Unia Europejska

Chroń nas, boże, od takich przyjaciół, jakich chciałby mieć PiS

Gdyby prawicowi sojusznicy PiS doszli w swoich państwach do władzy, mielibyśmy Europę bez wspólnego rynku i funduszy unijnych, za to z kontrolami na granicach i sporami terytorialnymi. Polscy eksporterzy byliby wycinani z rynków Europy Zachodniej, a pracownicy obciążeni karnymi podatkami.

Na pierwszy rzut oka zachodnioeuropejskie partie far-right muszą się wydawać politykom PiS-u bardzo interesujące. Są przecież niechętne budowie „europejskiego superpaństwa” czy też „Stanów Zjednoczonych Europy”, nie lubią muzułmanów, szczególnie jeśli ci są dodatkowo imigrantami, popierają szeroko rozumiane konserwatywne wartości, a także opowiadają się za „Europą Narodów” i stawianiem narodowych interesów na pierwszym miejscu.

Problem w tym, że narodowe interesy nad Sekwaną lub na Półwyspie Iberyjskim są inaczej rozumiane niż nad Wisłą. Co wie chyba nawet absolwent szkoły podstawowej, ale, jak widać, niekoniecznie politycy polskiej partii rządzącej.

„Europa narodów już była – w 1939 roku”. Dlaczego PiS-owi nie wyszedł sojusz nacjonalistów?

Podsycanie narodowych partykularyzmów w Zjednoczonej Europie nie jest zgodne z interesem kraju, dla którego solidarność europejska – choćby energetyczna, do której dążył Lech Kaczyński – jest kluczowa. Przecież politycy PiS, gdyby tak się przez chwilę naprawdę solidnie zastanowili, nie chcieliby mieszkać w „Unii Europejskiej, w której interes holenderski jest na pierwszym miejscu” – a taka właśnie się wymarzyła Joostowi Eerdmansowi z partii JA21, goszczącemu na PiS-owskim Warsaw Summit, czyli zlocie ultraprawicowych partii europejskich.

Flamandzka „dojna krowa”

Gdyby wszystkie partie romansujące z PiS-em przejęły władzę w swoich państwach, na co na szczęście się nie zanosi, to obudzilibyśmy się w Europie znacznie mniej przyjaznej Polsce.

Zniknęłyby nie tylko wszystkie dogodności, z których korzystają obywatele Polski, ale też motory rozwoju, dzięki którym staliśmy się „Robertem Lewandowskim wzrostu gospodarczego”, jak określa nasz kraj prof. Marcin Piątkowski. Oczywiście nie staliśmy się nim dzięki geniuszowi naszych przedsiębiorców, bo on nie jest przesadny, tak samo jak Lewandowski nie był wybitnym piłkarzem, grając w Zniczu Pruszków.

Polski rozwój ostatnich dwóch dekad był efektem podpięcia się do systemu gospodarczego Unii Europejskiej, który umożliwił Polsce szybkie nadganianie zachodniej części kontynentu. Ten system nie jest jednak w smak zagranicznym prawicowym koleżankom i kolegom PiS-u, którzy najchętniej wróciliby do starych, niedobrych czasów, gdy Europa Zachodnia była bardzo bogata, a Europa Środkowo-Wschodnia bardzo biedna.

Polską trzęsie kilku foliarzy i jeden wiceminister machlojkarz. Gratki, Jarosławie!

Przede wszystkim moglibyśmy zapomnieć o hojnej polityce spójności, której głównym celem jest wyrównywanie poziomów życia w krajach członkowskich, czyli tak zwana konwergencja. Polityka spójności z grubsza polega na tym, że jedni są jej beneficjentami, a drudzy płatnikami. My należymy do tych pierwszych. Wśród tych drugich wiele jest środowisk, którym rola płatników się nie podoba.

Oni właśnie znaleźli się na Warsaw Summit na zaproszenie PiS-u. Byli tam chociażby politycy partii Interes Flamandzki – jej partykularyzm przebija już z nazwy. Według Vlaams Belang zamożna Flandria jest eksploatowana nie tylko przez resztę Belgii, ale też przez Europę. Dlatego też stanowczo przeciwstawiają się oni koncepcji UE, która przypomina „Belgię, tylko że na dużą skalę”. W deklaracji programowej na oficjalnie stronie VB czytamy między innymi, że „UE zamieniła się w unię transferową, przypominającą model belgijski. Flandria jest nie tylko dojną krową Belgii i Walonii, ale też dostarczycielem miliardów dla UE i krajów Europy Południowej”. Flamandowie postulują więc zacieśnienie europejskiej integracji gospodarczej wokół krajów „o podobnym potencjale gospodarczym”.

„Holenderskie dzieci zapłacą”

Przeciwni transferom wewnątrzunijnym są też politycy wspomnianej partii JA21 z Holandii. Jeden z jej europosłów, Michiel Hoogeveen, członek Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, czyli europejskiej frakcji, w której jest i PiS, przypuścił szturm na Europejski Fundusz Odbudowy. Ten sam, z którego tak dumny był premier Morawiecki, gdy jeszcze nie było wiadomo, że możemy go jednak nie dostać.

Według Hoogeveena Fundusz Odbudowy jest zupełnie niepotrzebny, głównie dlatego, że Holandia musi do niego dorzucić 46 mld euro. Ale też dlatego, że Funduszu Odbudowy, w przeciwieństwie do Europejskiego Mechanizmu Stabilności, nie nakłada na słabsze gospodarczo kraje „bardzo surowych warunków”. Dla Hoogeveena przyjęcie przez Holandię Funduszu Odbudowy jest szaleństwem, gdyż kraj ten otrzyma z niego jedynie 6 mld euro, i to za cenę wymaganych przez Komisję Europejską reform podatkowych (głównie likwidacji niektórych ulg).

„Nasze dzieci i wnuki będą musiały zapłacić rachunek za tę europejską solidarność” – pisze dalej Hoogeveen. A to dlatego, że Fundusz Odbudowy zostanie sfinansowany z europejskich obligacji emitowanych przez KE, których spłatą solidarnie obciążone będą wszystkie państwa Wspólnoty. Tymczasem według Hoogeveena Włosi i Grecy zapewne tych długów nie spłacą, gdyż już teraz mają niebotyczne, więc finalnie holenderski rachunek będzie jeszcze wyższy. Co gorsza, Fundusz Odbudowy może się zmienić w stały mechanizm wsparcia dla regionów Europy mierzących się z problemami gospodarczymi. A na to Holandia absolutnie nie może wyrazić zgody. Dlatego też JA21 wezwał rząd premiera Marka Rutte, żeby wynegocjował wyłączenie Holandii z jakiegokolwiek przyszłego funduszu naprawczego, bo Amsterdam może sobie spokojnie pożyczać pieniądze samemu.

Oczywiście te narodowe partykularyzmy nie ograniczają się jedynie do transferów finansowych. Prawicowcy z Europy Zachodniej mają też serdecznie dosyć konkurencji z biedniejszej Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego Marine Le Pen podczas wyborów w 2017 roku postulowała „inteligentny protekcjonizm”, który chroniłby francuski rynek i rodzimych przedsiębiorców przed konkurencją z innych państw.

Wśród instrumentów tego protekcjonizmu znalazły się między innymi obowiązek przekazywania zamówień publicznych francuskim firmom, a także kontrolowanie inwestycji zagranicznych nad Sekwaną przez specjalną agencję. Francja miała też przestać respektować unijną dyrektywę o pracownikach delegowanych (na przykład z Polski), a nawet nakładać dodatkowy podatek na pracowników spoza Francji.

Poza tym według Le Pen powinien też powstać specjalny podatek zniechęcający francuskie firmy do przenoszenia produkcji poza granicę kraju. Przypomnijmy, że Francja jest trzecim co do wielkości inwestorem zagranicznym w Polsce.

Rolnicy bez dotacji, a tiry w kolejkach

Polscy rolnicy mogą być zdziwieni, kiedy się dowiedzą, że prawicowi sojusznicy PiS-u najchętniej zlikwidowaliby też unijną politykę rolną.

„Politycy Frontu Narodowego (obecnie Zgromadzenia Narodowego – przyp. red.) tłumaczą swoją popularność na wsi jednym słowem: Europa. Francuscy rolnicy są wściekli, że UE naraża ich na nieuczciwą konkurencję rolników z Europy Wschodniej i obciąża nadmiernymi regulacjami” – pisało w 2017 roku Politico. Dlatego też Le Pen postulowała zamianę unijnej polityki rolnej na francuską, narodową, która promowałaby nad Sekwaną produkty „made in France”.

Produkty spożywcze „made in Italy” wspierać chce natomiast Matteo Salvini, do którego PiS również robi maślane oczy, chociaż ten na Warsaw Summit nawet nie przyjechał. Salvini niedawno wściekał się na litewskiego komisarza ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności, że z powodu polityki UE cierpią włoscy rolnicy. Salvini postulował wprowadzenie listy włoskich marek z ponad 50-letnią tradycją (spożywczych i nie tylko), których cała produkcja miałaby się odbywać tylko na Półwyspie Apenińskim. Oburzał się też na producenta Nutelli za to, że używa orzechów laskowych sprowadzanych z Turcji, chociaż, jak się później okazało, włoska podaż tych orzechów zwyczajnie nie wystarczała, a uprawa kolejnych zagrażała włoskiemu środowisku naturalnemu.

Przypomnijmy, że Polska jest jednym z czołowych eksporterów żywności w Europie i na świecie.

Prawicowi sojusznicy PiS-u niechętnie patrzą również na inną zdobycz Zjednoczonej Europy, z jakiej bardzo często korzystamy. Mowa o strefie Schengen, dzięki której dominujące na europejskich drogach polskie tiry nie muszą stać w kolejkach na granicy. Przeciw strefie Schengen są chociażby politycy Interesu Flamandzkiego.

„Układ z Schengen stał się bezpieczną formą nielegalnej imigracji, turystyki socjalnej i transgranicznej przestępczości” – czytamy na ich stronie. Układ z Schengen wypowiedzieć zamierza także partia Prawdziwych Finów. Jej polityk Olli Kotro w wywiadzie dla Eurasia Daily w 2019 roku stwierdził nawet, że Finlandia nie tylko powinna wypowiedzieć układ z Schengen, ale też, zapewne dla równowagi, wprowadzić ruch bezwizowy z Rosją.

„Gdybyśmy nie byli w Schengen, moglibyśmy zawiązać umowy bilateralne z niektórymi państwami. Na przykład ruch bezwizowy między Finlandią a Rosją dla niewielkiej liczby osób często przekraczających granicę, co ułatwiłoby handel” – przekonywał Kotro.

Niebezpieczny rewizjonizm

Skoro już jesteśmy przy granicach – w tym miejscu Europy, w którym jesteśmy, szczególnie istotna jest ich nienaruszalność. Wszelkie europejskie ruchy rewizjonistyczne dotyczące granic mogą być dla Polski śmiertelnie niebezpieczne, gdyż potencjalnie mogą wywołać efekt lawinowy.

Tymczasem wśród sojuszników PiS-u rewizjonistów jest dostatek. Interes Flamandzki opowiada się za niepodległym państwem flamandzkim, gdyż według nich w Belgii „Flamandowie i osoby mówiące po francusku mają inne zdanie niemal na każdy temat”. Poza tym, co było już wspominane, miliardy euro co roku płyną z Flandrii do Walonii bez żadnych korzyści dla tej pierwszej.

Politycy hiszpańskiego Vox, z którymi PiS też tworzy frakcję w europarlamencie, dążą natomiast do odzyskania przez Hiszpanię Gibraltaru. W tym celu posuwają się nawet do oficjalnego dyskredytowania Gibraltaru i tworzenia atmosfery nienawiści między Hiszpanami a mieszkańcami półwyspu. Na co zresztą rząd Gibraltaru złożył oficjalną skargę do Hiszpanii, w której wymienił między innymi dwóch liderów Vox, czyli Santiago Abascala i Javiera Ortegę Smitha.

Sierakowski: Nasz faszyzm

Żeby było nie tylko śmiesznie, ale i groźne, to francuskie Zgromadzenie Narodowe sceptycznie patrzy na partycypację w Sojuszu Północnoatlantyckim. Tymczasem Francja to obecnie jedyne mocarstwo atomowe w UE i zarazem jej najsilniejsza armia. Marine Le Pen podczas wyborów w 2017 roku co prawda nie postulowała wyjścia Francji z sojuszu, ale ze zintegrowanego dowództwa NATO już tak. Tłumaczyła to bardzo prosto. Chodziło o to, żeby „Francja nie została wciągnięta w nie swoją wojnę”. Można więc powiedzieć, że najpierw Vox i Vlaams Belang rozhuśtałyby europejską łajbę, a następnie Francja Le Pen umyłaby ręce.

Gdyby więc prawicowi radykałowie, których PiS frywolnie zaprasza do Warszawy na polityczną randkę, doszli kiedyś do władzy w swoich państwach, mielibyśmy Europę bez wspólnego rynku i funduszy unijnych, za to z kontrolami na granicach i sporami terytorialnymi.

Polscy eksporterzy byliby wycinani z rynków Europy Zachodniej, a pracownicy obciążeni karnymi podatkami. Do niektórych państw łatwiej byłoby się dostać przez Rosję, ale już artykuł 5 NATO stałby pod dużym znakiem zapytania.

Faktycznie, rewelacyjną strategię europejską przyjęli nasi rządzący. Oby się nigdy nie spełniła.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij