Świat

Reich: Robotnicy w toksycznym szachu

Dlaczego nic, nawet ekologiczne katastrofy i śmiertelne wypadki nie są w stanie wyrwać amerykańskich robotników z ramion republikanów?

Wyciek toksycznych chemikaliów do rzeki Elk w Zachodniej Wirginii przynosi nam kolejny dowód na to, jak biznes wygrywa na wysokim bezrobociu, niepewności i podartej na strzępy sieci zabezpieczeń społecznych. Robotnicy i robotnice nie tylko są skłonni zaakceptować każdą pracę, jaką się zechce im dać. Oni po prostu boją się upominać o zdrowe i bezpieczne środowisko.

Wyciek był trzecim wypadkiem z udziałem niebezpiecznych chemikaliów w ciągu ostatnich pięciu lat, a to już po dwóch śledztwach Nadzoru Bezpieczeństwa ds. Chemikaliów (Chemical Safety Board) w Dolinie Kanawha, znanej jako Chemiczna Dolina. Urzędnicy federalni i działacze ekologiczni przypominali nieraz, że stan musi wprowadzić bardziej szczegółowe regulacje dotyczące zabezpieczania chemikaliów.

Nikt nic w tej sprawie nie zrobił. Administracja lokalna i stanowa udawały, że są głuche. Cysterna, której rozszczelnienie doprowadziło do wycieku, nie przechodziła kontroli od kilkudziesięciu lat.

Ale nikt się nie skarżył.

Nawet teraz, gdy toksyny spływają w dół rzek, w stronę Cincinnati, a mieszkańcy pobliskiego Charleston nie mogą być pewni, że woda w ich kranach nie jest trująca – także dlatego, że jedyny standard badania zdatności wody do picia pochodzi od firmy, która wyprodukowała trujące chemikalia, a rząd nie zrobił alternatywnych kalkulacji – nikt się nie skarży. Nie pomaga na pewno fakt, że firma dostarczająca wodę działa komercyjnie i nie zależy jej na rozgłaszaniu faktu o możliwości zatrucia się jej własnym produktem.

Dlaczego nic nie zrobiono, by temu zapobiec i dlaczego nie słyszymy głośnego sprzeciwu?

Odpowiedzi nie trzeba długo szukać. Maya Nye, prezydentka People Concerned About Chemical Safety, organizacji obywatelskiej powstałej po wybuchu w zakładzie Bayer Crop Science, który zabił pracujących tam robotników, mówi „New York Timesowi”: „W Zachodniej Wirginii potrzeba miejsc pracy jest tak desperacka, że nikt nie robi nic, co mogłoby odstraszyć wielki przemysł”.

Dokładnie tak.

Ten sam refren słyszałem raz po raz, gdy szefowałem Departamentowi Pracy. Gdy chcieliśmy ukarać Bridgestone-Firestone, producenta opon, za jawne naruszenia standardów BHP, które doprowadziły do okaleczenia i śmierci pracowników firmy w stanie Oklahoma – lokalna społeczność stanęła za nami murem. Do czasu, gdy Bridgestone-Firestone zagroził zamknięciem fabryki.

Sama groźba wystarczyła, by robotnicy i ich rodziny, których chcieliśmy bronić, zwrócili się przeciwko nam. Nie ugięliśmy się, a Bridgestone-Firestone nie zrealizował swojej groźby, ale polityczne skutki były opłakane.

Od lat nauki polityczne próbują ustalić dlaczego wyborcy z klasy robotniczej i ubodzy z tak zwanych „czerwonych stanów” [1] głosują wbrew swoim interesom ekonomicznym. Typowe wyjaśnienie jest takie, że dla tych akurat obywatelek i obywateli ważniejsze są sprawy społeczne i kulturowe – dostęp do broni, legalność aborcji, kwestie rasowe.

Nie przekonuje mnie to. Stawki dla robotnic i robotników spadają nieustannie od trzydziestu lat, jeśli zestawić je z inflacją, a poczucie stabilności wyparowało. Firmy mogą zamknąć się z dnia na dzień – i robią to. Dziś pracuje mniej Amerykanów i Amerykanek w wieku produkcyjnym niż kiedykolwiek od z górą trzydziestu lat.

Ludzie desperacko potrzebują pracy, dlatego nie chcą zamieszania. Nie życzą sobie żadnych regulacji ani prawa, które mogłoby kosztować ich miejsce pracy. Dla nich praca jest cenna – czasem bardziej niż bezpieczeństwo przy wykonywaniu swojego zawodu, bardziej nawet niż czysta woda do picia.

To stosuje się w szczególności do biedniejszych regionów, jak właśnie Zachodnia Wirginia czy duża część Południa oraz wiele z regionów rolniczych. Czyli „czerwonych stanów”, gdzie biedota i tak głosuje na republikanów. Broń, aborcja i rasa to tylko część odpowiedzi. Nie można przeoczyć obaw wynikających z sytuacji gospodarczej, które skłaniają do głosowania zgodnie z tym, czego chce wielki przemysł.

To wyjaśnia, dlaczego republikańscy oficjele, głosujący przeciwko związkom zawodowym, przeciwko rozszerzaniu planu ubezpieczeń zdrowotnych, przeciwko podniesieniu płacy minimalnej, przeciwko zasiłkom dla bezrobotnych i przeciwko tworzeniu miejsc pracy – wciąż są wybierani i pozostają na stanowiskach. Oczywiście, stoją za nimi wielkie korporacje, którym zależy na wysokim bezrobociu i braku zabezpieczeń dla robotników, ponieważ pokorna klasa robotnicza wspiera ich interes. Paradoksalnie jednak głosują na nich także robotnicy i robotnice, trzymający się swoich miejsc pracy jak tonący brzytwy, zbyt przerażeni możliwością zmiany i utraty nawet tak chwiejnej podpory. Są tak zastraszeni, że nie będą wszczynać awantury.

Najlepszą tamą dla korporacyjnej nieodpowiedzialności jest rozszerzająca się klasa średnia. Ale aby wzniecić polityczną wolę zmiany, musielibyśmy pokonać bojaźń wynikającą z gospodarczej desperacji.

Ale co w tym układzie jest jajkiem, a co kurą? Ta diabelska zagadka to sedno amerykańskiej polityki.

przeł. Jakub Dymek

[1] Termin „czerwone stany” oznacza te stany USA, które tradycyjnie głosują na kandydatki i kandydatów republikańskich, przede wszystkim te, gdzie dochodzi do „landslide victories”, czyli zwycięstw o 10 i więcej punktów procentowych w danych wyborach. „Czerwony” jest przede wszystkim środkowy pas Ameryki oraz Południe, w ostatnich czterech wyścigach wyborczych „czerwone” były m.in. Teksas, Nebraska czy Montana. [przyp. JD]

Tekst ukazał się 15 stycznia 2014 na blogu Roberta Reicha, tytuł i wyróżnienia pochodzą od redakcji.

Bio

Robert Reich

| Amerykański polityk i ekonomista
Profesor polityki społecznej na Uniwersytecie w Berkeley, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona. Magazyn „Time” uznał go za jednego z dziesięciu najskuteczniejszych członków amerykańskiego rządu w ostatnim stuleciu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.