Kinga Dunin czyta

Dunin: Trup, ja i literatura

Patrzcie, dotykam czegoś, czego nikt przede mną nie dotknął, a przynajmniej nie w ten sposób.

Kiedy jakaś książka, tak jak Moja walka Knausgarda, pierwszy z tomów trylogii, jeszcze przed ukazaniem się ma taką reklamę, potem same dobre recenzje, a sprzedawana jest jako arcydzieło i norweski Marcel Proust, to aż się prosi, żeby powiedzieć: bez przesady, nie jest aż takim arcydziełem. Bo nie jest, ale jest bardzo dobrą pozycją z gatunku „projekt ja”.

Takim książkom stawiam zwykle poprzeczkę wyżej. Pisarzy, którzy nie potrafią wymyślić żadnej historii, a jedyne, co ich interesuje, to ich własne życie, jest tak wielu, że i konkurencja spora. Wśród takich opowieści jedną grupę stanowią te, których autorzy mieli z jakiegoś punktu widzenia ciekawe życie. Odcisnęła się na nim historia, na przykład w postaci wojen, mają nietypowe tożsamości, podróżowali, przyłożyli rękę do wyjątkowego wydarzenia politycznego, popełnili przestępstwo, siedzieli w wiezieniu… Do drugiej grupy należą opowieści „zwykłych ludzi” ze stabilnych i nienękanych nadmiernie przez historię społeczeństw, których życie podąża podobną do innych trajektorii. Ci idą w psychologię, opisy doświadczania świata, czyli tego, co zdarza się wielu ludziom, ale nie wszyscy potrafią nadać temu kształt literacki i opisać, co czuli, kiedy w wieku sześciu lat przyglądali się plamie słońca na podłodze. Więcej tu emocji niż fascynujących wydarzeń, ale ich atutem ma być autentyzm. Szczerość i prawda. A to przyciąga czytelników, a nie jakieś wymysły.

Czy jednak w ogóle jest to możliwe – w literaturze albo w życiu? Czyż nie jest tak, że zawsze jesteśmy jakąś kreacją? Że i w  tym wypadku „granice naszego języka są granicami naszego poznania” i zawsze trochę pozujemy? Na przykład na szczerość. Dziś gra w szczerość polega na ujawnianiu kwestii uznawanych za intymne, wstydliwe lub nieprzynoszące chwały bohaterowi. Trzeba przyznać się do młodzieńczej masturbacji albo do uczuć zazwyczaj podlegających cenzurze, przełamać hipokryzję. (Niekiedy wydaje mi się, że unikanie hipokryzji to podstawowa hipokryzja współczesnej literatury).

Ostatecznym sprawdzianem, czy udało się to wrażenie osiągnąć, jest tu reakcja czytelnika – czy zawierzy autorowi? I trzeba przyznać, że to Knausgardowi przeważnie się udaje. I chyba najbardziej interesowało mnie w tej powieści, jak on to robi.

Mają na to wpływ na przykład elementy metanarracyjne, kiedy autor pisze o tym, że pisze i jakie jest to dla niego ważne. Wtedy przemawia do nas jeszcze bardziej w pierwszej osobie, nawiązując jeszcze bliższą relację z czytelnikiem. Przede wszystkim jest to jednak pewna sztuczka literacka, albo sztuka – bo naprawdę ją doceniam. Jego walka jest bowiem walką o i siebie, i o literaturę. Zastanawiając się nad istotą dobrej literatury, twierdzi on, że jest nią forma – nie wiem, czy to najtrafniejszy termin. Chodzi mu o coś, co mieści się między stylem a treścią. Dobrzy styliści, jego zdaniem, piszą często marne książki, które zatrzymują się na poziomie wyrafinowanych zdań czy konstrukcji. Koncentracja na wydarzeniach czy ideach też może prowadzić na manowce. I jeśli dobrze rozumiem, postawił sobie właśnie takie zadanie: nie być stylista ani po prostu opowiadaczem i w ten sposób dosięgnąć istoty literatury. Oraz istoty swojego życia.

I rzeczywiście, język tej powieści, choć wcale nie taki prosty, niesie czytelnika i szybko staje się przezroczysty. A historia, którą opowiada, ma pewne dramatyczne momenty, ale też nie jest wyjątkowa. Dobra mama, ojciec budzący lęk, starszy brat. Dorastanie, szkoła, pierwsze piwo, pierwsze miłości. Rozwód rodziców, kiedy już jest nastolatkiem i właściwie mieszka u kochających dziadków. Ojciec zakłada nową rodzinę, rozpija się i ją porzuca. Ale jego syn w tym czasie już ma swoje życie – studia, pierwsze małżeństwo, drugie, dzieci, dom. Ojciec zamieszkuje ze swoją matką i zapija się na śmierć. Nie wydaje się jednak, aby jego syn próbował temu zaradzić lub był jakoś w tę sytuację zaangażowany. Najlepsze fragmenty Mojej walki to chyba te, w których po śmierci ojca musi zająć się pogrzebem. Przez wiele dni sprząta zdewastowane, zawalone kupą śmieci i pustych butelek mieszkanie, a wieczory spędza ze zdemenciałą babcią i bratem.

Śmierć ojca, która skłania go do płaczu i śmiechu, jest klamrą kompozycyjną tej książki – rozpoczyna ją i kończy. Śmierć o tyle jest „prawdziwa”, że wymyka się kulturze. A martwe ciało, zanim nie zostanie przysposobione do pogrzebu, jest może najbardziej stabuizowanym… przedmiotem? 

Te ukrywane przed ludzkim okiem zwłoki, „istota literatury” oraz szczerość wobec siebie jakoś się rymują.

Tak jakby autor mówił: patrzcie, dotykam czegoś, czego nikt przede mną nie dotknął, a przynajmniej nie w ten sposób. Zdejmę płachtę z trupa, pokażę wam prawdę o sobie i zrobię z tego prawdziwą literaturę, która nie jest tylko stylem i narracją. Ho, ho!

Wsłuchajmy zatem tej prawdy o autorze. Bo w końcu książka ta jest próbą autoanalizy, a więc centralnym punktem jest „ja” autora – „ja” pozbawione superego. Widzimy więc egotyka, niesłychanie skupionego na sobie, dla którego najważniejsza jest jego twórczość. Jego relacjom z ludźmi brakuje głębi. Inni nie bardzo go interesują, a w powierzchownych kontaktach stara się po prostu zadowolić wszystkich, mówiąc im to, co chcieliby usłyszeć. Chyba że się upije, ale tego nie robi, żeby nie stracić kontroli. Dla rodziny – jak pisze – zrobiłby wszystko, ale jest ona dla niego głównie obowiązkiem.

Psychologia pewno ma dla tego jakąś nazwę, a psychoanalityk dopatrzyłby się może źle przeżytej fazy edypalnej? A oczywiście można też powiedzieć, że „ja” – podobnie jak śmierć czy literatura – jest nieredukowalne do zestawu cech czy interpretacji.

W każdym razie nie zazdroszczę żonie Knausgarda, mimo że chodził z nią do szkoły rodzenia. Jedynym wartym odnotowania – dla niego – problemem, okazało się to, że żona będzie rodziła w pokazanym im wcześniej (żeby się oswoili) osobnym pokoju z łazienką, ale ktoś przed nią i po niej też będzie go używał. Jakże trudno nie być kimś wyjątkowym!

Ale czy mam rację, mam nadzieję dowiedzieć się z kolejnych tomów.

Karl Ove Knausgard, „Moja walka”, Wydawnictwo Literackie 2014

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Jedna z głównych postaci środowiska „Krytyki Politycznej”. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Zajmowała się organizacją dystrybucji i sprzedażą niezależnej prasy i książek. Kilkakrotnie zatrzymywana na 48 godzin, przesłuchiwana, w jej domu przeprowadzano rewizje. Brała udział w organizacji i spotkaniach Uniwersytetu Latającego oraz SKS. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Wieloletnia Felietonistka „Wysokich Obcasów” (dodatku „Gazety Wyborczej”). Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książki "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności" oraz zbioru felietonów "Zadyma". W 2012 nakładem Wydawnictwa KP ukazała się jej książka "Kochaj i rób". W TVP 1 współprowadziła z Tomaszem Łubieńskim i Witoldem Beresiem program kulturalny „Dobre Książki” oraz w TVP Kultura ze Sławomirem Sierakowskim i Cezarym Michalskim – „Lepsze Książki”. Uczyła socjologii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.