UE

Tłumy uchodźców pod obozem Kara Tepe – co dalej? [Korespondencja z Lesbos]

Marta Burza

Pożar w największym obozie dla uchodźców w Europie, usytuowanym na greckiej wyspie Lesbos, wybuchł we wtorek wieczorem. Moria spłonęła niemal doszczętnie, skazując ponad 13 tysięcy koczujących tam uchodźców na ucieczkę. Co się z nimi teraz dzieje? Korespondencja Marty Burzy z Lesbos.


Wciąż nie wiadomo na pewno, co spowodowało pożar. Mówi się o celowym podłożeniu ognia. Grecy i migranci obwiniają się wzajemnie. Ci ostatni zabrali rzeczy, które udało im się uratować, i opuścili Morię w nadziei na szybką pomoc. Grecja apeluje o wsparcie do pozostałych krajów członkowskich UE i szuka tymczasowego schronienia dla kilkunastu tysięcy uchodźców, w tym kilku tysięcy dzieci. Obecnie ludzie koczują na poboczach drogi za Mityleną – miastem, do którego nie zostali wpuszczeni.

Największy obóz dla uchodźców w Europie doszczętnie spłonął. I nikt nie wie, co dalej

Obraz płonącego obozu obiegł już niemalże wszystkie media. Co się teraz dzieje z tymi, którzy opuścili Morię?

Ewakuacja, której nie było

Gdyby przyjąć definicję słownikową, to ewakuacja ludzi z obozu uchodźczego na Lesbos de facto się nie odbyła. Z 13 tysięcy zamieszkujących obóz ludzi faktycznie ewakuowano zaledwie około 400 pozostających bez opieki niepełnoletnich dzieci. Przewieziono je do specjalnie przygotowanego obozu w północnej Grecji – zostaną tam do czasu, aż będzie możliwa ich relokacja do innych krajów UE, które zgodziły się je przyjąć. Wśród państw tych nie ma Polski.

9 państw unijnych przyjmie 400 dzieci z obozu dla uchodźców Moria na Lesbos. Są to 🇩🇪, 🇫🇷, 🇫🇮, 🇱🇺, 🇸🇮, 🇳🇱, 🇭🇷, 🇵🇹, 🇧🇪 + 🇨🇭. Polska 🇵🇱 oczywiście nie wykorzystała okazji, aby zachować się przyzwoicie.

Opublikowany przez Adam Traczyk Piątek, 11 września 2020

Pozostali migranci w nocy, kiedy wybuchł pożar, ukrywali się w pobliskim lesie, obserwując, jak obóz trawią płomienie. Kolejny dzień i noc spędzili na ulicy poza ogrodzeniem obozu Morii, bo policja zablokowała drogę dochodzącą do Mityleny, największego miasta na wyspie Lesbos, aby uchodźcy nie mogli się tam przemieścić.

Mogli oni pójść jedynie w przeciwną stronę – do Kara Tepe, mniejszego obozu dla uchodźców, oddalonego od Morii o 5 kilometrów. To ponad godzina pieszego marszu. W pełnym słońcu, idąc cały czas po gorącym asfalcie, niosąc wszystkie swoje rzeczy – plecaki, torby, namioty, worki z ubraniami czy po prostu materace – to naprawdę trudna podróż.

Wszyscy, którzy obecnie koczują przy Kara Tepe, przyszli tutaj sami, bez żadnej pomocy i bez ewakuacji. Przyszli, bo z Morii nic nie zostało. I nikt po nich nie przyjechał.

Do samego obozu nie zostali jednak wpuszczeni. Ochroniarze, którzy ustawili się za szlabanem w Kara Tepe, nie pozwolili nikomu dostać się do środka. Tam po prostu nie ma miejsca dla kolejnych kilku tysięcy ludzi. Pogorszyłoby to tylko warunki przebywających już tam uchodźców i doprowadziło do ogromnego przeludnienia, jak niegdyś w Morii, która uchodziła za najniebezpieczniejszy obóz na Lesbos.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Walka o wodę

Uchodźcy uciekający ze spalonej Morii musieli znaleźć sobie miejsce przy drodze dojazdowej do Kara Tepe, między stacją benzynową a Lidlem – oba te punkty zostały zresztą zamknięte, kiedy tylko pojawili się migranci.

W okolicy nie ma innych otwartych sklepów, więc nawet jeśli ktoś z uchodźców miałby jakiekolwiek pieniądze, choćby kilka euro, nie będzie w stanie kupić mleka dla dziecka ani butelki wody.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Jest tu teraz prawdziwy tłum ludzi. Migranci posiadający namioty rozbili je na poboczu, inni leżą przy ulicy na kocach, materacach albo po prostu na stosach ubrań. Leżą w pełnym słońcu. Strach ustąpił miejsca zrezygnowaniu. Czekają.

– My sobie poradzimy, ale dla dzieci to męczarnia. Nie wiem, co zrobimy, jeśli ta sytuacja potrwa dłużej – mówi mi jeden z mężczyzn, któremu udało się wywalczyć dla rodziny miejsce pod dachem zamkniętej stacji benzynowej.

„Nie wiem” to obecnie najczęstsze zdanie wypowiadane przez uchodźców, wolontariuszy, polityków i Greków pytanych, co dalej z uchodźcami z Lesbos.

Z relacji świadków wynika, że pierwszy tego dnia transport z wodą przyjechał do Kara Tepe dopiero około godziny 14. Rozpoczęła się dystrybucja. Na początku ludzie ustawiali się w kolejce i czekali. Kiedy jednak okazało się, że wody może nie wystarczyć dla wszystkich, sytuacja stała się napięta. Młodsi i silniejsi odchodzili z całymi zgrzewkami, podczas gdy dzieci, starsi i słabsi bezskutecznie próbowali doprosić się choć o jedną butelkę dla siebie.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Jedna ze staruszek ze spaloną słońcem twarzą i brązową chustą zasłaniającą włosy stała dość blisko samochodu, z którego mężczyzna zlany potem przerzucał butelki. Za każdym razem, kiedy wyciągała ręce, żeby złapać zgrzewkę, ktoś wyższy od niej niemal wyrywał jej wodę z rąk i odchodził. Trwało to dobre kilka minut, zanim jeden z młodych, wysokich chłopaków pożałował staruszki, siłą wyrwał zgrzewkę wody i podał jej, poklepując po plecach. Odeszła z lekkim uśmiechem. Małe szczęście w tym całym dramacie.

Dystrybucja przebiegała w chaosie, zgrzewki wody po prostu rzucano w tłum, w którym ludzie popychali się wzajemnie i niemal szarpali, kilka osób upadło. Niedługo później podjechał samochód dostawczy ze skrzynkami brzoskwiń i ludzie rzucili się w tamtą stronę. Trudno im się dziwić – nie wiadomo kiedy i czy znowu dostaną coś do jedzenia. Brakuje informacji, brakuje podstawowych produktów, brakuje pomocy.

Uchodźcy mają imiona

Milit ma 19 lat. Pochodzi z Afganistanu. Razem z rodzicami opuścił ojczyznę, w której codziennością była wojna i strach o życie swoje i bliskich. Wyjechali do Iranu. – Rodzice są już starsi, nie byliby w stanie przeżyć ciężkiej podróży do Europy. Ale powiedzieli, żebym ja jechał, że będą się modlić o lepsze życie dla mnie – opowiada. – A jak już się stąd wydostanę, zostanę tatuażystą. To moje marzenie – dodaje, patrząc na ludzi tłoczących się, żeby dostać wodę.

Ma smutne oczy. Sam stoi z boku, boi się tych przepychanek. Już wczoraj ktoś na niego wpadł, Milit przewrócił się i poobijał. Woli poczekać, może coś zostanie.

Joela Abdou poznałam w Morii dzień po pożarze. Był w grupie ludzi, którzy koczowali za ogrodzeniem obozu i czekali na pomoc: transport, żywność, jakiekolwiek zainteresowanie. Mówił wtedy, że trzeba być cierpliwym, bo nic innego im nie pozostało. Kilka miesięcy temu odbył rozmowę, która ma zadecydować o przyznaniu statusu uchodźcy. Wciąż nie dostał odpowiedzi, a teraz, kiedy Moria spłonęła, nie wie, gdzie zgłosić się po decyzję. Martwi się. Wszystkie dokumenty nosi złożone w wodoodpornej teczce. Zawsze przy sobie – nie może sobie pozwolić na to, żeby je stracić. Nie teraz.

Od naszej pierwszej rozmowy minęło już ponad 20 godzin. Teraz Joel jest przy Kara Tepe. Nie został ewakuowany – przyszedł na piechotę.

– Nie mogłem już czekać, w Morii nikt się nami nie interesował. Tutaj też mnie nie wpuścili, znowu siedzę na ulicy. Dlaczego nikt nam nie pomoże? Grecja albo inne kraje? – pyta mnie i zaraz przeprasza, bo nie może już rozmawiać i musi odpocząć. Nie spał już dwie noce. Musi się położyć.

Jigel ma na sobie jasną koszulkę, na szyi wisiorek z króliczkiem „Playboya”, a włosy pofarbowane na blond. Pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga. Pod obozem Kara Tepe jest już dwa dni. Od wczoraj nic nie jadł – tego, co przywożą samochody dostawcze, nie wystarcza dla wszystkich, a poza tym podział jest nierówny. Silniejsi biorą więcej, inni nie mają nic. To nie pierwszy raz, kiedy położą się spać głodni.

– Pokaż ludziom moją twarz, powiedz im, że nie mamy jedzenia i wody. Ile tak można żyć? Najpierw w Morii, a teraz tutaj. Nikt już nie ma siły – mówi zrezygnowany, a wokół nas zbiera się grupka gapiów, kiwają głowami na potwierdzenie słów Jigela.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Mobilizacja UE

Lesbos nie daje o sobie zapomnieć. Ani uchodźcom, ani politykom. Na niebie nad Morią latają awionetki transportujące wodę – wciąż trzeba gasić resztki pożaru.

Grecki minister do spraw migracji Notis Mitarakis powiedział w czasie konferencji prasowej, że Moria nie zostanie odbudowana, ale zastąpiona obozem zamkniętym, w którym będzie mogła mieszkać ograniczona liczba ludzi. Ma to poprawić warunki bytowe i nie dopuścić do sytuacji, w której znalazła się Moria dziś: przeludnienia, frustracji i niekontrolowanych zamieszek.

Jak podają greckie media, sprzeciwia się temu burmistrz miasta Mitylena, który ma spore poparcie lokalnej społeczności. Stratis Kytelis uważa, że trzeba trwale usunąć Morię z mapy wyspy, na której nie powinien istnieć żaden obóz.

Takie głosy, szczególnie ze strony osób decyzyjnych, podsycają nienawiść i negatywne nastawienie do uchodźców wśród Greków. Ale na murach widnieją też napisy: „Close Moria, Smash Fascism”, czy „No space for fascism”. Greckie społeczeństwo jest podzielone.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Pozostałe kraje członkowskie Unii Europejskiej po raz kolejny mierzą się z zarzutem o brak solidarności wobec kryzysu uchodźczego. Emmanuel Macron powiedział, że Francja i Niemcy pracują nad rozwiązaniem, które pozwoli relokować migrantów ze spalonego obozu dla uchodźców na Lesbos. Mówił, że ma nadzieję, że w pomoc włączy się jak najwięcej krajów UE.

Jak podaje wysoki komisarz ONZ do spraw uchodźców, Morię zamieszkiwało około 4 tysięcy dzieci. A to tylko dane oficjalne, mogło ich być znacznie więcej. To one będą miały pierwszeństwo przy relokacji.

Znów na morzu

Rozwiązaniem tymczasowym na Lesbos ma być zakwaterowanie 2 tysięcy migrantów na statkach. Jak powiedział w środę minister migracji Mitarakis, prom pasażerski i dwa okręty marynarki wojennej zapewnią schronienie byłym mieszkańcom Morii.

Fot. Magdalena Grzymkowska

Prom Blue Star Chios przypłynął już w czwartek rano i zacumował w porcie Sigri, oddalonym o jakieś 100 km od Mityleny. Znajdzie na nim miejsce około tysiąca migrantów. Okręty marynarki wojennej mają wkrótce dopłynąć do Lesbos i pomieścić kolejny tysiąc.

Potwierdza to straż przybrzeżna z Mityleny, która zacumowała szarą łódź z niebieskimi oznaczeniami zaraz przy deptaku. Nie podają jednak szczegółów.

Nieoficjalnie mówią mi, że to dla państwa łatwiejsze niż zorganizowanie tylu miejsc w hotelach czy innych placówkach. – Statków mamy dużo, a ponieważ teraz stoją nieużywane, to jest najlepsza z możliwych opcji – tylko tyle powiedzieli mi mężczyźni kręcący się nieopodal.

Czy to nie ironia, że ludzie, którzy ryzykowali życie, przepływając tratwami Morze Śródziemne, będą teraz musieli na morze wrócić?

**
Marta Burza – indolożka, turkolożka i absolwentka Podyplomowych Studiów Pomocy Humanitarnej. Udziela się społecznie na rzecz krajów Globalnego Południa. Współpracuje z „Gazetą Krakowską”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać