmy się, że jest inaczej, skoro czytamy w prasie i badaniach, że nałogowo treści erotyczne przeglądają jedenastolatkowie, a w sieci wybuchają kolejne skandale z pedofilią i groomingiem w roli głównej.
Nie ma się też co oszukiwać, że profilaktyczna szkolna edukacja stanowi remedium na te bolączki i przestanie wychowywać kolejne pokolenia predatorów i ich ofiar (Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę wskazuje, że krzywdy o charakterze seksualnym dotykają w Polsce nawet 1,8 mln nieletnich), a także nastoletnich rodziców czy nosicieli chorób wenerycznych. Nadużycia nie znikną, porno i kiła też nie. Ale to nie powód do paniki moralnej, lecz rozsądnego działania. Za sprawą szkoły możemy minimalizować te ryzyka, dając dzieciom nie antidotum, lecz alternatywę i szansę na reakcję oraz zgłoszenie się po pomoc.
Bez edukacji dalej będziemy mieć kraj zdrowotnych analfabetów
czytaj także
Najlepiej zorganizowana siatka pedofilska w historii
Między innymi z takim zamiarem ministerstwo edukacji wprowadza od nowego roku szkolnego edukację zdrowotną. Chodzi o zajęcia, które mają zastąpić dotychczasowe wychowanie do życia w rodzinie i uczyć 10-latków (przedmiot pojawi się w programie dopiero czwartych klas szkół podstawowych i wyżej) o zdrowiu w wymiarze fizycznym, psychicznym, seksualnym, społecznym i środowiskowym na wszystkich etapach życia.
Nie będą to więc lekcje masturbacji zdominowane przez tematy związane ze współżyciem, jak wieszczy przeciwny inicjatywie Kościół i wierna mu prawica, bo w założeniach ministerstwa pojawia się cały wachlarz tematów, jak np. zdrowe odżywianie czy higiena cyfrowa. Z pewnością nawet przy najlepszych intencjach pedagogów nie da się zrealizować na jednej godzinie tygodniowo wszystkich tych zagadnień, na każde przypadną zaledwie podstawy. Ale Episkopat, który w liście wysłanym do wiernych przestrzega przed „erotyzacją” dzieci, wie przecież lepiej.
„Nie wolno Wam zgodzić się na systemową deprawację Waszych dzieci, która ma być prowadzona pod pretekstem tzw. edukacji zdrowotnej. W trosce o wychowanie i zbawienie apelujemy, abyście nie wyrażali zgody na udział Waszych dzieci w tych demoralizujących zajęciach” – nakazują kościelni włodarze, jak zwykle fiksując się na seksie, choć nowy przedmiot, w którym udział trzeba potwierdzić do 25 września br., nie ma go nawet w nazwie.
Wiadomo jednak, o co chodzi najzręczniej działającej w historii i bezkarnej siatce pedofilskiej. Edukacja zdrowotna ma szansę nauczyć dzieci stawiania granic, a dla wykorzystujących ich niewinność oprawców i zbudowanego na bezwzględnym posłuszeństwie kościoła to bardzo zła wiadomość. Dlatego księża wolą, by wasze pociechy były skazane wyłącznie na pornografię, a potem z jej oglądania ze szczegółami spowiadały się właśnie kolesiom w sutannach.
Tym samym, którzy z powodzeniem wywarli na resort edukacji presję, by nowe zajęcia nie były obowiązkowe, a teraz robią wszystko, by nikt w nich nie uczestniczył. Dlaczego? Bo mają na to powszechne przyzwolenie, a dobro dzieci jest niczym w porównaniu z dylematami moralnymi katolików.
czytaj także
Cierpienia fajnych, nowoczesnych i wrażliwych
Nie ma co kopać się z koniem w postaci zatwardziałych katolików. Ale wyobraźmy sobie, że w obliczu krucjaty Episkopatu wszyscy fajni, nowocześni i wrażliwi katolicy (mam wrażenie, że znam głównie takich, gdy pytam o to, komu przeszkadza pedofilia w kościele) dokonują apostazji. Science fiction, nie?
Utwierdziłam się w nierealności tych marzeń, gdy przeczytałam w sieci, że jednemu ze znanych dziennikarzy „ciężko jest być wierzącym i identyfikować się z Episkopatem Polski”, gdy ten drugi pod pozorem rzekomej walki z deprawacją wzywa rodziców do bojkotu wchodzącej za chwilę do szkół edukacji zdrowotnej.
Wpis zdaje się wyrażać słuszną niezgodę na to, jak Kościół – nie po raz pierwszy w historii – blokuje społeczeństwu dostęp do wiedzy, zdrowia i bezpieczeństwa. Jednak tak naprawdę w centrum tej wypowiedzi (znowu) znalazły się uczucia religijne, które bez przerwy wystawiane są na próbę niezależnie od poziomu zaangażowania osób ich doświadczających w życie duchowe.
Biedni ci katolicy w Polsce. Nie mają łatwo, bo jeśli akurat nie atakują ich lewackie ideologie, to martwi i zawstydza zepsuty kler. A przecież wielu wyznającym chrześcijańskie wartości chodzi jedynie o czynienie dobra, bogate życie wewnętrzne i – jak to ujęła kiedyś na naszych łamach Dorota Próchniewicz – intymne chwile z bogiem.
Wówczas słyszymy powtarzaną od dekad litanię: że trzeba umieć oddzielać ziarno od plew, że ci źli księża i hierarchowie, którzy właśnie torpedują absolutne minimum wysiłków ministerstwa edukacji (bo trudno uznać za wyczyn wprowadzenie jednego nieobowiązkowego przedmiotu), nie robią tego w imieniu całej religijnej wspólnoty. A kościół jako instytucja jest w kryzysie i wymaga poważnych reform.
Historia histerii. Wystraszyć Polaków jest łatwo, prawica robi to skuteczniej
czytaj także
Tak się dziwnie składa, że przytomni, rozsądni katolicy, nawet ci, którzy wielkodusznie uznają różne progresywne wymysły jak prawa człowieka za akceptowalne, jakoś niespecjalnie się garną do wielkich zmian, a zamiast tego poprzestają na wyrażaniu swojego zaniepokojenia i byciu fajnokatolicką zupą pomidorową. Niestety, strawną wyłącznie dla nich samych i kościelnych włodarzy, którzy mogą powiedzieć z ambon każdą bzdurę, a i tak rzesza ludzi będzie podtrzymywać status quo w postaci patologicznego związku tronu z ołtarzem, mówiąc: „wierzyłem, ale się nie zaciągałem”.
Są i tacy, którzy oczekują za to medali, ale ja tu nie widzę żadnego bohaterstwa. Trudno także dostrzec znamiona etycznego wyzwania w zerwaniu z instytucją, z którą deklaratywnie ponoć jest nam nie po drodze i która od lat krzywdzi dzieci. Jak na dłoni widać tu prosty katolicki konformizm, przebierający się w szaty przyzwoitości.
Oczywiście nie ma obowiązku wychylania się. Rozumiem, że część ludzi chce mieć po prostu spokój w życiu i to ich święte prawo. Ale polscy publicyści, którzy zabierają w sprawie głos, robiąc przy tym logiczne fikołki, podlegają innym regułom.
Próbują jednocześnie mieć ciastko i je zjeść, a do tego dostawać oklaski za to, że w przeciwieństwie do zaleceń Episkopatu zapiszą własne dzieci na edukację zdrowotną albo powiedzą, że wiedza jest okej. Silni katolicy!
„To, co teraz napiszę, nie przychodzi mi łatwo” – tak swój apel do współwierzących zaczyna inny dziennikarz, Tomasz Terlikowski, który karierę zbudował na szkalowaniu antyklerykałów, a dziś pozuje na jednego z nich, wciąż pozostając w zagrodzie katolickich owieczek. Zanim jednak dowiemy się o jego proedukacyjnych zamiarach i krytyce Episkopatu, straszącego rzekomą seksualizacją dzieci, dostajemy całe akapity o religijności Terlikowskiego i o tym, że „chciałby biskupów traktować jako odpowiedzialnych uczestników debaty, których głos powinien być wysłuchany i zrozumiany, a także wzięty pod uwagę w rozmaitych decyzjach osobistych i politycznych”.
Już tutaj powinna nam się zapalić czerwona lampka. Czy głos jakiegokolwiek przedstawiciela środowiska o długiej pedofilskiej tradycji powinien być brany pod uwagę w kwestii wychowywania dzieci w ponoć świeckim państwie? W normalnym świecie z założenia nie powinien być w ogóle dopuszczany do debaty.
Dlatego podaruję sobie cytowanie dalszych wywodów Terlikowskiego i jemu podobnych, którzy jak zwykle w takich sytuacjach zajmują się wyłącznie sobą. Konsekwencje oportunizmu udającego odwagę ponosimy wszyscy, ale dobrych katolików, którzy wspaniałomyślnie zauważają grzechy kościoła, wcale nie musi obchodzić to, jak się żyje ateistom i wszystkim pozostałym.
Ale może chociaż raz zamiast wierzeniami dorosłych zainteresowaliby się bezpieczeństwem najmłodszych? To naprawdę proste.