🌍 Organizacja Narodów Zjednoczonych od zakończenia zimnej wojny pozostaje główną instytucją wielostronnej współpracy międzynarodowej, ale jej zdolność do skutecznego reagowania na konflikty zbrojne jest coraz mniejsza.
⚖️ Kluczowe znaczenie dla osłabienia roli ONZ miały wydarzenia lat 90. – m.in. porażki w Somalii, Rwandzie i byłej Jugosławii oraz rosnąca skłonność największych mocarstw do działania poza strukturami organizacji.
💣 Współcześnie konflikty takie jak wojna w Ukrainie czy eskalacja przemocy na Bliskim Wschodzie pokazują, że aktywność ONZ ogranicza się do dyplomatycznych deklaracji.
30 marca 2026 roku za sprawą izraelskiego ataku liczba ofiar misji UNIFIL w Libanie – najdłuższej misji wojskowej ONZ – wzrosła o trzech żołnierzy z Indonezji; łącznie od 1978 roku zginęły już 324 osoby. Zaledwie dzień wcześniej ranny został polski żołnierz, rana na szczęście była powierzchowna.
Zważywszy, że to już drugi lądowy atak Izraela na Liban w ciągu dwóch lat, nie licząc niemal cyklicznych nalotów na to państwo, pojawia się jak zwykle to samo pytanie: po co to wszystko? Jaki jest sens utrzymywania sił wielkości dywizji, których zadaniem jest rozjemstwo między zwaśnionymi stronami, skoro trudno nie zauważyć, że radzą sobie z tym wybitnie źle?
To pytanie postawione w kontekście Libanu należy odnieść, szerzej, do wszystkich podobnych misji wojskowych pod egidą ONZ. Czy mają one jeszcze sens? Moim zdaniem – nie mają, a pieniądze przeznaczane na te misje lepiej byłoby przekierować na inne oenzetowskie agendy, takie jak WHO, WFP, UNICEF czy UNESCO, FAO i UNHCR. Taka odpowiedź wymaga oczywiście uzasadnienia, bo wbrew pozorom sama Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest tu głównym winowajcą. Stała się raczej ofiarą wydarzeń sprzed 30 lat, których skutki obserwujemy dziś.
ONZ, czyli kto?
W dzisiejszym świecie ONZ wciąż jest znaczącą i potrzebną instytucją. To nadal ogromna platforma dyplomatyczna, która spaja większość państw globu. W świecie, w którym coraz częściej jedni nie uznają drugich, a bojkoty stają się codziennością, Zgromadzenie Ogólne pozostaje jedną z nielicznych przestrzeni, gdzie można choćby odnowić relacje lub spotkać się w kuluarach.
To także rozbudowane zaplecze analityczne oraz organizacja odpowiadająca za szereg kluczowych misji humanitarnych, które z powodzeniem wykorzystałyby środki przeznaczane obecnie na misje wojskowe. Zwłaszcza że w samej ONZ trwa właśnie wielkie przeformułowanie zadań po podebraniu znacznej części finansowania, głównie przez USA.
Jednym z głównych powodów, dla których te misje tracą sens, jest fakt, że najważniejsi globalni gracze w praktyce przestali w nich uczestniczyć. W UNIFIL biorą udział Francuzi, Niemcy i Włosi, ale często również Urugwajczycy, Indonezyjczycy, Nepalczycy czy Polacy.
Przy całym szacunku dla tych państw, wszyscy wiemy, kto realnie rozdaje karty w polityce światowej. Mimo to na misjach wojskowych ONZ prawie w ogóle nie ma Chińczyków ani Rosjan, a Stany Zjednoczone również nie uczestniczą w nich od 30 lat. Z powodów konstytucyjnych poza tym układem pozostaje także Japonia. Nietrudno zauważyć, że proporcje są źle rozłożone
Na tym polega największy problem tych misji. Nie wynika on jednak wyłącznie ze słabości ONZ, lecz w dużej mierze z polityki Stanów Zjednoczonych. Był bowiem moment, gdy „błękitne hełmy” mogły realnie odgrywać sprawczą rolę w utrzymaniu pokoju.
Aby to wyjaśnić, trzeba się cofnąć do „optymistycznych” lat 90. – do czasu, kiedy upadał Związek Radziecki i ogłaszano „koniec historii”.
Co po zimnej wojnie?
Po upadku ZSRR w latach 90. ONZ przewodzili sekretarze generalni Butros Ghali, a następnie Kofi Annan. Obaj uważali, choć nigdy nie zapisano tego wprost, że po zakończeniu zimnej wojny i oddaleniu widma nuklearnej zagłady to właśnie ONZ powinna stać się głównym globalnym rozjemcą.
Podobne deklaracje płynęły z USA, które mówiły o wolności narodów i nowym porządku światowym. Choć dziś brzmi to jak frazesy, klimat tamtych lat był inny i wiele wskazywało, że taki scenariusz jest możliwy.
Na tym tle wyróżnia się jednak Bill Clinton, który miał zupełnie inną wizję światowego przywództwa. Owszem, każdy prezydent USA utrwalał amerykańską hegemonię, ale to właśnie administracja Clintona, a później także George’a W. Busha, w dużej mierze podkopały rolę ONZ w obecnym kształcie.
Wiele osób dziś krytykuje Donalda Trumpa, tymczasem proces demontażu wielostronnego ładu przez USA trwa nieprzerwanie już od 1993 roku. Teraz jest on po prostu bardziej widoczny i o wiele bardziej zaawansowany.
Patrząc z perspektywy czasu, Stany Zjednoczone stworzyły precedensy, które później wykorzystywały inne państwa – choćby Rosja wobec Ukrainy (co oczywiście w żaden sposób jej nie usprawiedliwia). Somalia, bombardowania w Bośni i Jugosławii oraz wojna w Iraku – to właśnie te wydarzenia najmocniej wpłynęły na globalną percepcję USA. Zwłaszcza tzw. globalne Południe zaczęło podnosić, skądinąd słusznie, że prawo międzynarodowe jest środkiem kontroli, a Zachód – czyli głównie, choć nie tylko, USA – robi, co chce, oczekując, że reszta globu będzie się musiała dostosować.
Czy bywało lepiej?
Historia misji wojskowych ONZ nigdy nie była usłana różami, ale nie można odebrać im zdecydowania. Najbardziej „zdecydowana” i zarazem wielce kontrowersyjna była wojna w Korei. Wykorzystując fakt, że Związek Radziecki bojkotował Radę Bezpieczeństwa ONZ i nie uczestniczył w jej posiedzeniach, USA mogły przegłosować rezolucje 82 i 83, które zezwoliły na interwencję zbrojną przeciwko wojskom Korei Północnej pod dowództwem USA.
Innym przykładem jest secesja Katangi (prowincji, która ogłosiła niezależność od nowo powstałej Demokratycznej Republiki Konga) w 1960 roku i misja ONUC tamże. Była to jedna z największych misji ONZ; w jej trakcie we wciąż niejasnych okolicznościach zginął pochodzący ze Szwecji sekretarz generalny Dag Hammarskjöld. Podstawowe zadania – niedopuszczenie do secesji prowincji i wydalenie najemników wspieranych m.in. przez Belgię – powiodły się, choć już po zakończeniu misji rząd Patrice’a Lumumby upadł, a władzę przejął na dziesięciolecia Mobutu Sese Seko.
Innym przykładem jest misja rozjemcza na Dominikanie pogrążonej wówczas w wojnie domowej. To ciekawy przypadek, gdy inna organizacja, Organization of American States, wbrew rezolucji ONZ wysłała jednostronną misję stabilizacyjną zdominowaną przez USA. Jednak ONZ udało się rozszerzyć mandat i poniekąd wchłonąć wysłane już wojska, co też ostatecznie przełożyło się na zakończenie konfliktu i ustabilizowanie sytuacji.
USA gaszą światło
Jak wspomniałem, po upadku ZSRR Butros Ghali uważał, że nadszedł moment, by ONZ przejęła rolę lidera w świecie postzimnowojennym. Dlatego w latach 1990–1995 gwałtownie wzrosła liczba misji pokojowych. Można wymienić UNPROFOR w Jugosławii, UNPREDEP w Macedonii, UNOSOM w Somalii, UNAMIR w Rwandzie czy UNTAC w Kambodży.
Ich bilans można podsumować krótko: czasem się udawało, czasem szło wybitnie źle. Kluczowe jest jednak to, że ekspansja tych misji stała w sprzeczności z wizją USA, które postrzegały siebie jako jedynego globalnego policjanta.
Z początku USA brały udział w misjach ONZ, aż do katastrofy w Mogadiszu. Wydarzenia te wielu może kojarzyć z filmem Helikopter w ogniu. Mimo heroizmu i amerykańskiej martyrologii, jaką napakowano film, finał mówi wprost: to była porażka.
W Somalii trwała wówczas wojna domowa, a pomoc humanitarną rozkradały lokalne milicje i walczące frakcje. Misja UNOSOM miała zapewnić jej ochronę i doprowadzić do stabilizacji kraju.
Krótko mówiąc – nie udało się. Największą kompromitację poniosły jednak same Stany Zjednoczone. Clinton stracił cierpliwość i podjął próbę schwytania Mohameda Farraha Aidida (generała i samozwańczego prezydenta Somalii). W tym celu wysłał do Mogadiszu dodatkowe siły specjalne, robiąc to bez konsultacji z obecnymi na miejscu wojskami ONZ, których Amerykanie przecież byli częścią. Operacja zakończyła się katastrofą – zginęło 18 Amerykanów, jeden Malezyjczyk, dwóch Pakistańczyków oraz ponad tysiąc Somalijczyków. Co więcej, to siły ONZ, głównie z Pakistanu i Malezji, wbrew swoim prerogatywom, musiały ratować amerykańskich żołnierzy z ulic Mogadiszu.
Dla USA był to szok. Bill Clinton ogłosił wycofanie wojsk z misji ONZ, argumentując, że Stany nie będą uczestniczyć w operacjach, nad którymi nie mają kontroli dowódczej. Jednocześnie zaczął budować alternatywę w oparciu o NATO, które miało przejść „nowe otwarcie”. To wtedy pojawiła się koncepcja tzw. interwencji humanitarnych.
W tym kontekście należy patrzeć na naloty na Bośnię w 1995 roku oraz późniejsze działania w Kosowie i Jugosławii. Narracja była prosta: ONZ bez USA jest nieskuteczna, natomiast NATO pod przewodnictwem Waszyngtonu – skuteczne.
Blokada Ghaliego
Za kadencji Butrosa Ghaliego ONZ zaliczyła poważne porażki – w tym Srebrenicę i ludobójstwo w Rwandzie. W Srebrenicy Holendrzy przez długi czas zasłaniali się wykonywaniem zaleceń rezolucji, jednak w 2017 roku sąd w Holandii uznał częściową odpowiedzialność holenderskich żołnierzy za masakrę w Srebrenicy. (Dwa lata później to ustalenie podtrzymał holenderski Sąd Najwyższy, choć zmniejszył odpowiedzialność z 30 do 10 proc.). Według wyroku Holendrzy w ramach pełnionego mandatu nie powinni oddawać 350 muzułmańskich mężczyzn w ręce bośniackich Serbów.
Znany jest też przypadek operacji Bøllebank, gdzie duński kontyngent stanowczo postawił się bośniackim Serbom, zadając im poważne straty w odpowiedzi na odcięcie szwedzkiego posterunku. Misja UNPROFOR nie posiadała kontyngentu lotniczego i w razie potrzeby musiała opierać się na koordynacji z równoległą działającą misją lotniczą NATO pod przewodnictwem USA.
Ta niemoc wynikała również z konfliktu między sekretarzem generalnym a administracją USA. Po wydarzeniach w Mogadiszu Stany Zjednoczone nie chciały angażować się w operacje ONZ, a wiele wskazuje, że brak USA było jednym z głównych powodów, przez który nie udało się zapobiec ludobójstwu. Brak wsparcia lotniczego holenderskiego oddziału Błękitnych Hełmów, jego dowódca, Thom Karremans, wskazuje jako przyczynę jego decyzji. Jak już wskazywałem wcześniej, mimo to sąd holenderski uznał, że mandat ONZ pozwalał na postawienie się Serbom. Moim zdaniem, gdyby misja UNPROFOR miała bezpośredni kontyngent lotniczy (tak jak w Somalii zapewniały go USA), to wielu dowódców mogłoby być bardziej zdecydowanych.
Konflikt między sekretarzem generalnym ONZ a prezydentem USA ostatecznie doprowadził do zablokowania przez Clintona drugiej kadencji Ghaliego – po raz pierwszy w historii. Zastąpił go Kofi Annan, który również nie był bezkrytyczny wobec polityki USA. To za jego kadencji doszło do słynnej prezentacji Colina Powella na forum ogólnym ONZ, na temat rzekomej broni masowego rażenia w Iraku. Jak sam przyznał później Powell, była to największa plama na jego honorze. Broni takiej w Iraku nie było, dowody były spreparowane, a on zdawał sobie z tego sprawę.
Spiszemy ONZ na straty?
I tak dochodzimy do marca 2026 roku, kiedy w Libanie w ciągu dwóch dni ginie trzech kolejnych żołnierzy, a polski żołnierz zostaje ranny. Dzieje się to w ramach misji w kraju, gdzie niemal codziennie dochodzi do izraelskich bombardowań, a wojska IDF po raz kolejny wkraczają na jego terytorium.
W oczach wielu ONZ ma dziś opinię organizacji, która potrafi jedynie „wyrazić głębokie zaniepokojenie” i często jest to ocena trafna. Z drugiej strony ONZ nadal dysponuje ogromnym potencjałem analitycznym, a jej raporty należą do najbardziej rzetelnych na świecie. Wciąż potrafi też jednoczyć państwa wokół wspólnych celów, takich jak choćby paryskie porozumienie klimatyczne.
Problem polega na tym, że ONZ nigdy nie była państwem. Siła organizacji zawsze zależała od woli państw członkowskich.
ONZ to organizacja stworzona dla świata, który szybko odchodzi – by nie powiedzieć, że już go nie ma. W obecnej formule taka instytucja nie jest w stanie skutecznie funkcjonować.
ONZ ponosi dziś konsekwencje decyzji podjętych dekady temu, na część których nie miała wpływu, a główny opiniotwórczy nurt nie przewidywał takiego biegu wydarzeń, jakiego świadkami jesteśmy dziś – choć ostrzeżeń przed konsekwencjami awanturniczej polityki USA nigdy nie brakowało. Warto jednak spojrzeć na cały ten szerszy kontekst, zanim sprowadzi się ONZ do kolejnego mema.
**
Jan Wysocki – miłośnik Bliskiego Wschodu i Dolnego Śląska. Zajmuje się polityką zagraniczną ze szczególnym uwzględnieniem Maszreku oraz zagadnieniami społecznymi. Z dziennikarstwem związany od 2019 roku, zawodowo pracuje w sektorze humanitarnym. Pisze reportaże. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim. W wolnej chwili z ekologicznym zacięciem urbanisty-społecznika aktywnie przeciwstawia się szerzeniu paradygmatu świętej przepustowości i pisze książki, których nigdy nie wydaje.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.