Świat

Zmierzamy prosto w geopolityczną otchłań – 40 procent wciąż za

Rok rządów PiS w polityce międzynarodowej

Rok 2017 przyniósł rządzącemu Polską obozowi stabilne poparcie solidnej (40 procent) większości obywateli. Choć Polacy od lat deklarują swój euroentuzjazm, a w Europie PiS nie wygrał niczego – począwszy od kompromitacji w głosowaniu przeciw Donaldowi Tuskowi w marcu, przez porażkę w temacie pracowników delegowanych, na uruchomieniu procedury z artykułu 7. TUE skończywszy – w Polsce wciąż nie ma z kim przegrać. I nie jest to przypadek.

Ostolski: To nie jest „procedura atomowa”

Opinia publiczna detalami polityki zagranicznej się nie interesuje, kupuje najwyżej narrację ogólną. A jeśli nie liczyć niesławnego 27:1 w Brukseli, w zasadzie wszystkie posunięcia ekipy rządzącej za granicą dobrze współgrały z przekazem PiS na użytek wewnętrzny („wstawanie z kolan”). Głosy krytyki płynące z obozu prawicy zamilczano, jeśli tylko w czymkolwiek mu przeczyły – taki los spotkał wezwania Tomasza Krawczyka i Marcina Kędzierskiego do zbliżenia z Berlinem; podobnie będzie zapewne z tezami raportu prof. Góralczyka dla „Nowej Konfederacji”. Głosy spoza własnej opcji dezawuuje się natomiast z góry, jako służące obcym interesom. Kłopot w tym, że uprawiana w 2017 roku przez PiS polityka zagraniczna – zbieżna z nastrojami części wyborców i słabo mobilizująca przeciwników – prowadzi nas prosto w przepaść. Otwieranie kolejnych frontów, toczenie wojen z poprzedniej epoki, brak wizji celu, chaos i niespójność działań, wreszcie sojusze egzotyczne – dają łącznie obraz nędzy i rozpaczy.

Obywatelska, solidarna, odpowiedzialna – taka miała być polska polityka zagraniczna, jaką zapowiadał w lutowym expose minister Waszczykowski. Żeby się długo nie znęcać i przejść do meritum wspomnę tylko hasłowo, w odpowiedniej kolejności: 1) walkę z liberalnymi NGO jako agentami wrogiej zagranicy, 2) opór wobec przyjęcia jakichkolwiek uchodźców, 3) zrobione tuż przed francuskimi wyborami foty szefa MSZ z przegraną kandydatką, Marine Le Pen. To ostatnie to oczywiście przykład anegdotyczny – kwestię nieodpowiedzialności „makro” rozwijam poniżej.

Przede wszystkim – w czerwcu 2016 roku szlag trafił kluczową przesłankę polityki zagranicznej rządu PiS, a więc pozostanie eurosceptycznej Wielkiej Brytanii w ramach UE. Wyspiarze w środku dawali szansę albo na cofnięcie procesu integracji en bloc („renacjonalizacja”), albo na zbudowanie dwóch kręgów integracji, z jądrem „karolińskim” z przystawkami oraz wianuszkiem państw od Zjednoczonego Królestwa po Bałkany. Bez Brytyjczyków w UE żadnego „drugiego kręgu” jednak nie będzie, bo wobec „jądra” cała reszta będzie przystawkami, notabene część z krajów (Słowacja?, Estonia?) chętnie da się jądru połknąć. Zostajemy więc sami.

A może jednak nie? Co z sojusznikami w regionie? Rządzona przez prawicę Austria to liczący się gracz, ale poza niechęcią do uchodźców z rządem Sebastiana Kurza łączy nas niewiele, dzieli za to wyobraźnia geopolityczna (zainteresowanie Bałkanami i życzliwość wobec Rosji) oraz interesy energetyczne (gaz, Rosja!). W regionie po prostu ze sobą konkurujemy – o wyszehradzkie rynki zbytu, o sektor bankowy, dominację energetyczną (Polska jako hub gazowy Austrii wyjątkowo nie odpowiada), a nawet o transport lotniczy. Zostają jeszcze bracia Węgrzy, ale zawieszenie naszego losu (artykuł 7!) na łasce premiera Orbana, który sprzeda nas za zniżkę na uran do elektrowni w Paksu i trzy montownie Audi to pomysł nieporównanie bardziej żenujący niż „półkolonia Niemiec”.

O Sebastianie Kurzu, co nowość ze złem pożenił i wygrał

Idąc dalej, Trójmorze. Jako projekt wspólnej budowy dróg oraz infrastruktury do przesyłu gazu wydawało się rozsądną koncepcją – dałoby się ją uzasadnić np. jako uzupełnienie zaniedbanego wymiaru „wertykalnego” sieci transeuropejskich. Idea ta, bliska także Chorwatom, nie ma jednak żadnych szans jako sojusz w swej wymowie antyniemiecki – za ambitne projekty infrastrukturalne zapłacić ma przecież Unia, a wszyscy potencjalnie zainteresowani trzy razy obejrzą się na Berlin zanim cokolwiek przedsięwezmą wspólnie z Polską.

W samym Berlinie tylu niewiadomych nie było chyba od czasu zjednoczenia. Spodziewana kilka miesięcy temu koalicja Merkel z Zielonymi i FDP groziłaby „deeuropeizacją” Niemiec, które na ostry kurs wobec Paryża i Południa pchałyby – ze środka liberałowie i CSU, z dołu zaś coraz bardziej agresywnie nacjonalistyczna AfD. Do takiego układu raczej nie dojdzie, ale kolejna możliwa opcja też rodzi dla nas problemy. Wielka Koalicja z SPD mogłaby zapewne wyjść naprzeciw pomysłom prezydenta Macrona i uruchomić proces dalszej integracji UE w ramach strefy euro – nie trzeba jednak dodawać, że dla Polski, a już na pewno Polski z obecnym rządem, udział w tym projekcie wydaje się mało prawdopodobny. Wreszcie, jeśli z „rozmów sondujących” w Berlinie nic nie wyjdzie i odbędą się powtórne wybory, na czele chadecji raczej nie stanie już Angela Merkel; należy się wtedy spodziewać dalszego przesunięcia niemieckiej sceny politycznej na prawo (czyt. więcej „twardej obrony niemieckich interesów w Europie”) i nowego kanclerza, dla którego relacje z Polską będą nie drugo- lecz czwartorzędną sprawą.

Na rozwój sytuacji w Niemczech nie mamy większego wpływu, ale posunięcia rządu w ostatnim roku – od „wewnętrznej” rozprawy z sądami po absurdalną sprawę reparacji – plus pokłócenie się ze wszystkimi dookoła pogarszają naszą pozycję przetargową w każdym z berlińskich scenariuszy.

Nasze dobre relacje z Niemcami były – do końca prezydentury Obamy – warunkiem wstępnym sensownej pozycji negocjacyjnej w relacjach z USA. To się częściowo zmieniło, odkąd USA pod wodzą Trumpa nie chcą już delegować zadania stabilizacji Europy na heroldów międzynarodowego liberalizmu znad Szprewy (o ile Amerykanom w ogóle jeszcze na stabilizacji Europy zależy). Niestety, nasz rząd wysunął z tego wniosek, że jak się z Niemcami (i Francuzami na dodatek) pokłóci i na niwie ideologicznej od cyklistów, ekologów i wegetarianów odetnie, to wówczas Ameryka pokocha nas jeszcze bardziej.

W efekcie, choć wywalczone już przez poprzedni rząd rozmieszczenie oddziałów USA w Polsce doszło do skutku, to absurdalna logika związywania się z Ameryką przez odcinanie się od Europy już owocuje – minister Macierewicz zorientował się niedawno, że nie tylko patriotyzm cenią sobie Amerykanie bardzo drogo, ale i Patrioty też.

Sachs: Plutokracja kontra reszta świata

Zamiast prezentować Amerykanom kolejne dowody swego oddania, należałoby w zamian – ten jeden raz – wziąć słowa Trumpa o odpowiedzialności Europy za własne bezpieczeństwo na poważnie i włączyć się we wspólne europejskie projekty obronne tak, by – inspirowane przez Francję – nie skupiły się wyłącznie na obszarze Afryki Północnej. Od stuleci wiadomo, że zerwanie więzi z wszystkimi dookoła to nie jest dobry sposób na wzmocnienie relacji z odległym mocarstwem; metafora „amerykańskiego lotniskowca w Europie” może działać na wyobraźnię polskiej prawicy, ale amerykańskich strategów przekonuje raczej słabo. Pojęciowo bardziej tu pasuje figura „sojuszu egzotycznego”, którą gdzieś w latach 30. opisał Cat-Mackiewicz.

Z USA staramy się budować sojusz oparty na powinowactwach ideologicznych – w powyższym kontekście przekłada się on głównie na gesty obliczone na polski rynek wewnętrzny, vide słowa Trumpa o Powstaniu Warszawskim. Słuchając napisanej przez polskiego historyka z USA patetycznej mowy o barykadach w Alejach Jerozolimskich jakoś nie mogłem wyprzeć z głowy równie efektownych słów George’a Busha, który w Tbilisi nazywał Gruzję „latarnią wolności”. Dodajmy, że wypowiedział je na trzy lata przed rosyjską inwazją.

Polacy, którzy kochają Trumpa

Wschód to zresztą osobny temat – rząd coraz wyraźniej „odpuszcza” Ukrainę, której niepodległość nie jest już warunkiem naszej własnej (jak wiemy od kolejnego z koryfeuszy polskiej doktryny strategicznej). Między Gazpromem i Naftohazem toczy się właśnie gra o ukraiński rynek gazu, która pośrednio przełożyć się może na opłacalność wrogiego nam projektu Nord Stream II. Kłopot w tym, że relacje z Ukrainą – dużo mocniej niż reparacje z Niemcami, które mało kto traktuje poważnie – pod każdym względem przykryły jednak kwestie historyczne. Problemem jest nie tyle nawet treść postulatów polskiego rządu w sprawie oficjalnej pamięci Wołynia (choć nie zaprowadzi nas daleko domaganie się od drugiej strony przeprosin na kolanach, jakby w myśl zasady, że nie wystarczy samemu wstać z kolan, bo jeszcze inni muszą na nie upaść), ile hierarchia priorytetów. Można dyskutować, jakie warunki powinna spełnić Ukraina, by „wejść do Europy”, ale wyznaczanie przez Polskę „Bandery” jako kryterium decydującego to strategiczny absurd.

Na Rosję z kolei rząd zwyczajnie nie ma pomysłu; nasza obecna pozycja w UE nie sprzyja dalszemu forsowaniu sankcji, a najpoważniejsze naciski na Putina (w tym związane z budową rurociągu pod Bałtykiem) „wiszą” na bieżącej taktyce Trumpa, na którą wpływ naszego rządu jest żaden. Jednocześnie co najmniej od czasów przedwojennego „Buntu Młodych” wiemy, że zaraz po Niemcach, drugim kluczowym czynnikiem w relacjach z Rosją jest właśnie Ukraina, z którą relacje – patrz wyżej – rząd zdążył popsuć do stanu najgorszego od 1990 roku. Marne to pocieszenie, że jeszcze gorsze relacje z Litwą były fatalne już za czasów ministra Sikorskiego i że wiele winy jest po stronie naszych sąsiadów. Z Białorusią z kolei próbowaliśmy ocieplenia i może nie jest to pomysł pozbawiony racji – tyle że najgłośniejszy dotąd epizod naszych stosunków to afera z Biełsatem.

Podsumowując – z całej głośnej doktryny Międzymorza, którą PiS niedawno jeszcze głosił, najbardziej udał się jej aspekt negatywny; jak ponad rok temu tłumaczył na tych łamach Paweł Kowal, jest to przecież projekt, w którym nie ma miejsca dla Ukrainy.

„Wołyń” nie jest filmem o tym, że nacjonalizm prowadzi do zbrodni

W żadnym z „wielkich podziałów” UE, tyleż szkodliwych, ile realnych – nie potrafimy się dobrze odnaleźć po żadnej ze stron, nie wspominając o ich zniesieniu i zdefiniowaniu konfliktów na nowo. Północ-Południe? Francja z Południem to konkurenci do żłobu, ale z kolei od Niemców żądamy reparacji. Wschód-Zachód w sprawie uchodźców? Owszem, zagłosujemy wspólnie z Orbanem, a ostatnio też z Kurzem – tylko że to już jedyny wspólny mianownik, jaki nas z obozem „sceptyków” wobec polityki uchodźczej łączy. Jednocześnie nasz opór w tej sprawie chętnie wykorzystają Francuzi z Holendrami dla napiętnowania „niesolidarnych dzikusów ze wschodu”, a akurat w tej sprawie Niemcy nie będą im wchodzić w drogę. Można by próbować koalicji doraźnych, dogadywać się w konkretnych sprawach z różnymi zestawami państw, kombinować sojusze „coś za coś” – ale najlepsza do tego okazja, czyli europejska współpraca obronna rozbija się właśnie o ambicje i fantazje szefa MON.

„Nowe otwarcie” premiera Morawieckiego to wielki żart – choć to właśnie poprawę relacji międzynarodowych podawano jako niemal oficjalny powód zmiany premiera. Doświadczenie w przecinaniu wstęg pod niemieckimi fabrykami oraz występ telewizyjny w Davos nie przykryją horrendalnej kary dla prywatnej telewizji za niezgodny z linią rządu przekaz, ani tym bardziej uruchomienia artykułu 7. Owszem, deklaracja wykonania wyroku Trybunału Sprawiedliwości w sprawie wycinki puszczy jawi się jako pewien postęp, ale „pierwszego wrażenia” nie można zrobić drugi raz. A salonowy debiut nowego premiera zostanie zapamiętany głównie przez uwagi o tradycjach państwa Vichy i przedwczesny wyjazd ze szczytu UE.

Po nowym premierze trudno się również spodziewać jakiegoś „obywatelskiego” przełomu: dla rządu PiS organizacje pozarządowe, think-tanki, związki zawodowe czy – o zgrozo – opozycja, to nie aktywa, lecz balast w polityce zagranicznej. Według obozu władzy wcale nie prowadzą one równoległej dyplomacji wobec elit UE, nie budują więzi z demokratami wszystkich krajów – to wyłącznie euro-Targowica, służąca wrogim Polsce siłom. Ogromny kapitał kontaktów i sieci ekspertów, aktywistów, intelektualistów, cała ta międzynarodówka euroentuzjastów budująca dotąd wizerunek Polski w UE  – została ustawiona w roli piątej kolumny gender, uchodźców i innej eurosodomy. Czy znikąd zatem nadziei?

Posłużę się analogią do II RP, o której nie wiem aż tyle, co prezes Kaczyński, niemniej uważam za ciekawy klucz do interpretacji jego – i jego ekipy – myślenia o Polsce. Nie uważam, byśmy dziś stali w obliczu wojskowej inwazji; to ani rok 1939 ani konferencja w Monachium. Bliżej nam raczej do roku 1924 i paktów reńskich, potocznie znanych pod hasłem „Locarno”. Analogia to oczywiście na poziomie ogólnym – Francja nie dogaduje się z Niemcami po to, by zabezpieczyć sobie Alzację i Lotaryngię, a impet niemieckiej ekspansji skierować na Ziemie Zabrane w 1945. Po prostu: silne kraje zachodniego centrum gotowe są zorganizować sobie relacje na drodze istotnych kompromisów między sobą – kosztem peryferii lub, w najlepszym razie, z obojętnością na ich interesy. Czy to faktycznie nastąpi, zależy od bardzo wyrafinowanej gry – nie chodzi o sztuczki dyplomatyczne, ale pomysł na to, jak Polska w ramach tego układu mogłaby się odnaleźć (bo storpedować go nie będzie w stanie).

Od klasyków wiemy, że historia powtarza się jako farsa. Na tamto Locarno ze zgrozą patrzył czasowo emerytowany zbawca narodu. Niespecjalny demokrata, ale za to strateg wysokiej próby, widząc niemoc prawicy pozwalającej zepchnąć Polskę na równię pochyłą, zdecydował się działać. Co z tego wyszło, to już inna rzecz. Dzisiaj karykatura Naczelnika siedzi na Nowogrodzkiej, a nie w Sulejówku i zagraniczną niemoc rządu sama animuje, inspiruje i (dez)organizuje. Niewiedza i nieświadomość zagrożeń? Cyniczna gra pod własny elektorat? A może plan, na którego końcu jest Polexit?

Pytanie roku

czytaj także

Co siedzi w głowie prezesa, nie dojdziemy. Po skutkach też nie poznamy, bo polityką zagraniczną jak mało czym rządzi terror niezamierzonych konsekwencji. Nie o intencje jednego człowieka tu jednak chodzi, ale o przyszłość Polski w Europie. W 2017 roku – przegrywając absurdalny bój o Tuska w Brukseli, odmawiając wykonania wyroku TS, sprowadzając sobie na głowę artykuł 7. i antagonizując wszystkich dookoła w imię sojuszu z kimś dalekim przesunęliśmy się na krawędź przepaści. Liderzy opozycji (bo nie felietoniści i analitycy) przesądzą, czy społeczeństwo ten fakt dostrzeże i się nim przejmie. A od tego, jak ono zareaguje zależy, czy w 2018 roku wykonamy (kolejny) krok naprzód.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij