Spięcie: Mamy na czym budować. Polska szkoła to nie tylko problemy
To nie w poziomie wiedzy dzieci tkwi największy problem polskiej szkoły.
Kto czego uczy i w jakim celu?
To nie w poziomie wiedzy dzieci tkwi największy problem polskiej szkoły.
System oceniania, promujący współzawodnictwo, będący de facto narzędziem represji, nie uwzględnia indywidualnego postępu ucznia, ale też pozwala na podbudowanie „dowodami” tworzonej na tony dokumentacji.
Władza zmusza rodziców do zbędnego wydawania miliardów złotych na usługi, które powinno zapewnić państwo.
Pełzająca prywatyzacja polskiej szkoły nie jest efektem spisku konserwatywnego ministerstwa ani liberalnych rodziców, lecz konsekwencją chronicznego niedoinwestowania edukacji.
Szkoła to pierwsze miejsce, w którym spotykamy się z państwem. To pierwsze miejsce, które pokazuje nam, czym to państwo jest. W Polsce jest to spotkanie przykre.
Sprawa edukacji, w przeciwieństwie do sytuacji z 2019 r., jest już rozpoznana. Środowiska nauczycielskie są lepiej zorganizowane, choćby w grupy i inicjatywy w mediach społecznościowych.
Angielszczyzna, być może jako ostatni element spuścizny japiszonowych lat 90., wciąż w Polsce przesączona jest bardziej lub mniej uświadomionym klasizmem. Ale Patryk Jaki akurat nie jest jego ofiarą.
Pod koniec XIX wieku na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim pisać i czytać umiało około 30 proc. mieszkańców. W zaborze niemieckim było to ponad 95 proc. Wszystko to dzięki pruskiemu modelowi edukacji.
Obecny model szkoły reprodukuje obecny system – ekonomiczny, społeczny, polityczny i kulturowy.
Po tegorocznej katastrofie powodziowej w Pakistanie życiowe szanse milionów młodych Pakistańczyków i Pakistanek wiszą na włosku.