Świat

Marci Shore: Ogromna część Amerykanów tego faszysty po prostu chciała

Te wybory złamały mi serce.

Nie umiem opisać swoich uczuć: „rozczarowanie” jest słowem zbyt słabym. Obrzydzenie, wstręt, przerażenie… Jakbym obudziła się rano w weimarskich Niemczech około początku stycznia 1933 roku. Jestem głęboko neurotyczną z natury osobą i zawsze zdawałam sobie sprawę, że coś takiego jest możliwe. Więcej, poważnie się bałam. A jednocześnie – do ostatniego momentu nie do końca wierzyłam, że to jest możliwe.

Wczoraj moje dzieci poszły ze mną na głosowanie. Czekaliśmy w kolejce dwie godziny. Sześcioletni Kalewek i czteroletnia Talijka wspaniale, moim zdaniem, się zachowywali, byli bardzo cierpliwi. Rozumieli, że stawki są wysokie. Syn mnie zapytał w drodze do lokalu wyborczego: „Czy jeśli Hillary Clinton wygra, to dorośli się uspokoją?”

Po głosowaniu napisałam email do jego nauczycielek z zeszłego roku. Te młode kobiety przyjęły w styczniu do klasy – zerówki – pięcioletniego chłopczyka, uchodźcę z Syrii, z miasta Homs, które wygląda dziś mniej więcej tak samo, jak Warszawa w 1945 roku. Uciekł do Stanów z rodzicami, bez niczego, nie znając ani słowa po angielsku. Sytuacja była niełatwa, ale te nauczycielki tak świetnie przygotowały dzieci, przedstawiły im całą sytuacje w taki sposób, że klasa ciepło go przyjęła i zaangażowała się w uczenie go angielskiego. To była też cudowna nauka dla całej tej klasy: że trzeba pomagać ludziom, starać się ich rozumieć i odczuwać empatię wobec innych, tzn. takich, którzy mieli zupełnie inne doświadczenia niż ty.

Napisałam im tak: „Bardzo spóźnione podziękowania za cały zeszły rok: myślałam o was z wdzięcznością tego ranka, gdy z Kalewem i Talią czekaliśmy w kolejce do głosowania na Wilbur Cross (licealiści sprzedający kawę i babeczki byli nieporównanie lepiej zorganizowani od komisji wyborczych, więc zajęło to jakieś dwie godziny). Zazwyczaj nie angażuję się w amerykańską politykę, ale poziom rasizmu, mizoginii, przemocy, nieuczciwości i wulgarności jest tak niebywały, że po prostu nie da się nie zaangażować. Sferę publiczną wypełniły te wszystkie rzeczy, o których – mamy nadzieję – nasze dzieci nauczą się, że są złe, zanim opuszczą przedszkole… I dlatego jestem szczególnie wdzięczna, że mimo całego szaleństwa i okrucieństw w naszym kraju, Kalew zdążył się tego w przedszkolu nauczyć”.

Wczoraj wieczorem oglądałam wyniki coraz bardziej sparaliżowana. Około 1 nad ranem na Facebooku moja koleżanka ze studiów, profesor rosyjskiej literatury napisała:

„Przestańcie już pić. Musicie wstać rano i powiedzieć o tym swoim dzieciom”.

Potem zobaczyłam całą falę tekstów na temat, „jak powiedzieć o tym swoim dzieciom”. Dziś rano w szkole Kalewka (teraz chodzi do pierwszej klasy, do szkoły episkopalnej) księża wytłumaczyli dzieciom, że dostrzegają ich strach i że nie ma w tym nic złego, żeby się bać – ale zapewnili je, że ich szkoła wciąż będzie bezpiecznym miejscem dla wszystkich, dla ludzi wszystkich ras i orientacji seksualnych, że będą pracować w imię życzliwości, sprawiedliwości i szacunku dla każdego.

Nie uważam, żeby dało się wytłumaczyć zwycięstwo Trumpa jakimś spiskiem. Musimy przyznać, że ogromna część Amerykanów tego faszysty po prostu chciała. Nigdy nie byłam zbyt patriotyczna, zawsze się czułam raczej jak bezrodnyj kosmopolit, kosmopolita bez ojczyzny – ale te wybory złamały mi serce.

***

Marci Shore – profesor Wydziału Historii Uniwersytetu Yale, historyczka Europy Środkowo-Wschodniej. Autorka m.in. książek Kawior i popiół. Historia pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem, Smak popiołów, Nowoczesność jako źródło cierpień.

Wybory-USA-ksiazki

 

**Dziennik Opinii nr 316/2016 (1516)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.