UE

To będzie krytyczna dekada dla Europy. Czy odrobimy polityczną lekcję?

Piotr Buras

Niewiele wskazuje na to, by to Unia miała grać pierwsze skrzypce w toczących się wokół niej konfliktach, mających przemożny wpływ na jej bezpieczeństwo.

Kiedy świat robi krok wstecz od krawędzi przepaści, trudno dziwić się westchnieniom ulgi. Mimo dramatycznej eskalacji na Bliskim Wschodzie w wyniku egzekucji irańskiego generała Sulejmaniego przez Amerykanów, konflikt światowy został (przynajmniej na razie) odwołany.

Operacja Iranu to przypomnienie, że Teheran ma broń umożliwiającą precyzyjne ataki

W istocie ani Iran, ani Stany Zjednoczone, ani też inni aktorzy polityki międzynarodowej nie mają interesu w rozdmuchiwaniu ognia do rozmiarów pożogi. Ale zwłaszcza z perspektywy Europy irańska lekcja nie daje nadmiernych powodów do uspokojenia. W rozpoczętej z hukiem nowej dekadzie Europejczycy będą musieli znaleźć odpowiedź na kilka niełatwych prawd, które ostatnie wydarzenia obnażyły w całej rozciągłości.

USA jako czynnik ryzyka

Stany Zjednoczone nie tylko nie są już kluczowym gwarantem bezpieczeństwa Europy, lecz są także jednym z ważniejszych źródeł ryzyka. To być może nic nowego po tym, jak w ostatnich latach Donald Trump postanowił wywrócić do góry nogami tak drogi Europejczykom porządek międzynarodowy, oparty na prawie i instytucjach. Ale lekcja irańska jest szczególnie wstrząsająca z jednego powodu. Pokazuje, że Waszyngton podejmuje fundamentalne decyzje w polityce zagranicznej, nie tylko kierując się głównie interesem amerykańskim („America First”), co nie powinno zresztą nikogo dziwić, lecz także nie stroniąc od pogwałcenia zasady lojalności sojuszniczej i respektu dla najbliższych swoich partnerów.

Iran: niebezpieczna obsesja Ameryki

Atak na wysokiego przedstawiciela Iranu nie tylko nie był konsultowany z sojusznikami z NATO i koalicji państw walczących w Iraku przeciwko Państwu Islamskiemu, ale nie zostali oni nawet  uprzedzeni o zamiarze jego dokonania. Tymczasem zabójstwo Sulejmaniego, nawet jeśli nie doprowadziło do otwartego konfliktu militarnego, ściąga ogromne ryzyko dla Europy, całego regionu Bliskiego Wschodu i znajdujących się tam wojsk europejskich.

Nie dalej jak w październiku ubiegłego roku Donald Trump postanowił nagle, bez uprzedniego przygotowania, wycofać swoje wojska z Syrii, wystawiając do wiatru zwłaszcza kurdyjskich, ale też europejskich sojuszników. Potwierdza to tylko, że w tym szaleństwie jest metoda. Co więcej, Biały Dom nie stroni też od szantaży: Niemcy potwierdzili kilka dni temu doniesienia „Washington Post”, że Amerykanie zagrozili podniesieniem ceł na europejskie towary, gdyby Francja, Wielka Brytania i Niemcy nie nacisnęły mocniej na Iran w sprawie jego programu nuklearnego.

Pokonanie Kurdów oznacza powrót terroryzmu ISIS

Sytuacja, w której działania USA są nieprzewidywalne dla sojuszników i stają się źródłem bezpośredniego zagrożenia ich bezpieczeństwa, kładzie się cieniem na partnerstwie transatlantyckim bardziej niż zmiany w hierarchii priorytetów polityki zagranicznej USA, tarcia na tle gospodarczym czy retoryczne popisy prezydenta Trumpa wymierzone w Unię Europejską. Jest ona także rezultatem takiej definicji interesów USA, w której potrzeby Europy odgrywają coraz pośledniejszą rolę. Jeśli Trump zapewnie sobie w tym roku nową kadencję w Białym Domu, relacje USA z Europą na trwałe zmienią swój charakter. Ale nawet w przypadku zmiany prezydenta USA jako czynnik ryzyka pozostaną niezbędnym elementem europejskiej układanki dyplomatycznej, niezależnie od tego, ilu amerykańskich żołnierzy będzie nadal stacjonować w Europie i jak bardzo kraje UE będą uzależnione od amerykańskiego parasola bezpieczeństwa.

Poleganie na Stanach Zjednoczonych jako polityczna naiwność

W jednej z kluczowych spraw dla porządku światowego, jaką jest polityka na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, rozwód Europy i Stanów Zjednoczonych staje się faktem. Nie oznacza on, rzecz jasna, nieuchronności głębokiego konfliktu między nimi ani nie przesądza, że współpraca nie jest tam pożądana czy możliwa. Ale sytuacja, gdy Europejczycy podążają tylko za kursem wyznaczonym przez USA lub są biernymi obserwatorami ich polityki w regionie, stała się nie do utrzymania.

Stopniowe wycofywanie się USA z aktywnej roli jako „siły porządkowej” prowadzi Europę do selektywnego tylko zaangażowania. Świadczy o tym głównie wyjście USA z Syrii i całkowite oddanie tam pola innym mocarstwom: Rosji i Turcji. Ale w następstwie ataku na Sulejmaniego ucierpiała także akceptacja wojskowej obecności USA w Iraku. Rezolucja parlamentu irackiego wezwała ich żołnierzy do opuszczenia kraju. Eskalacja konfliktu z Iranem nie jest zwiastunem nagłego odwrócenia tego kursu, czyli triumfalnego powrotu USA na Bliski Wschód. Świadczy raczej o jego chaotycznym przebiegu.

Dzisiaj żaden z partnerów USA w regionie nie jest w stanie rozszyfrować spójnej strategii będącej drogowskazem dla podejmowanych przez Amerykanów kroków. „Pax Americana” na Bliskim Wschodzie bezpowrotnie się kończy, pozostawiając po sobie pustkę, która stanowi zagrożenie przede wszystkim dla Europy.

Jej konsekwencje już dzisiaj widać zresztą w Afryce Północnej i w Sahelu. Tam, niejako w cieniu konfliktu irańskiego, rozgrywają się dwie inne kluczowe konfrontacje, w których Europa boleśnie testuje swoją (nie)zdolność do skutecznego działania bez wsparcia Stanów Zjednoczonych.

W Libii narasta militarny konflikt między zwaśnionymi ośrodkami władzy, a kraj pogrąża się w chaosie. Z linią brzegową o długości 1300 kilometrów to najważniejszy dziś kraj tranzytowy dla nieregularnych migrantów docierających do Europy. Karty rozdają tam Erdoğan z Putinem, a każdy wspiera – także militarnie – „swoją” stronę sporu. Daje im to doskonałą pozycję, by dyktować warunki i między sobą uzgadniać rozwiązania.

Stany Zjednoczone nie tylko nie są już kluczowym gwarantem bezpieczeństwa Europy, lecz są także jednym z ważniejszych źródeł ryzyka.

Już w 2011 roku, kiedy Zachód dokonał interwencji zbrojnej w Libii, odbywała się ona pod politycznym przywództwem Francuzów i Brytyjczyków, ale z fundamentalnym dla jej powodzenia wsparciem zbrojnym USA. Dekadę później zdolność do samodzielnego dokonania takiej operacji przez kraje UE – mówiąc oględnie – nie jest większa, podczas gdy prawdopodobieństwo jej konieczności raczej rośnie, niż maleje. Ale liczenie na Stany Zjednoczone byłoby naiwnością. W toczącej się dyplomatycznej rozgrywce nie odgrywają one większej roli. Na konferencji berlińskiej pod egidą Niemiec i ONZ w ubiegłą niedzielę amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo był tylko jednym z wielu uczestników.

Z kolei w krajach Sahelu, czyli Mali, Burkinie Faso, Mauretanii, Czadzie i Nigrze, toczą się de facto wojny domowe, w których władze tych krajów znajdują się pod naciskiem islamistycznych bojówek związanych z ISIS.

Odbudowa terrorystycznego Państwa Islamskiego w południowym sąsiedztwie Europy to prawdziwie czarny scenariusz. Także tutaj Stany Zjednoczone nie zamierzają wyręczać Europejczyków pomimo dramatycznego wzrostu napięcia, nasilenia się ataków terrorystycznych i rosnącej liczby ofiar. W grudniu ubieglego roku Waszyngton zapowiedział, że zamierza wycofać obecne tam siły (kilka tysięcy żołnierzy i dwie bazy dronów) i nie zareagował dotąd na wezwania prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by takiej decyzji nie podejmować, bo grozi ona poważnymi następstwami dla bezpieczeństwa i stabilności regionu.

Rosja: Albo Asad, albo ISIS, wybierajcie

Ważny szczyt z przywódcami pięciu krajów afrykańskich we francuskim Pau, gdzie omawiano przyszłość wojny z terrorem, odbył się kilka dni temu bez udziału Amerykanów. To, że USA nie są skłonne do większego zaangażowania w Afryce Północnej i Sahelu, a także na Bliskim Wschodzie, jest naturalną konsekwencją przesunięć w ich hierarchii interesów – leżą one dziś głównie w Azji i w sporach handlowych z Chinami. Europejczycy nie mogą obrażać się na rzeczywistość (czytaj: Amerykanów), ale nie powinni się łudzić, że zmieni się ona wkrótce znowu na ich korzyść.

„Selektywne zaangażowanie” z Rosją

Głównym beneficjentem procesów, które w dobitny sposób obnażyła ostatnia eskalacja, jest dzisiaj Rosja. Komplikacje na Bliskim Wschodzie odwracają uwagę Waszyngtonu od działań Moskwy w Europie. Co więcej, prowadzą raczej do osłabienia, a nie wzmocnienia pozycji Stanów Zjednoczonych w regionie, co zawsze było celem Putina. Amerykanie już teraz oddali pole Rosji i Turcji w Syrii, a ich ewentualne wyjście z Iraku zmieniłoby całkowicie stosunek sił w regionie na korzyść Ankary i Moskwy. Groźby Trumpa pod adresem władz Iraku (zagroził sankcjami na wypadek podtrzymania decyzji o wyrzuceniu wojsk amerykańskich z terytorium Iraku) są zaś niepokojącym sygnałem dla innych krajów arabskich i mogą skłonić je do zacieśnienia więzów z Rosją.

Ale być może największym sukcesem Rosji jest to, że trudno dzisiaj sobie wyobrazić scenariusz, w którym jakiekolwiek rozwiązania dotyczące Syrii, Iranu czy Libii mogłyby zostać podjęte bez jej udziału. Pod wpływem ostatnich wydarzeń Moskwa zrobiła kolejny, znaczący krok, by ustawić się w ulubionej roli: pośrednika, który nie opowiadając się po żadnej ze stron, trzyma ważne sznurki w ręku i pociąga za nie w zależności od potrzeb. Zaraz po ataku na Sulejmaniego u Putina rozdzwoniły się telefony od przywódców europejskich, Angela Merkel zaś odwiedziła Moskwę. Głównym przedmiotem rozmów była Libia i łaskawa zgoda Putina na zorganizowanie międzynarodowej konferencji w Berlinie, która służyć miałaby stabilizacji w tym kraju.

Takich obrazków będzie w przyszłości więcej. Jedną z pięciu zasad aktualnej polityki Unii Europejskiej wobec Rosji jest – m.in. obok dążenia do pełnego wdrożenia porozumienia w sprawie Donbasu – „selektywna współpraca z Rosją w sprawach mających znaczenie dla UE”. Zwłaszcza w Polsce i krajach naszego regionu realizacja akurat tego punktu budzi największe obawy. Wszelkie spotkania i rozmowy przywódców europejskich z Putinem traktowane są jako otwarcie drogi do niebezpiecznej „normalizacji” stosunków z krajem, który za nic ma zasady prawa międzynarodowego i działa na rzecz rozbicia Unii. Ale „selektywne zaangażowanie” z Rosją będzie tym bardziej zyskiwać na znaczeniu, im bardziej Europa wkraczać będzie w domenę Realpolitik, wypełniając pustkę po amerykańskim przywództwie i samej przejmując odpowiedzialność za sytuację w sąsiedztwie Europy.

U początku nowej dekady Europa znalazła się na ruchomych piaskach polityki międzynarodowej – z  Ameryką jako (także) czynnikiem ryzyka, Bliskim Wschodem jako głównie europejskim wyzwaniem i Rosją jako nie tylko wrogiem, ale i kontrahentem. To wyjątkowo niebezpieczna konstelacja dla Unii, której brakuje nie tylko twardych instrumentów działania (np. skutecznej zdolności wojskowej), lecz także politycznej zgody co do jego kierunku.

Europa na ruchomych piaskach

Najważniejszym testem dla UE jest kwestia umowy nuklearnej z Iranem, która jak w soczewce skupia w sobie wszystkie tektoniczne przesunięcia w otoczeniu międzynarodowym Europy. Fiasko prób powstrzymania reżimu mułłów przed wejściem w posiadanie broni jądrowej byłoby ogromnym zagrożeniem.

Akurat w tej kwestii USA i Europa się nie różnią. Ale na tym koniec zgody. Unia broni podpisanego (także przez USA) w 2015 roku, po dziewięciu latach trudnych negocjacji, porozumienia wstrzymującego irański program nuklearny w zamian za zdjęcie sankcji ekonomicznych nałożonych na Iran. Tymczasem Waszyngton wypowiedział je w zeszłym roku i chce zmusić Iran do dalszych ustępstw (zwłaszcza zaprzestania wspierania bojówek w Jemenie, Libanie czy Syrii).

Leonard: Gramy poniżej swoich możliwości [rozmowa]

Unia uważa, że bez respektowania porozumienia nuklearnego wszelka dyskusja z Iranem skazana jest na niepowodzenie. Trump twierdzi, że właśnie to porozumienie jest największą przeszkodą. Po zabójstwie Sulejmaniego szanse na uratowanie umowy się skurczyły. Iran, zniechęcony ekonomiczną presją USA (sankcje), niezdolnością Unii to zrekompensowania wynikających z niej strat oraz żądny odwetu za zamach, ogłosił, że nie będzie już przestrzegał postanowień tej umowy. Aby ratować porozumienie wbrew Trumpowi, Unia musi zaoferować Iranowi korzyści ekonomiczne (np. nowe linie kredytowe), do czego potrzeba także współpracy z Rosją czy Chinami. Ale trudno się spodziewać, by Waszyngton potraktował tego rodzaju wysiłki ze zrozumieniem.

To nie będzie łatwa dekada dla Europy. Niewiele wskazuje na to, by to Unia miała grać pierwsze skrzypce w toczących się wokół niej konfliktach, mających przemożny wpływ na jej bezpieczeństwo. Smutny paradoks polega na tym, że przesunięcia globalnych ruchomych piasków były już dostatecznie czytelne u progu poprzedniej dekady. Zamach na Sulejmaniego i jego konsekwencje to nie tylko symboliczny początek nowej epoki, lecz także przypomnienie, że zostawianie własnych spraw w cudzych rękach może się źle skończyć. Czy za dziesięć lat będziemy mogli powiedzieć, że w porę odrobiliśmy tę lekcję?

**
Piotr Buras – dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać