Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Peter Thiel, antychryst

Oto zagadka: dlaczego Peter Thiel, orędownik cyfrowej kontroli, posługuje się chrześcijańskim pojęciem antychrysta? Dlaczego, jak inni technokraci, nie poprzestaje na wysławianiu sztucznej inteligencji?

ObserwujObserwujesz
Kontekst

⚔️ Peter Thiel przedstawia regulacje technologii i globalne instytucje jako „antychrysta”, twierdząc, że wykorzystują strach ludzi do ograniczania wolności w imię bezpieczeństwa.

🧠 Inspirując się teoriami René Girard, Thiel krytykuje konkurencję i wychwala monopole, ale robi to w sposób wybiórczy, uzasadniając dominację cyfrowych oligarchów nad społeczeństwem.

🌐 Slavoj Žižek wskazuje na sprzeczność: Thiel potępia „totalitarną kontrolę”, jednocześnie wspierając systemy (np. Palantir Technologies), które wzmacniają nadzór i władzę technologicznych elit.

Walka
Serce

4

Miliarder z branży technologicznej i sojusznik ruchu MAGA Peter Thiel – postać wybitnie w typie antychrysta – nieustannie atakuje swoich przeciwników, ich właśnie nazywając antychrystami. Założyciela Palantir Technologies – firmy zajmującej się analizą danych, wykonującej zlecenia dla Pentagonu i której systemy AI używane są w amerykańsko-izraelskim ataku na Iran – niepokoi widmo „totalitarnego, ogólnoświatowego państwa” hamującego postęp naukowy i technologiczny. Zdaniem Thiela nadejście antychrysta zwiastują ci, którzy domagają się uregulowania technologii:

„Antychryst przejmie świat w ten właśnie sposób, nieustannie powołując się na Armagedon. Nieustannie mówiąc o ryzyku egzystencjalnym, które niby trzeba uregulować. Trzeba zatrzymać naukę, trzeba powiedzieć temu »stop« – to znajduje oddźwięk w polityce”.

Antychryst wykorzystuje oto lęk przed apokalipsą – wywołaną ostatecznym starciem jądrowym, zmianą klimatu czy zagrożeniami stwarzanymi przez SI – w celu sprawowania kontroli nad „przerażoną ludnością”. Tylko po w to w ogóle mieszać antychrysta?

Czytaj także Palantir: nie próbujcie powstrzymać końca świata Magdalena Bazylewicz

Kombinacja chrześcijańskiego konserwatyzmu i skrajnego libertarianizmu Thiela bierze się z jego wychowania. Thielowie mieszkali w RPA i Afryce Południowo-Zachodniej (dzisiejszej Namibii) w czasach apartheidu. Wychowany w rodzinie niemieckich ewangelikalnych chrześcijan, rozwinął głębokie zainteresowanie antychrystem i często odwoływał się do tej biblijnej postaci, krytykując osoby i instytucje publiczne, które jego zdaniem podszywają się pod siły dążące do pokoju i stabilizacji, zabiegając jednocześnie o to, „aby światowy rząd zatrzymał naukę” (Thiel często tu wspomina o Grecie Thunberg).

Jego argument zasadniczo brzmi tak: agenci autorytaryzmu udają, że niosą bezpieczeństwo, ale wykorzystują to, że w tym pełnym niebezpieczeństw świecie ludzie czują się zagrożeni. Gdy ludzie są przekonani, że dzień sądu ostatecznego jest bliski, chętnie oddają swobody osobiste w zamian za obietnicę przetrwania. Tę właśnie wymianę swobód za bezpieczeństwo Thiel nazywa „antychrystem”.

To stanowisko na wskroś libertariańskie – tyle tylko, że choć Thiel jest zdecydowanie przeciwny „totalitaryzmowi”, jego wypowiedzi często są głęboko sprzeczne z libertariańskim światopoglądem. Krytykuje „libertarianizm zombie” oraz „mdłe libertariańskie abstrakcje”, przedkładając ponad nie ideologię antykomunistyczną, w ramach której „nie trzeba się patyczkować, bo komuniści i tak robili dużo gorsze rzeczy”. Thiel chwali na przykład agencję CIA z lat 60., 70. i 80. za to, że była „takim rozbójnikiem niezależnym od Departamentu Stanu”, w którym to departamencie jego zdaniem roiło się od komunistów.

W konsekwencji postawa Thiela wobec władzy państwa jest niejednoznaczna – imperium Stanów Zjednoczonych postrzega zarówno jako „naturalnego kandydata na katechona” – czyli tego, kto powstrzymuje nadejście antychrysta – ale też właśnie „samego Antychrysta, matecznik ogólnoświatowego państwa i matecznik oporu wobec ogólnoświatowego państwa zarazem”.

Czytaj także A mogli zabić. Europa nie zasługuje na Gretę Thunberg Patrycja Wieczorkiewicz

Jakie zatem cechy czynią państwo postacią antychrysta? Thiel wymienia „traktaty międzynarodowe o podatkach, architekturę nadzoru finansowego i sankcji” jako definiujące dla ogólnoświatowego systemu-antychrysta. Wyjaśnia, jak „trudno dzisiaj jest ukryć pieniądze”, gdy w USA obowiązuje ustawa PATRIOT Act i gdy „szeroko się rozrasta” administracyjny aparat państwowy (zwłaszcza amerykański Departamentu Skarbu), a przy rozliczaniu międzynarodowych płatności banki korzystają z międzynarodowej sieci komunikacyjnej SWIFT. Wszystkie te czynniki sprawiają, że „będąc obywatelem Stanów Zjednoczonych, nie można uniknąć opodatkowania na całym świecie”.

Mówiąc krótko, Thiel widzi antychrysta w globalizacji i regulacji technologii, oraz „w niechęci do umożliwienia miliarderom zarabiania jeszcze więcej pieniędzy”. Gdy Thiel chwali twórcze, wolne jednostki, pragnące uniknąć kontroli antychrysta poprzez ukrywanie swoich majątków, oczywistym wzorcem owych jednostek są nowi cyfrowi oligarchowie, monopolistycznie kontrolujący internet. A ujmując to jeszcze zwięźlej, Thiel skleja swoje prawicowe przekonania z coraz bardziej technofuturystycznym religijnym zapamiętaniem Doliny Krzemowej. Jakby nieświadomy własnej hipokryzji argumentuje, że „centralizacja władzy państwa oraz system ogólnoświatowych organizacji pozarządowych jest pokrewny antychrystowi”, a jednocześnie zarządza Palantirem, jedną z najbardziej inwazyjnych, destabilizujących i totalitarnych korporacji, jakie kiedykolwiek istniały. Finansuje także oligarchów, którzy konsolidują władzę nad „masami” oraz majątek wykorzystywany przeciwko „masom”, które (tu Thiel powołuje się na René Girarda), „pozostają w pułapce mimetycznych cyklów zawiści i resentymentu”.

Wzmianka o Girardzie jest tutaj kluczowa. Trumpiści przywłaszczyli sobie wypracowane przez Antonio Gramsciego pojęcia hegemonii ideologicznej i charakteryzację naszej epoki jako czasu występowania chorobliwych symptomów. Jednak apogeum wykorzystywania przez nową prawicę pojęć teorii progresywizmu nastąpiło, gdy Thiel powołał się na dorobek René Girarda, a zwłaszcza na rozwiniętą przez niego teorię pragnienia mimetycznego i mechanizmu kozła ofiarnego. [Według Girarda kiedy czegoś pragniemy, to dlatego, że podpatrzyliśmy, czego pragną inni. Takie naśladownictwo sprawia, że ludzie pragną tych samych rzeczy, to zaś rodzi rywalizację, zawiść i konflikty – a rozwiązanie konfliktu wymaga wskazania „kozła ofiarnego”, jakiejś grupy społecznej, która zostanie poświęcona w imię przywrócenia porządku – przyp. red].

Wiele dziesięcioleci temu Thiel był uczniem Girarda i to girardowskie pojęcie pragnienia mimetycznego podsunęło mu pomysł wykorzystania mediów cyfrowych do szerzenia idei w celu kontrolowania opinii publicznej. Później do czytania Girarda nakłonił także J.D. Vance’a. Nawet pojęcie kozła ofiarnego zostało przez niego użyte w wykoślawiony sposób – podczas gdy Girard chce przełamania zaklętego kręgu ofiarniczej logiki, Thiel i Vance używają jej, by uprawomocnić wykluczenie imigrantów, mniejszości seksualnych itp. W jaki sposób?

Thiel wprowadza tu koncepcyjną diadę, której na próżno by szukać u Girarda: konkurencję i monopol. Wywraca do góry nogami zwyczajowe peany na cześć rynkowej konkurencji i krytykę monopolu. Jego zdaniem konkurencja jest dla przegrywów, a monopolowi należy się chwała. Rynkowi rywale schwytani w pułapkę pragnienia mimetycznego próbują robić to, co robią już inni, tyle że taniej, a przez wymuszają obniżkę cen i zmniejszają własną rentowność. Jeśli jednak próbuję zrobić coś radykalnie nowego, działam jako monopolista i nie trapią mnie obawy, że konkurenci zmniejszą moją rentowność:

„Gdy wiele osób robi to samo, jest duża konkurencja, a mało zróżnicowania. Ogólnie rzecz biorąc, nie warto być częścią popularnego trendu. Dlatego uważam, że trendów warto unikać. Zamiast trendów wolę poczucie misji: poczucie, że pracujemy nad wyjątkowym problemem, którego nikt nigdzie indziej nie próbuje rozwiązać”.

Gdy zatem Thiel wychwala twórcze jednostki, które wymykają się pułapce pragnienia mimetycznego, mówi w istocie o oligarchach konsolidujących majątek i władzę nad „masami” oraz przeciwko nim. W dodatku jego pochwała monopolu w kontrze do konkurencji jest jasnym przykładem obrony nowych technofeudałów. W tym miejscu Thiel oddala się znacząco od Girarda, którego główne twierdzenie zgrabnie podsumował Alexander Douglas: że w pewnym momencie, ludzie zaczynają się zastanawiać, kim są. Każdy może sięgnąć pamięcią do czasów nieporadnej młodości, aby przypomnieć sobie, jak straszliwym wyzwaniem było określenie, kim się jest – dostąpienie tajemnicy, o której pisał św. Augustyn: człowiek dla siebie samego staje się zagadką.

Kultura popularna, zakorzeniona w literaturze romantyzmu, bombarduje nas ideą, że nasza prawdziwa tożsamość już w nas gdzieś głęboko drzemie. Należy ją jedynie odnaleźć i wydobyć. Girard odrzuca tę wizję jako fałszywą, nazywa ją „oszustwem romantyzmu”. W rzeczywistości nie ma w nas żadnego „prawdziwego ja”, a jedynie pustka. Odpowiedzi na pytanie „kim jestem” mogą nadejść wyłącznie spoza nas samych, z przykładów, jakie dają nam inni. Właśnie dlatego potrzebujemy kogoś, kto będzie modelował dla nas nasze pragnienia i powie nam, kim być.

Według samego Girarda pierwszą filozoficzną księgą, którą naprawdę zrozumiał, był Byt i nicość Jean-Paula Sartre’a. Być może od Sartre’a zaczerpnął ideę wewnętrznej pustki, bo to on napisał, że człowiek jest niczym innym jak tym, kim się określa poprzez swoje działania. Sartre uważał, że wobec braku przyrodzonej tożsamości możemy „stwarzać siebie” drogą heroicznego, radykalnie twórczego aktu. Dla Girarda było to niepojęte. Jakże możemy tworzyć sami siebie, w tym stwarzać pchające nas ku czemuś pragnienia, nie mając żadnych wzorców? Skoro jesteśmy pozbawieni wrodzonej tożsamości, nie mamy innego wyboru jak tylko wzorować się na innych. I jak tu wyrwać się z tej brutalnej autodestrukcyjnej otchłani pragnienia mimetycznego, w którym moja (bądź jakiejś grupy) tożsamość może osadzić się jedynie poprzez poświęcenie kozła ofiarnego: Żydów, imigrantów i tak dalej?

Thiel czerpie garściami z teorii mimetyczno-ofiarniczej: im bardziej konkurencyjny rynek, tym więcej przedsiębiorstw naśladuje się wzajemnie i wytwarza nieodróżnialne produkty. Im bardziej rywalizują ze sobą uczelnie, tym częściej badacze piszą różne wersje wciąż tego samego artykułu. Jak dotąd wiernie w ślad za Girardem (i w kontekście uczelni, niestety, prawdziwie). Jakie jednak rozwiązanie widzi Thiel?

Czytaj także Akceleracjonizm: Szybciej, zanim masy ogarną, że prowadzimy je ku technofeudalnej dystopii Patrycja Wieczorkiewicz

Twierdzi oto, że prawdziwy innowator musi wznieść się ponadmimetyczne konkurowanie i robić coś, czego nie robi nikt inny. To już z koncepcją Girarda nie ma nic wspólnego, wiele za to z myślą Sartre’a. Dla Girarda radykalne, niewzorowane na niczym tworzenie nie miałoby sensu. Zapytałby: a skąd niby mielibyśmy wziąć pomysł na coś, czego nie robi nikt inny? Bo przecież nie od innych? Z nas samych także nie. W nas samych jest wyłącznie pustka. Ta zmuszająca do pokory myśl nie ostała się w przedsiębiorczej wersji girardyzmu w wersji głoszonej przez Thiela.

Girard postuluje całkowicie inne rozwiązanie – chrześcijańskie. Autodestrukcyjny cykl pragnienia mimetycznego można przerwać wyłącznie przez złożenie ofiary, które paradoksalnie ma położyć kres samej ofiarniczej logice. To ofiara chrystusowa, ofiara będąca wcieleniem niewinności. Gdy to czynimy (my – ludzkość), składana w ofierze niewinna istota uwidacznia jak na dłoni, nie ponosi żadnej winy, że niesie jedynie projekcję naszej własnej winy – a to już jest całkowicie sprzeczne z tym, jak działają Thiel i Vance.

Aby uniknąć nieporozumień – Thiel rzeczywiście ma niekiedy rację, zwłaszcza w krytyce konkurencji. Zgadzam się z nim, że „trendów warto unikać” i że lepiej kierować się poczuciem misji. Zdefiniowałbym jednak misję dużo szerzej, w kategoriach powołania. Nie tylko bogaci oligarchowie, ale i bardzo wiele osób wykonujących niskopłatną pracę, taką jak choćby praca opiekuńcza, doświadcza swojej pracy jako powołania, które nijak się ma do konkurencji. To pojęcie (wyrosłe z religii, ale dopuszczające interpretacje materialistyczne) toruje nam drogę do znalezienia sensu we własnym życiu, nie wpadając w pułapkę sensu gwarantowanego przez jakąś wyższą instancję.

Nie mówimy tu o jakiejś wyższej formie twórczości: sztuce, polityce czy nauce, która nas wysoce angażuje, choć pracy opiekuńczej także nie wykonuje się wyłącznie dla pieniędzy. Mówimy o ciężkiej, wytężonej pracy przynoszącej niewielkie zarobki – wykonujemy tę pracę, bo czujemy, że nie można jej nie wykonać. W umyśle Thiela nie ma miejsca na powołanie w tym rozszerzonym znaczeniu. Gdy on konfrontuje się z konkurencją i monopolem, przyjmuje wyłącznie perspektywę bankierów i kapitalistycznych zarządców, zainteresowanych wyłącznie maksymalizacją zysku.

Większość kapitalistycznych kadr zarządzających i osób, które ci zatrudniają i wykorzystują, zostaje tu zredukowana do tłumu pochwyconego w pułapkę pragnienia mimetycznego, który, by uniknąć autodestrukcyjnej otchłani konkurencyjności, projektuje zło na przybysza z zewnątrz i czyni go kozłem ofiarnym. Zatem nie tylko tę większość, tłum, wiąże ze sobą pragnienie pragnienia, ale też nowi panowie, których tak wychwala Thiel, panowie, którym udało się wyrwać z mimetycznej logiki, inwestują większość swojej „kreatywności” i pieniędzy w rozwijanie kontrolowanych przez siebie cyfrowych mediów, używanych w celu bezwzględnego wykorzystywania pragnienia mimetycznego po stronie użytkowników tych mediów.

I znów, zaklęty pragnieniem mimetycznym tłum nie tylko stanowi główny cel działań tak wychwalanych przez Thiela „twórczych” jednostek – ich celem jest zwiększenie mocy owego zaklęcia. „Twórcze” jednostki koncentrują się na tym, jak kontrolować tłum poprzez wykorzystanie cyfrowych algorytmów manipulujących pragnieniem mimetycznym. W ich królestwie jednostki nie naśladują innych ani z innymi nie konkurują: wzorcowe jednostki zostały już zdefiniowane przez cyfrową przestrzeń, nad którą „twórczy” geniusze mają monopol władzy. Innymi słowy, cyfrowi panowie zastępują naszego tradycyjnego wielkiego Obcego, symboliczną substancję społecznych interakcji, algorytmami cyfrowego wielkiego Obcego, które kontrolują. Monopol oznacza, że jeden podmiot kontroluje rynek i dyktuje ceny, ogranicza konkurencję i maksymalizuje zyski. Cyfrowi monopoliści, tacy jak Bezos, Musk, Zuckerberg i Gates, utrzymują swój monopol poprzez bezwzględne tępienie wszelkiej konkurencji.

Przemyślenia Thiela należy zatem brać bardzo poważnie. Nie tylko dlatego, że możemy się z nich wiele nauczyć (bo jego próby wyjścia poza konkurencję to ruch w dobrym kierunku, zawierający w sobie nieoczekiwany wymiar emancypacyjny), ale przede wszystkim ze względu na to, że Thiel bardzo przekonująco opisuje funkcjonowanie społecznej praktyki tego, co Warufakis i inni nazywają technofeudalizmem. Funkcjonowanie to odbywa się w pewnej luce w samej klasie rządzącej, która dzieli się na zwykłych kapitalistów, schwytanych w pułapkę konkurencji, i cyfrowych feudałów, kontrolujących całą przestrzeń społecznych interakcji.

Czytaj także Będzie wam gorzej. Postęp w służbie bogaczy Tomasz S. Markiewka

Dlatego właśnie nie należy traktować Thiela jako jednej z wielu postaci w trumpowskim uniwersum. Globalna hegemonia Stanów Zjednoczonych stopniowo upada, a podejmowane przez Trumpa próby zapanowania nad światem poprzez interweniowanie, gdzie mu się żywnie podoba, od Wenezueli po Iran, są w swojej wielce arbitralnej i nadmiernej postaci coraz bardziej komedią – choć czarną, ale jednak komedią.

Hegemonia Stanów Zjednoczonych nie była wyłącznie zła – przyczyniła się na przykład do utrzymania pokoju w Europie w czasach zimnej wojny. Teraz owa hegemonia się kończy nie tylko dlatego, że powstają nowe supermocarstwa: sam Trump całą swoją chaotyczną polityką przyspiesza jej upadek. Nawet gdyby jednak tocząca się w Iranie wojna okazała się końcem niepodzielnych rządów Trumpa, z którymi mamy do czynienia od roku, wizja Thiela nadal pozostanie w mocy, włączając w to zaszyty w niej podstawowy paradoks walki z „antychrystem” z pozycji, która w istocie sama jest pozycją antychrysta. Czyż nie taką właśnie prawdę głoszą narodowo-populistyczni chrześcijanie? Czyż to nie oni są dziś ostatecznym wcieleniem antychrysta?

Zagadka brzmi – dlaczego Thiel, orędownik cyfrowej kontroli, przywołuje pojęcie antychrysta? Dlaczego nie czyni tak jak inni, zwyczajni technokraci, którzy przekonują, że ocali nas jedynie niczym nieskrępowana sztuczna inteligencja? Dlaczego Thiel uzasadnia wolność cyfrowych korporacji odwołaniem do chrześcijańskiej duchowości?

Sądzę, że na głębszym poziomie Thiel ustawia się w kontrze do technokratów. Cyfrowa technokracja w swojej czystej postaci nie jest w stanie przetrwać, potrzebuje jakiejś duchowej podbudowy. A jako że nasze społeczeństwa są w większości chrześcijańskie, najbardziej oczywistym rozwiązaniem jest przedstawienie im antychrześcijańskiego podejścia technofeudałów jako prawdziwie chrześcijańskiej wiary. To nonsens, ale taki, który ewidentnie działa.

**
Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

ObserwujObserwujesz

Słoweński socjolog, filozof, marksista, psychoanalityk i krytyk kultury. Jest profesorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Ljubljanie, wykłada także w European Graduate School i na uniwersytetach amerykańskich. Jego książka Revolution at the Gates (2002), której polskie wydanie pt. Rewolucja u bram ukazało się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w 2006 roku (drugie wydanie, 2007), wywołało najgłośniejszą w ostatnich latach debatę publiczną na temat zagranicznej książki wydanej w Polsce. Jest również autorem W obronie przegranych spraw (2009), Kruchego absolutu (2009) i Od tragedii do farsy (2011).

Tagi:
Wydanie: 20260404

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie