Świat

Zmiany klimatyczne to szansa na sprawiedliwszy świat

Straszenie nimi ludzi nie jest skuteczne – mówi Per Espen Stoknes.

Richard Schiffman: Naukowcy i dziennikarze od lat przestrzegają przed skutkami zmian klimatu. A pan twierdzi, że do ludzi to nie trafia. Dlaczego?

Per Espen Stoknes: Zacznijmy od czegoś, co nazywam psychologicznym paradoksem klimatycznym. Badania pokazują, że dwadzieścia pięć lat temu obywatele zamożnych demokratycznych krajów przywiązywali do tego problemu większą wagę niż dzisiaj. A więc nauka idzie do przodu, Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) publikuje kolejne raporty, zbieramy coraz więcej dowodów, a tymczasem ludzkość obojętnieje. Z racjonalnego punktu widzenia jest to prawdziwa zagadka.

Sugeruje pan, że kiedy zaczęto bić na alarm, byliśmy poruszeni, ale gdy pierwszy szok minął, wróciliśmy do swoich zwykłych zajęć, z czasem tracąc zainteresowanie?

Owszem. Pod koniec lat osiemdziesiątych to był nowy temat, wcześniej rzadko poruszany. W 1988 roku amerykański fizyk i klimatolog Jim Hansen sprawił, że wiadomości o zmianach klimatu trafiły do mediów, na całym świecie wywołując falę niepokoju. Ziemia okazała się narażona na niebezpieczeństwo w zupełnie nowy sposób. Ale z czasem wiedza ta zadomowiła się w naszych umysłach, zaczęliśmy się do niej przyzwyczajać, a gdy stało się jasne, że to my sami, za sprawą swojego stylu życia, ściągnęliśmy na siebie zagrożenie, pojawiły się bariery psychologiczne, które doprowadziły do fali zaprzeczeń.

Stąd potrzeba napisania książki „O czym myślimy, gdy staramy się nie myśleć o globalnym ociepleniu”?

Stopniowo stawało się jasne, że dyskusje o systemie klimatycznym Ziemi czas zastąpić rozmową o naszym stosunku do nauki o klimacie. Jak to możliwe, że zachowujemy się w tak autodestrukcyjny sposób, że nieuchronnie – wszystko na to wskazuje – zmierzamy do przekroczenia wzrostu ocieplenia o 2°C, co zostało zaproponowane jako granica, do której zmiany klimatu są w miarę bezpieczne?

Naukowcy, którzy od dawna próbują edukować nas w tej kwestii, są dziś zmęczeni i sfrustrowani brakiem rezultatów. Niektórych ogarnął cynizm – powtarzają, że dążenie do samozagłady jest najwyraźniej wdrukowane w nasze mózgi, że być może jesteśmy genetycznie niezdolni do długoterminowego myślenia. Wygląda na to, że wolimy zjeść dzisiaj ciastko, nie troszcząc się o nadchodzące dekady.

Pytanie, które nieustannie motywuje mnie do dalszych badań, brzmi: czy ludzkość jest zdolna myśleć długoterminowo?

Czyli praktyczniej rzecz ujmując: co musiałoby się stać, żebyśmy zaczęli myśleć i działać długoterminowo w kwestii ochrony klimatu? Czy da się określić mechanizmy albo funkcje ludzkiej psychiki, które by nas do tego skłoniły? A jeśli tak, to na czym one polegają i jak można je wzmocnić?

Czy odrzucanie tego, co mówią naukowcy zajmujący się klimatem, to zjawisko globalne?

Trzeba jasno powiedzieć, że ma to podłoże kulturowe. W krajach takich jak Tajlandia, Filipiny, w państwach Ameryki Łacińskiej czy południa Europy ludzie znacznie bardziej przejmują się tym problemem. A więc kwestia dotyczy przede wszystkim bogatych demokracji. Mieszkaniec Bangladeszu żyjący na wybrzeżu, często wystawiony na łaskę i niełaskę żywiołów, raczej nie będzie twierdził, że poziom morza się nie podnosi, ponieważ doświadcza tego na własnej skórze. Gdy nadejdzie susza albo w porze monsunowej spadnie za mało deszczu, rolnik straci zbiory, a to oznacza dla niego życie w nędzy. Ale tu, w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej, zawsze możemy kupić w sklepie żywność wyprodukowaną gdzieś indziej, ponieważ mamy wystarczająco dużo pieniędzy, aby złagodzić skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. Znacznie trudniej jest to zrobić, gdy trzeba stanąć twarzą w twarz z suszą lub zbyt małymi opadami deszczu w porze monsunu, kiedy tracisz wszystkie plony.

Dlaczego mieszkańcom krajów rozwiniętych jest tak trudno zaakceptować zmiany klimatu?

Istnieje pięć głównych barier psychologicznych związanych z tą kwestią: dystans, poczucie nadciągającej zagłady, dysonans, negowanie i tożsamość. O tym właśnie jest moja książka. Przekaz dotyczący zmian klimatu z trudem trafia do ludzi właśnie dlatego, że napotyka na każdą z tych barier, jedna po drugiej.

Zacznijmy od pierwszej. Jeśli przyjrzeć się raportom IPCC lub innym dowodom naukowym, wykresy ilustrujące proces zmiany zwykle kończą się na roku 2100. Przedstawianie faktów w ten sposób wywołuje psychologiczne poczucie dystansu – rezultaty są tak bardzo oddalone w czasie, że wydają się mniej ważne, i poczucie zagrożenia maleje. No bo kto by sobie zawracał głowę tym, co stanie się dopiero w przyszłym stuleciu? Ludziom wydaje się to bardzo odległe – nie dzieje się tu i teraz, a poza tym dotyczy Arktyki i Antarktydy i będzie miało wpływ na kogoś innego, nie na mnie. Zanim cokolwiek się wydarzy, dawno zdążę się zestarzeć, inni się tym zajmą, co mi do tego. Dystansujemy się od problemu na tyle różnych sposobów, że suche fakty nie wystarczą, by uświadomić nam, czym ryzykujemy. Innym czynnikiem zniechęcającym do działania jest to, że wywołuje się w nas poczucie nadciągającej zagłady. Według badań ponad 80 procent doniesień medialnych dotyczących raportów IPCC utrzymane jest w katastroficznym tonie. Tylko dwa procent stosuje coś, co nazywam narracją możliwości.

Tymczasem z badań psychologicznych wynika, że jeśli operujemy nadmiarem przerażających wizji, wywołują one strach i poczucie winy. To z kolei sprawia, że ludzie stają się bardziej bierni, a więc efekt jest przeciwny do zamierzonego.

Ma to również wpływ na kreatywność. Jeśli damy ludziom przekaz, który wywołuje w nich strach i poczucie winy, a potem postawimy przed nimi zadanie, które wymaga twórczego myślenia, następuje statystycznie istotny spadek kreatywności w formułowaniu rozwiązań.

Przejdźmy do kolejnej bariery, którą nazwał pan dysonansem. Co miał pan na myśli?

Dysonans to wewnętrzny dyskomfort, który odczuwam na myśl o własnej hipokryzji – wiem, że klimat się zmienia, ale nie robię nic, by to powstrzymać. Wiemy, że korzystanie z nieodnawialnych źródeł energii wzmaga globalne ocieplenie, a jednak wciąż jeździmy samochodami, latamy, jemy wołowinę, ogrzewamy domy paliwami kopalnymi. To wywołuje w nas dysonans.

Psychologowie odkryli, że ludzie są bardzo kreatywni w znajdowaniu sposobów na rozładowanie napięcia, jakie wywołuje niezgodność pomiędzy tym, co myślą, a tym, co robią. Jedną ze strategii jest na przykład stwierdzenie: „Przecież ja sam nie wytwarzam wiele dwutlenku węgla, dużo gorsi są Chińczycy, wielkie korporacje czy inni. To mój sąsiad, który ma wielki samochód terenowy, albo przyjaciel, który znacznie częściej podróżuje samolotem”. Inna strategia to powątpiewanie. Oznacza to na przykład mówienie, że w zasadzie nie wiadomo, czy to właśnie emisja dwutlenku węgla powoduje globalne ocieplenie. Przecież jakiś fizyk twierdzi, że powoduje je aktywność Słońca.

Łatwo zrozumieć, dlaczego przemysł energetyczny może mieć interes w propagowaniu takiego myślenia. Ale dlaczego ludzie chcą wierzyć w nieprawdziwe informacje? Jeżeli uznam te wątpliwości za zasadne, wówczas pozbywam się dysonansu i nie muszę mieć już więcej do siebie pretensji.

I tu pojawia się negowanie?

Owszem. To kolejny etap. Negujemy, ignorujemy niepokojące fakty dotyczące zmian klimatu albo unikamy przyjmowania ich do wiadomości. Być może zbyt często używa się słowa „negowanie” jako pejoratywnego określenia osób, które są sceptyczne wobec wpływu człowieka na zmiany klimatu; przedstawia się te osoby jako niemoralne, niewyedukowane lub wrogie. Tymczasem taki psychologiczny proces negowania może stosować każdy z nas. To metoda samoobrony. Ci, którzy odrzucają wiedzę na temat zmian klimatu, bronią się w ten sposób przed tymi, którzy krytykują ich za życiowe wybory i mówią im, co powinni robić. A więc gdy Ted Cruz czy Marco Rubio wypowiadają się na ten temat, to niekoniecznie znaczy, że są głupi, niewyedukowani czy pozbawieni moralności. Po prostu wzmacniają społeczne przeświadczenie, że jest to problem, którego nie należy traktować poważnie.

To z kolei wpisuje się w nasze poczucie tożsamości. U każdego z nas bazuje ono na konkretnym zestawie wartości – mamy tożsamość zawodową, polityczną, narodową. I w naturalny sposób szukamy informacji, które nas w niej utwierdzają i pozwalają pozbyć się tego, co mogłoby jej zagrozić.

Psychologowie wiedzą, że jeśli krytykuje się ludzi po to, by skłonić ich do zmiany zachowań, to może to tylko wzmocnić ich opór.

Empirycznie dowiódł tego profesor Dan Kahan z Yale, który odkrył, że im więcej naukowej wiedzy mają zwolennicy konserwatywnej ideologii, tym więcej nieprawdziwych rzeczy opowiadają na temat zmian klimatu. Wykorzystują całą swoją wiedzę, by krytykować wyniki badań dotyczące zmian klimatu i bronić swoich własnych przekonań.

Co zatem należy według pana zrobić, aby przekaz dotyczący zmian klimatu skuteczniej trafiał do odbiorców?

Potrzebny nam nowy rodzaj narracji, w którym podkreśla się, że przyroda potrafi radzić sobie ze zmianami, że potrafi się odbić i wrócić do lepszej kondycji, jeśli tylko damy jej szansę. Potrzebujemy opowieści, z których wynika, że możemy współdziałać z przyrodą – jak mówi papież Franciszek – być jej partnerami i obrońcami, zamiast nad nią dominować. Potrzebne są nam opowieści o nowej formie szczęścia, które nie opiera się wyłącznie na konsumpcji.

Dość dobrze już rozumiemy, jak działają bariery psychologiczne, dlatego jesteśmy w świetnym momencie, by zacząć je przełamywać i tworzyć skuteczne strategie komunikacyjne. Powinniśmy zacząć przedstawiać zmiany klimatu nie jako coś odległego, lecz jako sprawę, która jest nam wszystkim bliska, która dotyczy nas osobiście i jest pilna. Zamiast skupiać się na scenariuszu zagłady, musimy zacząć podkreślać to, że kryzys klimatyczny niesie ze sobą nowe możliwości.

Globalne ocieplenie stanowi okazję do rozwoju ekonomicznego – do przeprojektowania jest cały system energetyczny, potrzebne jest przejście od rozrzutności z minionego stulecia do wytwarzania i korzystania z energii w sposób znacznie bardziej przemyślany. Jest to świetny moment, by wzmocnić współpracę pomiędzy państwami, umożliwić dzielenie się wiedzą i tworzyć bardziej sprawiedliwe społeczeństwo. A więc zmiany klimatu stwarzają wspaniałą możliwość, by na całym świecie rozwijać w ludziach pozytywne cechy. To właśnie powinniśmy podkreślać.

Tłum. Martyna Tomczak

Per Espen Stoknes – norweski psycholog i ekonomista, autor książek „Money and Soul” oraz „What We Think About When We Try Not To Think About Global Warming”.

Wywiad ukazał się na stronie Yale Environment 360.

Czytaj także:
Naomi Klein: Walczmy, zanim wszyscy trafimy przeżuci na hałdę
Krzysztof Skóra: Lepiej mieć wysokie kalosze

Materiał powstał w ramach projektu Stacje Pogody (Weather Stations) współtworzonego przez Krytykę Polityczną, który stawia literaturę i narrację w centrum dyskusji o zmianach klimatycznych. Organizacje z Berlina, Dublina, Londynu, Melbourne i Warszawy wybrały pięcioro pisarzy do programu rezydencyjnego. Dzięki niemu stworzono pisarzom okazje do wspólnej pracy i zbadania, jak literatura może inspirować nowe style życia w kontekście najbardziej fundamentalnego wyzwania, przed którym stoi dzisiaj ludzkość – zmieniającego się klimatu. Polskim pisarzem współtworzącym projekt jest Jaś Kapela.

 

**Dziennik Opinii nr 226/2015 (1010)

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij